Publicystyka filmowa
Kiepskie filmy science fiction, które mimo wszystko WARTO obejrzeć
Kiepskie, ale dzięki temu kultowe?
Tekst pierwotnie opublikowany we wrześniu 2023 roku.
Niestety dla wielu produkcji z gatunku SF o jakości takich filmów decyduje nie tylko historia i opracowanie jej dramatyczne, lecz również biegłość w rzemiośle efektów specjalnych, montażu, a nawet już dzisiaj stylistyka. Nie wystarczy okrasić film mnóstwem dobrych smaczków wizualnych z CGI, ale trzeba nadać im jeszcze styl, którym widzowie się nie zdążyli znudzić. Z kinem science fiction jest tak, że często scenariusze są niestety lepsze niż ich filmowe opakowania, stąd warto oglądać nawet słabsze tytuły, ciesząc nie tyle oko, ile umysł naprawdę wartymi zapamiętania historiami. Szkoda tylko, że z rzadka ktoś decyduje się na ich remaki. Bardziej popularne jest kręcenie nowych wersji filmów, które zostały już sprawdzone u publiczności.
„Sześć” (2004), reż. Kevin Downes
Początkowe, niemal klasyczne odwołanie do Hitlera, a także kilka patetycznych cytatów m.in. z Lenina i Piłata. Taki początek jeszcze nie tworzy klimatu i w tej produkcji jest zupełnie zbędny, zwłaszcza w kontekście kolejnej sceny z wolno przesuwającą się kamerą po twarzach zwykłych ludzi, którzy mają symbolizować zdominowane przez dyktaturę społeczeństwo. Sześć to film z gatunku social science fiction praktycznie nieznany. Na FW dorobił się zaledwie 95 ocen. Przychodzą jednak czasy, w których powinno się wracać do niektórych tytułów ze względu na treść. A poza tym warto dowiedzieć się, jak kiedyś grał i wyglądał Jeffrey Dean Morgan.
„Kosmiczny grzech” (2021), reż. Edward Drake
Rok 2524, czyli sporo lat od dzisiaj, a broń palna nadal w użyciu, podobnie jak samochody całkiem podobne do naszych. 500 lat, a nic się nie zmieniło. Po więcej niedorzeczności zapraszam na seans. Naprawdę warto, a Bruce Willis powinien być dodatkową rekomendacją. Paradoksalnie z jego rolą nie jest tak źle. To, czego filmowi najbardziej brakuje, to logika. Sama zaś akcja i twardy charakter Willisa tworzą atmosferę. Jest nawet twist, może nie najbardziej wysokich lotów, ale jednak. Pytania w stylu: czym skuszono Bruce’a Willisa do zagrania w tym gniocie, są więc nieco przesadzone.
„Nukie” (1987), reż. Sias Odendaal, Michael Pakleppa
Zastanawiam się, komu ten film polecić. Dzieciom, ale te w dobie tabletów z ekranami 4K i zaawansowanego CGI w produkcjach Marvela mogą być nieco zdziwione tym, jak wyglądają kosmici w Nukiem. Sentymentalnym dorosłym, ale ci z kolei pamiętają postać E.T., która jak na swoje czasy broniła się wizualnie, poza tym Steven Spielberg zawsze potrafił w kinie stworzyć niepowtarzalny klimat. Dla kogo jest więc Nukie? Dla miłośników Afryki? Produkcja jest niewątpliwie bardzo kiepska.
Scenariuszowo również się nie broni. Dlaczego więc warto ją obejrzeć? Przede wszystkim dla poszerzenia wiedzy o kinie science fiction i postaciach kosmitów w nim się pojawiających. Nukie to film, który powinien być traktowany jako ciekawostka.
„Przenicowany świat” (2008), reż. Fedor Bondarchuk
Rosyjska fantastyka rzadko gości na naszych ekranach. Kiedyś pojawiała się sporadycznie, dzisiaj jest z oczywistych względów jeszcze gorzej. Koledzy zza Buga zawsze jednak mieli sporo do powiedzenia w literaturze SF, a i w filmie próbowali, czasem z niezłym skutkiem. Przenicowany świat jest adaptacją książki Arkadija Strugackiego. Film cierpi na najczęściej występujące bolączki kina science fiction, czyli bardzo mało intuicyjny montaż i braki techniczne w realizacji efektów specjalnych. Jest raczej kiepsko, a Vasili Stepanov, aktor grający główną rolę, chyba zapomniał, że film to nie wybieg dla modeli. Niemniej, jeśli się kocha science fiction oraz zna się literaturę rosyjską w tym gatunku, warto mieć odniesienie, jak Rosjanie potrafili lub nie potrafili, jej zekranizować.
„Śmierć z kosmosu” (1980), reż. Fred Olen Ray
Przyznaję, że widziałem ten film dwa razy. Niektórzy pewnie będą zdziwieni, że wytrzymałem do końca seansu nawet raz, bo może być to wyzwanie. Śmierć z kosmosu jest komedią, horrorem zombie i kinem nieco fantastyczno-naukowym w jednym. Za reżyserię odpowiadał naprawdę płodny artysta – Fred Olen Ray, specjalista od roznegliżowanych kobiet-piranii i innych dziwów dystrybuowanych na kasetach VHS i płytach DVD. W kinie jego twórczości raczej nie zobaczymy, chyba że na specjalnych pokazach. Śmierć z kosmosu to zjawisko warte uwagi, surrealistyczna komedia ukazująca świat kosmicznych zombie z nieco innej perspektywy niż „poważne” filmy spod znaku George’a A. Romero. W jednej ze scen spotkamy nawet reżysera, a potem w towarzystwie będziemy mogli zabłysnąć, że widzieliśmy naprawdę ciekawy, nakręcony z przymrużeniem oka, komediohorror science fiction o trupach zasilanych energią meteorytu. Może ktoś się skusi, żeby obejrzeć?
„Abraxas – strażnik wszechświata” (1991), reż. Damian Lee
Wyobraźcie sobie, jak świetnie okładka kasety wideo z tym filmem wyglądała na półce w wypożyczalni. Śmiem twierdzić, że takich plakatów do filmów już się nie robi. To naprawdę rzadkość w dzisiejszej sztuce graficznej, że produkcje filmowe mają tak charakterystyczny sposób prezentacji w postaci okładek, logotypu i plakatu. Podobnie takiej muzyki do filmów już się nie robi. Wiem, że czasem miała ona mało wspólnego z obrazem, lecz w głowie pozostawały główne motywy. Nie będę oczywiście chwalił Abraxasa za jakość. Jest to po prostu ewenement pod pewnymi aspektami (plakat). Sama historia również jest całkiem niezła, lecz nie ulega wątpliwości, że należałoby ją nakręcić zgodnie ze współczesnym rozumieniem gatunku i z o wiele większym budżetem.
„30 000 mil podmorskiej żeglugi” (2007), reż. Gabriel Bologna
Jakiś czas temu pisałem o mało wykorzystanych tematach w filmach science fiction. Jednym z nich był właśnie świat podwodny. Znane z kręcenia mockbusterów kultowe studio Asylum wyszło mi naprzeciw. Wykorzystało, jak to ono zwykle, historię kapitana Nemo i nakręciło swoją wersję 20 000 mil podmorskiej żeglugi. Wyszło standardowo, czyli tanio, wręcz zatrważająco w niektórych momentach. Trzeba mieć w sobie dużą odporność na amatorszczyznę kina klasy B, żeby tę produkcję zobaczyć, ale dla niektórych osób zapewne będzie to niezła zabawa.
Osobiście z bólem oglądałem Lorenzo Lamasa, do którego wzdychały nastolatki, gdy pojawiał się w „Bravo”, że skończył swoją karierę w tego typu produkcjach, chociaż nigdy tak naprawdę gwiazdą filmową się nie stał. Fabuła produkcji w sumie nie jest taka zła, lecz jej dramatyczna wizualizacja – w rzeczy samej jest dramatyczna.
„Xtro” (1982), reż. Harry Blomley Davenport
Produkcja warta uwagi oczywiście nie za swoją kulejącą formę wizualną, lecz za odwagę w pokazywaniu nagości, przemocy, dewiacji, generalnie za realizm, chociaż to przecież kino SF. Oglądając Xtro, ma się wrażenie, że współczesne kino grozy nie jest dzisiaj już tak odważne, jak w latach 80. Wystarczy przyjrzeć się scenie narodzin Sama albo scenie seksu z udziałem Maryam d’Abo. Nikt w nich nic nie ukrywa. Są przez to naturalne. Nie tworzą pruderyjnego tabu, którego naturę i tak wszyscy znają, wolą jednak zachowywać się dwulicowo i udawać, że ich do obrzydza albo nie podnieca. I to jest największa wartość Xtro, ta wizualna bezpośredniość prezentacji, powodująca niejednokrotnie rumieńce na twarzy tych, co bardziej wstydliwych widzów.
„Obroża” (1991), reż. Lewis Teague
Może określenie „kiepski” film nie jest do końca sprawiedliwe w przypadku Obroży. Daleko mu jednak do dobrego kina. Zacznijmy od tego, że starsze filmy science fiction nieraz używały określenia „kiedyś w przyszłości” lub czegoś w tym stylu, żeby uzasadnić brak stylizacji świata przedstawionego i tym samym obniżyć koszty. Tak stało się w przypadku Obroży. Niedaleka przyszłość to właściwie rzeczywistość nam współczesna, a dzisiaj już nawet przeszłość.
Już wtedy, na początku lat 90. klimat produkcji był zadziwiająco retro, jak z lat 80. Wszystko przez mały budżet. Tanimi dekoracjami, prezentacją rozwarstwionego, biednego społeczeństwa i więzienia zakamuflowano technologiczne zmiany w przyszłości. Z perspektywy lat wygląda do jednak nazbyt telewizyjnie, ciasno. Trzon fabuły jest ciekawy, lecz jej rozwinięcie do bólu standardowe, bez twistów, z szablonowym czarnym charakterem. Rutger Hauer także niestety nie zachwyca. Zobaczyć ten tytuł jednak trzeba, bo w niektórych kręgach ma status kultowy.
Każdy powinien wyrobić sobie własne zdanie na temat tej produkcji i smutnego procesu odchodzenia Rutgera Hauera z pierwszych planów.
„Wodny świat” (1995), reż. Kevin Reynolds
Dla niektórych widzów zbyt bezpośrednio nawiązano w tej produkcji do Mad Maxa. Według innych nie znalazło się w fabule nic, co mogłoby widzów zaskoczyć. A jeszcze inni wytknęli tytułowi przewidywalność postępowania antagonistów. Wizualnie jednak Wodny świat nadal robi wrażenie, nawet z przejaskrawionym Dennisem Hopperem na pokładzie swojego wielkiego tankowca. Brakuje tylko tego upragnionego lądu, jakiegoś większego rozszerzenia dla bezkresnej wody. Aż chciałoby się więc zobaczyć jego kontynuację. W jednej z ról powinien wystąpić Kevin Costner. Może już nie w głównej, ale z pewnością znaczącej dla fabuły.
