Connect with us

Recenzje

MORTAL KOMBAT II – RECENZJA. W krainie VHS-owej nostalgii

„Mortal Kombat II” to (krwawy) popcornowy przyjemniaczek. Film naprawił większość błędów poprzednika.

Published

on

Three hooded warriors in metallic armor stand in a fiery, torch-lit forest; central figure looks upward. 125 chars max approx, but keep concise for screen readers.

Mortal Kombat II naprawia większość błędów rebootu z 2021 roku. Tamten film miał rozwleczoną ekspozycję, niewiarygodną głębię emocjonalną oraz chaotyczny montaż, przez co… był zwyczajnie nudny. (Wersja z 1996 roku zaś nadmiernie kiczowata). Tym razem udało się znaleźć idealny balans między szczątkową fabułą, a dobrze nakręconymi scenami akcji, których choreografia pozwala się odprężyć. Oceniam film Simona McQuoida z 2026 roku.

Advertisement

Umowność i logika gry komputerowej

Zmianę widać już od pierwszych scen Mortal Kombat II. Po krótkim prologu, reżyser wrzuca nas w wir wydarzeń. Gdy poznajemy Johnny’ego Cage’a (dobry Karl Urban) jako przebrzmiałą gwiazdę filmową, która próbuje odcinać kupony od dawnej sławy, z ekranu padną słowa, które zdają się kryć klucz do czerpania frajdy z nowego obrazu:

„Ludzie chcą dziś Keanu Reevesa walczącego ołówkiem, a nie odgrzebywania dawnych marek”. „Szkoda, bo za dzieciaka kochałem te filmy”.

Ten autotematyczny i asekuracyjny dialog ustawia naszą percepcję dzieła i każe przypomnieć sobie dziecięcą radochę, podczas oglądania kaset VHS. Gdy liczyła się nie zawiła fabuła, a świetne sceny akcji, emocje i „dzianie się” na ekranie. 

Advertisement
Promotional booth at a convention with large Johnny Cage banners, sunglasses displays, and a man selling DVDs at a merch table.

To oczywiście cheap shot, ale zaskakująco skuteczny! Nagle patrzymy na wszystko nieco inaczej i przymykamy oczy na uchybienia. Nagle wszechobecny i wyraźny green screen wygląda, jakby ktoś celowo oddał VHS-owy styl i tylko podkręcił go do dzisiejszej stylistyki. 

Jest coś urokliwego w tej umowności i prostolinijności świata przedstawionego. Tak samo z teleportacją – nigdy nie zostaje wyjaśnione gdzie konkretnie, z punktu widzenia geografii, znajdują się bohaterowie, ale… nie ma to żadnego znaczenia. Grunt, że nowe settingi działają.

Advertisement

Zmiana percepcji

W nowym filmie czuć też zmianę tonacji – bohaterowie nie biorą już siebie tak na serio, a całość jest prowadzona z większym luzem. Film przestał udawać coś, czym nie jest – nie ma tej nieznośnej i niezasłużonej „głębi” i „mroku” jak w wersji z 2021. Nawet, gdy postaci giną, to inne tak łatwo zmartwychwstają, że się tym w ogóle nie przejmujesz. Jest kiczowato, ale właśnie to ma swój urok. 

Advertisement
Ferocious orc warrior in spiked armor, snarling with tusks while brandishing chained weapons on a desolate battlefield.

W ten ton świetnie wpisuje się nowy bohater – Baraka (niezły CJ. Bloomfield) – napisany niczym daleki kuzyn Draxa ze „Strażników Galaktyki” – pomocny brutal z sercem ze złota, który docenia umiejętności innych.

Przyszedłeś dla mordobicia, dostajesz mordobicie

Advertisement

Reżyser tym razem posłuchał fanów i dał im to, czego oczekiwali – dużo dobrze zmontowanych scen walki w charakterystycznych lokacjach. Najbardziej kupiła mnie scena potyczki w podniebnej świątyni na niebieskim tle, rodem z czołówki „Doctora Who” czy animacji w Windows Media Playerze. Typ z kapeluszem-piłą kontra bohater o ognistych dłoniach. Określona przez uczestników jako bratobójcze starcie, ma dobrą choreografię, ciekawe ujęcia kamery i dynamiczny, ale nie-chaotyczny montaż, dzięki czemu przynosi dużo radochy. 

Two figures face each other on a dark stage, with a blue swirling energy portal behind a traditional Chinese gate.

W samoświadomości siła. Oceniam „Mortal Kombat II”

Nowy film jest trochę jak dziecko złotej ery VHS – nad całą produkcją unosi się duch nostalgii z lat 90. i tego uczucia z dzieciństwa, gdy zwyczajnie chłonąłeś filmy, bo oferowały tak wiele atrakcji.

Advertisement

Mortal Kombat II nie udaje, że jest czymś więcej niż nienachalną, krwawą, zabawną i bezmózgą rozrywką, ale czyni z tych elementów swój atut. To trochę jak z muzyką grupy Die Antwoord – niby głośna, „chamska” i może być postrzegana jako drażniąca – ale co z tego, jeśli działa, buja, wywołuje uśmiech na twarzy, relaks i skoki endorfinowe? Jest fun!

Advertisement

Dziennikarz kulturalny i fan popkultury w różnych jej odmianach. Wielbiciel festiwali filmowych i muzycznych, których jest częstym i chętnym uczestnikiem. Salę kinową traktuje czasem jak drugi dom.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *