Connect with us

Recenzje

NIKT NIE WOŁA. Nie strzeliłem do Czerwonego

W filmie NIKT NIE WOŁA. NIE STRZELIŁEM DO CZERWONEGO poznajemy mężczyzn w zrujnowanym świecie, gdzie kobiety przejmują władzę nad ich losami.

Published

on

NIKT NIE WOŁA. Nie strzeliłem do Czerwonego

Zrujnowani psychicznie ludzie zasiedlają odzyskane ziemie. Smutni mężczyźni uciekają przed makabrą czającą się we wspomnieniach. Czyżby myśleli o kolejnej wojnie, tym razem bratobójczej w swoim nowym kraju? A wokół kręci się tyle chętnych kobiet, które zrobiłyby dosłownie wszystko, co by zechcieli. Warto znów iść na jakiś front? Powojenny świat przedstawiony w Nikt nie woła przez Kutza to rzeczywistość przewartościowana pod względem roli płci. Czas męskich wojen minął, obracając świat w piekło. Teraz rządzi kobieca chuć, czająca się na każdym rogu, w pracy, w internacie, dosłownie wszędzie.

Advertisement

Nie trzeba się starać, nie trzeba dawać kwiatów, wystarczy jedzenie, jakiekolwiek perspektywy i ciepły kąt, a czasem należy tylko kiwnięcie palcem. Główny bohater ma się jej tylko podporządkować, a nigdy nie będzie sam w łóżku. Jego patriarchalnie rozumiana męskość nie istnieje – jest zależna od woli otaczających go kobiet. Nic więc dziwnego, że za tak egzystencjalny, odważny, apolityczny i feministyczny film cenzura nawet poodwilżowego PRL-u ukarała reżysera.

A Kutz nie chciał żadnych idei. Jego świat był pozbawiony romantyzmu, bez wiary w szczytne cele, bez poświęcania się w imię narodowych, polskich iluzji. Wojna je wszystkie zmiotła, jak ściera się szmatą popiół zostawiający gorycz w ustach. Młode pokolenie chciało po prostu zacząć na nowo żyć, bezpiecznie, przyjemnie, z nadzieją na niekiedy kompulsywne zaspokojenie wszystkich zatrzymanych przez wojnę potrzeb. Bo akt wojny nie tylko oddziałuje na jednostki, lecz także gdy dotyka społeczności związanej tożsamością narodową, niszczy ją w sposób podobny do nowotworu. Kiedy następuje remisja, tkanka narodowa chce za wszelką cenę odtworzyć straty, zapomnieć, a niekiedy najszybciej jak może doświadczyć zupełnie odmiennego bieguna niż ten, na którym w czasie choroby była.

Advertisement

Zachowanie jednostek jest odbiciem jej stanu, bo zwykle i one w swoich zindywidualizowanych życiach chcą za wszelką cenę przestać słyszeć o wojennym strachu, poświęcaniu się dla ocalenia innych i walce o kiedyś istniejący, wypełniony dawnymi miłościami dom. Bohaterstwo to teatralna mrzonka, niechciana konieczność. Mówi się, że jest piękna i przynosi dumę, bo co innego można powiedzieć – że w umieraniu za idee nie ma za grosz sensu?

Dlatego bohaterowie Nikt nie woła myślą z reguły o jedzeniu, mieszkaniu i łączeniu się w pary, co jest równoznaczne z zaspokojeniem potrzeb seksualnych. Czy ma tu znaczenie miłość? Nie ma, a przynajmniej jest zracjonalizowana, bo nie może być inna, gdy trzeba zbudować nową Polskę, nową społeczność. Teraz gonienie za romantycznymi odruchami wręcz uniemożliwiłoby odbudowę kraju. Trzeba łączyć się w mniej lub bardziej udane pary, zbytnio nie wybrzydzać i rozmnażać się, co jest przecież całkiem przyjemne i chociaż na chwilę powoduje zapomnienie o wojennej przemocy.

Advertisement

Dlatego dominuje egoizm i chęć znalezienia sobie miejsca za wszelką cenę domu, nawet w postaci rozpadającej się rudery. Kobiety w tych poszukiwaniach są wyjątkowo zdeterminowane. Myszkują tylko tymi swoimi rozedrganymi oczami za jakimś bardziej ogarniętym życiowo facetem. Zachowują się niemal jak wygłodniałe modliszki, bo wiedzą, że tylko w tym momencie społecznej historii mogą wyszarpnąć coś naprawdę dla siebie i na własnych warunkach. Romantyzm został gdzieś wiele lat za nimi, utopiony przez wojnę jak niechciane, jeszcze ślepe kocięta w metalowym wiadrze obok wiejskiej studni.

Kutzowa miłość rozpatrywana w takiej, postapokaliptycznej, traumatycznej i utylitarnej społecznie perspektywie jest racjonalna, a więc powinna była się spodobać polskim komunistom. Nic bardziej mylnego. Cenzorzy w naszej ludowej ojczyźnie głupi nie byli. Wiedzieli, że reżyser przedstawia młodych ludzi zachowujących się w ten sposób w pewnym konkretnym celu. Kutz wpierw odarł ich z ideałów, a potem zaprezentował naturalistyczne i redukcyjnie. Tym samym uczynił ich po wojnie niezdolnymi do głębokiego kochania, a przez to automatycznie do zaufania komukolwiek innemu niż sobie, swojej wizji życia, swojemu interesowi polegającemu na organicznym zaspokajaniu elementarnych potrzeb.

Advertisement

Takich jednostek przecież państwo komunistyczne nie mogło kontrolować, bo one nigdy tegoż państwa by nie pokochały, nie zaakceptowałyby wspólnoty, podziału dóbr, zbiorowej odpowiedzialności i kontroli swoich popędów. Żeby była jasność, komuniści, tak przecież niewierzący i przeciwni wszelkim przejawom życia niematerialnego, byli zarazem straszliwie pruderyjni seksualnie.

Wynikało to oczywiście z ideologii, która rządziła ich światem, a więc wszechobecnej kontroli człowieka, zwłaszcza w sferach dla niego elementarnych, a więc tej seksualnej również. Kutzowi bohaterowie w Nikt nie woła zahamowani płciowo nie są. Przypominają spragnionych grupowych uciech hippisów albo wypuszczone na łąkę po latach niewoli konie bez siodeł, uzd i wędzideł. Tacy ludzie zawsze będą dążyli do niezależności, a władzy się nie podporządkują albo udadzą poddaństwo dla chwilowej wygody. Idealnie tę potrzebę ukazuje rozmowa Lucyny (Zofia Marcinkowska) i Bożka (Henryk Boukołowski).

Advertisement

Dyskutują o swoim przyszłym małżeństwie, które ma przybrać formę poligamicznego, wolnego związku. Ich uczucia są zracjonalizowane, sprowadzone do zapewnienia sobie bytu i gatunkowej replikacji. Taka postawa nie stoi w sprzeczności z mechanizmami odradzania się po wojnie zniszczonego narodu. Wręcz przeciwnie, sprzyja im, natomiast nie na ścieżce marksizmu w wydaniu leninowskim. Stoi zaś tyłem do realnego socjalizmu i dziarsko wypina przed nim tyłek, bo zgodnie z nią jednostka poprzez swoją niepowtarzalność ma wystarczająco siły, by zorganizować swoje życie na własny rachunek. Żaden kolektyw nie jest jej potrzebny.

Cenzura więc nie dała się nabrać na to, że Bożek nie zabił Czerwonego. Owa dwulicowa kokieteria Kutzowi nie pomogła. Zresztą czy wyjaśnił, kim był ów Czerwony albo do jakiej organizacji należał główny bohater? Być może w domyśle chodziło o AK, ale czy tak faktycznie było? Może był członkiem NSZ, a jeszcze osobliwiej byłoby, gdyby należał do GL. Na podstawie analizy fabuły nie sposób z całą pewnością tego ustalić. Osobliwa była postawa krytyków wobec filmu. Niesamowicie akcentowali w swoich tekstach ułomność strony artystycznej produkcji. Aż za bardzo, żeby uwierzyć, że to kwestie formalne były jedyną przyczyną ich sprzeciwu.

Advertisement

Czy była to polityka? Tacy np. Aleksander Jackiewicz czy Krzysztof Teodor Toeplitz radykalnymi wrogami władzy nie byli. Wątpię jednak, czy to chęć przypodobania się komunistom wpłynęła na ich postawy wobec Nikt nie woła. Można snuć wiele teorii na temat źródeł krytyki filmu Kutza. Jedna wydaje się jednak całkiem prawdopodobna – zwykła pruderia oraz niechęć do liberalnego traktowania płciowości z naciskiem na zamianę ról mężczyzny i kobiety. Nie byłoby jej jednak, gdyby Kutz nie zwrócił na siebie uwagi formą artystyczną Nikt nie woła. Co ciekawe, twórca filmu sam dał się złapać w swoje własne sidła, ale o tym na końcu.

Zbyszek Cybulski był jeden jedyny, a bycie nim zupełnie Boukołowskiemu nie wyszło. W wielu scenach ta przemożna chęć skopiowania Zbyszka wyszła zbyt sztucznie i żałośnie usilnie. To wielka rysa na filmie Kutza, chociaż gdyby porównać aktorskie umiejętności Boukołowskiego z Zofią Marcinkowską, wypadłby i tak po mistrzowsku. Marcinkowska wydawała się zupełnym naturszczykiem. Jej warsztat zdawał się kompletnie nieoszlifowany i nieustawiony, co dziwi ze względu na wypowiedzi Kazimierza Kutza już po jej samobójczej śmierci. Twierdził, że jako reżyser miał nad nią władzę.

Advertisement

Że wszedł w jej osobowość aż za głęboko, że mógł naruszyć jej wewnętrzną spójność, cokolwiek to znaczy i jakkolwiek jest tajemniczym i dwuznacznym stwierdzeniem. Skoro jednak tak było, Marcinkowska powinna lepiej sobie radzić z emocjonalną intonacją głosu. Powinna znać granicę, za którą artyzm i dramatyzm gry aktora przemieniają się w czysty formalizm, nienaturalną pozę, odbieraną przez widza jako nuda i patos. Natomiast trudno zgodzić się z argumentami, że Nikt nie woła nie może być dobrą polemiką z Popiołem i diamentem.

Może być, gdy w zakres dyskusji będzie wchodzić ideologia. Już widzę te niekończące się dekaefowe polemiki, na ile Wajda podlizywał się komunistom, na ile robił to z przekonania, a na ile Kutz pozostał wierny demokratycznym ideałom. A może po prostu Wajda okazał się sprytniejszy w omijaniu cenzury?

Advertisement

Natomiast trudno obronić film Kutza, gdy ocenie podlega warstwa techniczna. Jakkolwiek taszystyczne plenery Bystrzycy Kłodzkiej są niemal dystopijne i pasują do zdemolowanej psychiki bohaterów, to w połączeniu ze sposobem filmowania opowieści Józefa Hena i grą aktorską, Nikt nie woła staje się teatrem na ekranie, cyrkiem zaspokajającym ambicje reżysera, natomiast nie widza. Film trwa mniej niż 90 minut. Zdjęcia Jerzego Wójcika są wysmakowane, precyzyjne i zaplanowane niemal jak obrazy, natomiast same ujęcia trwają długo, często nieznośnie długo, a czas nieubłaganie ucieka.

To tylko niecałe 90 minut. Inna sprawa, że sama treść historii w Nikt nie woła jest o wiele mniej skomplikowana niż ta w Popiele i diamencie. Trudno stworzyć w niej różne płaszczyzny, wiele równoległych planów, poprowadzić suspens, zawiązać wiele niejednolitych punktów akcji itp. To wszystko Wajdzie poszło łatwo właśnie ze względu na obszerniejszy materiał do scenariusza (107 minut filmu). Dzięki temu mógł narysować przed kamerą o wiele bardziej plastyczny i przystępny w odbiorze obraz, a przy tym nie rezygnować z egzystencjalnej refleksji. Wielu reżyserów popełnia osobliwy błąd, gdy chcą nakręcić film ambitny – idą w minimalizm zarówno ten dekoracyjny, jak i treściowy.

Advertisement

Artyzm przecież niekoniecznie łączy się z wyjątkowo abstrakcyjną formą, a w Nikt nie woła tak właśnie jest. Być może gdyby Kutz zdecydował się na więcej klasyki i ograniczył teatralność, cenzura i krytycy nie zareagowaliby aż tak gwałtownie. A tak szansa na polemikę z Popiołem i diamentem została stracona.

Wracając do przewartościowania ról płci i bardzo liberalnego podejścia do powojennej seksualności, świat w Nikt nie woła bez wątpienia należy do kobiet, a mężczyźni służą za dawców odpowiednich warunków do tworzenia młodej tkanki narodu. Jak to brzmi? Nadworny kaowiec z Rejsu byłby pewnie wniebowzięty z powodu takiej stylistyki wypowiedzi. Ale co mam innego wymyślić? Dawca nasienia? Płatnik rachunków? Współczesny myśliwy? Nadworny oprawiacz mięsa na obiad?

Advertisement

Czy więc sam twórca filmu zgadza się z tym, co pokazał? Kim dla niego są owe władcze kobiety, którym mężczyźni podporządkowują wszystko? Są faktycznie coś warte czy życie z nimi jest wyłącznie koniecznością? Zastanawiam się dlatego, że w filmie pada mocne, wartościujące i dwuznaczne stwierdzenie: Nie powinno się takich rzeczy mówić kobiecie. Powinno się zawsze kłamać. Tyle przynajmniej Wam się należy – tak stwierdza Bożek w rozmowie z Niurą (Barbara Krafftówna), kiedy wyprowadza się od niej do Lucyny. Kończy jedną osobliwą relację, żeby rozpocząć inną, równie zimną i instrumentalną, lecz robi tak nie z własnej woli, tylko ze strachu, że zostanie sam.

Wkładając te słowa w usta Bożka, Kutz wpada w pułapkę własnej opowieści. Przewartościowuje powojenny świat, a zarazem, już jako mężczyzna, a nie reżyser, go dewaluuje. Czy więc skoro kobiety aż tak zdominowały męską chuć, nie należy się im nic innego? Nie należy się im prawda? Czy uciekający przed swoją przeszłością mężczyzna musi kłamać, a tylko gdzieś skrycie, w swoim drugim i trzecim, a może i dziesiątym świecie szukać własnych tarpanów? Bo bez nich stanie się niczym?

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *