Recenzje
POD WULKANEM. To nie jest film o wojnie [RECENZJA]
Kino drobnych obserwacji, ale wielkich emocji.
Damian Kocur otwiera swój nowy film w sposób subtelny, ale imponujący. Teneryfa, wakacje all inclusive. Dzieciaki zbierają się wokół hotelowego animatora, który pyta każdego z nich o imię i kraj pochodzenia. Towarzystwo, jak to na wakacjach, jest zróżnicowane. Mali Holendrzy, Niemcy, Anglicy, trafia się nawet ktoś z Polski. Jako ostatni przedstawia się Fedir. Zapytany o miejsce, z którego przyjechał, odpowiada nieśmiało: „Ukraina”. Chwilę później dzieci pogrążają się w beztroskiej zabawie. Zaprezentowane podziały narodowe przestają istnieć, językiem uniwersalnym staje się język gry w berka.
W pierwszym ujęciu Pod wulkanem Kocur przedstawia nam utopię, świat bez barier. Wszystko po to, aby kilka scen później zatrząść posadami tego świata informacją o pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę.
„To nie jest film o wojnie” – słyszałem od każdego, z kim rozmawiałem po seansie Pod wulkanem. I rzeczywiście, wybuch wojny jest tu, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jedynie katalizatorem wydarzeń fabularnych. Ukraińska rodzina z wyższej klasy średniej postanawia zostać na Teneryfie kilka dni dłużej – loty zostały odwołane, a sytuacja w kraju jest więcej niż niestabilna. Kocur ostrzy w tym momencie zmysły i odpala tryb obserwatora. Pokazuje nam dyskretnie, jak relacje między poszczególnymi członkami rodziny stają się coraz bardziej napięte. Swobodna, wakacyjna atmosfera ulatnia się w mgnieniu oka.
Na powierzchnię wychodzą niewypowiedziane konflikty – między macochą a pasierbicą, mężem a żoną. Każdy oskarża każdego o bezczynność, bierność w obliczu płonącej ojczyzny. Do rangi symbolicznej zemsty urasta w takiej sytuacji sprowokowanie awantury na stołówce albo stalkowanie rosyjskich turystów, ulokowanych w tym samym hotelu co bohaterowie. Byle tylko coś zrobić, jakoś zareagować i poczuć się choć odrobinę bardziej przyzwoicie.
Pod wulkanem jest więc filmem o wojnie w Ukrainie w takim samym stopniu, w jakim Strefa interesów jest filmem o Holocauście. Podobnie jak Jonathan Glazer Kocur korzysta tu ze sprawdzonej strategii niepokazywania. O grozie tego, co rozgrywa się kilka tysięcy kilometrów na wschód, świadczą strzępy informacji docierające do „uwięzionych” na Teneryfie bohaterów. Krótkie rozmowy wideo, jakie nastoletnia Sofia przeprowadza z koleżankami z Kijowa. Wiadomość od brata, który kierowany patriotycznym obowiązkiem wstąpił do oddziałów obrony terytorialnej.
Bohaterowie grają z samymi sobą w osobliwą grą: starają się cieszyć przedłużonymi wakacjami, zwiedzając wyspę tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Widmo wojny odbiera im jednak wszelką radość, doprowadza do wewnętrznych frustracji – pierwsza zauważa to Sofia. Demaskuje „opanowanych” dorosłych: prowokuje macochę do powiedzenia kilku słów za dużo, podgląda ojca płaczącego w toalecie. To perspektywa młodej dziewczyny jest w filmie dominująca – organizuje narrację, wprowadzając w jej obręb kilka interesujących wątków pobocznych.
Jeżeli chodzi o poetykę, to Kocur pozostaje autorem niebywale konsekwentnym. Dalej pracuje z naturszczykami i dalej osiąga z nimi zdumiewające efekty – nie ma w tym momencie polskiego reżysera, który potrafiłby wycisnąć z nieprofesjonalnych aktorów więcej (Krzysztof Skonieczny próbuje, ale raczej z marnym skutkiem). Dalej zaciera też granice między tym, co zainscenizowane, a co zaimprowizowane. Pisane przez Kocura scenariusze mają maksymalnie kilkadziesiąt stron i składają się z ciągłego tekstu. Dialogi powstają w dużej mierze na planie – aktorzy grają pod swoimi prawdziwymi imionami i mówią przed kamerą własnym językiem.
Reżyserowi udaje się w ten sposób złapać kilka scen-perełek. Debata na temat tego, czy w Titanicu zagrał Leonardo DiCaprio, czy Brad Pitt staje się nagle punktem wyjścia do refleksji na temat jednostkowego odbioru kina. Bo, jak stwierdza czarnoskóry Mike, obejrzeli oni z Sofią ten sam film, ale różnymi oczami. Albo inna rozmowa, tuż przed końcem filmu. Ojciec i córka piją razem piwo na opustoszałym korcie tenisowym. Zaczynają od niewinnej dyskusji na temat muzyki, a kończą na egzystencjalnych rozważaniach o przyszłości. Znika na moment przepaść pokoleniowa – pojawia się absolutna szczerość i autentyczne porozumienie.
Takich pięknych momentów jest w Pod wulkanem więcej. Wynoszą one film Kocura w górę, sprawiając jednocześnie, że te nieco bardziej wymuszone fragmenty (vide finałowe fajerwerki) zaczynają trącić lekkim fałszem.
Piszę tę recenzję w momencie, w którym wiemy już, że Pod wulkanem zostało naszym oficjalnym kandydatem w tegorocznym wyścigu oscarowym. Czy słusznie? Chyba tak, biorąc pod uwagę jakość, temat oraz fakt, iż film miał swoją światową premierę na festiwalu w Toronto. Nie zrobił tam co prawda furory, ale zaistniał w świadomości widzów zza oceanu. Piszę tę recenzję również po rozdaniu Złotych Lwów w Gdyni – Pod wulkanem zdobyło tam tylko jedną statuetkę, za najlepszy debiut aktorski. Powtórzyła się zatem historia Chleba i soli. Film Kocura znów przemknął gdzieś bokiem – niedoceniony, właściwie pominięty przez jury. Szkoda, bo to twórczość, która zasługuje na uznanie. Sytuująca się gdzieś między wczesnym Ösltundem a późnymi braćmi Dardenne. Kino drobnych obserwacji, ale wielkich emocji.
