nowości kinowe

Bitwa pod Wiedniem

Tak, byliśmy na "Bitwie pod Wiedniem". Tym razem nie tradycyjna recenzja, a rozmowa-dwugłos na temat "Bitwy pod Wiedniem". Wydaliśmy prawie 5 dych na bilety. A czy było warto? Oczywiście! Uzasadnienie poniżej.

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Oryginalność i wyjątkowość

Rafał Oświeciński / desjudi: Zacznijmy przekornie, bo od filmu, który ponad rok temu stał się synonimem kiczu, nadęcia, kiepskiego scenariopisarstwa i ogólnej mizerii, czyli od „Bitwy Warszawskiej 1920″…

Grzegorz Fortuna / Motoduf: …Panie Jerzy Hoffmanie, przepraszam Pana! Gdybym rok temu, będąc na pokazie „1920 Bitwy Warszawskiej”, wiedział, że dzisiaj przyjdzie mi oglądać „Bitwę pod Wiedniem”, cieszyłbym się każdą sekundą Pańskiego filmu. W porównaniu z wchodzącą właśnie na nasze ekrany arcyszmirą Renza Martinellego, pierwsza polska trójwymiarowa superprodukcja jawi się jako film całkiem znośny, przyjemny, może nawet niepozbawiony drobnych zalet.

RO: Podobnie oddaję pokłony Hoffmanowi. Jasne, nie udało mu się. To oczywiste, że wiele mu nie wyszło – można by z narzekania i rozczarowania zrobić całą litanię, ponarzekać na to i owo, wykpić, poszydzić. Zaczęliśmy jednak od wspomnienia filmu z roztańczoną Nataszą, bo jest ku temu okazja, owa produkcja wyznaczała wszak dotychczas pewną granicę. Otóż „Bitwa pod Wiedniem” tę granicę przekroczyła, choć nie udało się to wcześniej ani Hoffmanowi, ani Kawalerowiczowi w jego „Quo Vadis”, ani żadnemu innemu twórcy kina epickiego powiązanego w ten czy inny sposób z Polską, jej historią, literaturą, tradycją…

Gorzej być nie może?

GF: To fascynujące, jak silnie na polskie kino historyczne…

RO: Ha, włoskie!

GF: A gdzie tam…

RO: No wiem, wiem – swąd wszystkich najgorszych skojarzeń kierowanych w stronę polskiej kinematografii czuć bardzo mocno. Makaroniarze zrobili kino historyczne przy wsparciu polskiej kasy i kwiatu polskiego aktorstwa o kawałku polskiej historii, wycelowane w polską publiczność… I niech nikt nie oszukuje, że tak nie jest.

GF: …to fascynujące, jak na WŁOSKIE kino historyczne (z korzeniami polskimi) działa prawo Murphy’ego – jeśli myślimy, że gorzej być już nie może, że bardziej się zepsuć nie da, że przecież osiągnęliśmy dno, przebiliśmy się przez nie na wylot i dotarliśmy do najmroczniejszych, najplugawszych zakamarków kinematografii, i tak zawsze przyjdzie ktoś, kto pokaże, że złe kino nie ma końca i trzeba jedynie odrobiny inwencji, by sprezentować uczniom gimnazjów jeszcze gorszego gniota. Dzisiaj tym kimś jest Renzo Martinelli.

RO: Znasz gościa? Trafiłem tylko na wzmiankę, że wcześniej zrobił jakiś film, w którym dość stereotypowo potraktował muzułmanina.

GF: Nie znam go, nie słyszałem, nie widziałem nic, przejrzałem jedynie tytuły na IMDb. W kontekście prawa Murphy’ego podejrzewam, że pod tym pseudonimem może się tak naprawdę ukrywać jakiś włoski mistrz złych filmów, niechętny do publicznego chwalenia się swoim nazwiskiem, choćby Claudio Fragasso (reżyser „Trolla 2”) albo Bruno Mattei. A za rok – bo polskie produkcje historyczne ukazują się przecież z zatrważającą regularnością na początku każdego roku szkolnego – będzie to pewnie ktoś inny. Nie wiem tylko, jak uda mu się zrobić film gorszy od „Bitwy pod Wiedniem”, bo wydaje się to prawie niemożliwe.

RO: Wyrżnąć o dno dna będzie trudno. Czytelnicy wiedzą już jednak o naszych ogólnych wrażeniach z obcowania z filmem Martinellego, więc wypada powiedzieć o kilku aspektach, które stanowią o wyjątkowości „Bitwy pod Wiedniem”. Bo to, że film jest wyjątkowy, wie każdy, kto wyda kilkadziesiąt złotych i zobaczy na własne oczy te cuda, których na ekranie zatrzęsienie. Ci, którzy nie widzieli, będą musieli uwierzyć nam na słowo, choć „doświadczenie Bitwy pod Wiedniem” – swoją drogą intrygujący psychologiczno-filmoznawczy zwrot – jest czymś nie do opisania. Ale spróbujmy.

Efekty naprawdę specjalne

RO: Pomówmy o efektach naprawdę specjalnych, bo tak naprawdę to one robią największy fun. Twoje pierwsze wrażenia po kilku minutach?

GF: Absolutne niedowierzanie. A próbowałem się psychicznie przygotować! Obejrzałem teaser i zwiastun, przeczytałem krótką analizę komputerowego partactwa w trailerze i – o ja głupi! – myślałem, że jestem gotowy, że nic mnie nie zaskoczy. „Bitwa pod Wiedniem” wychodzi nam jednak naprzeciw i mówi: „Ha? Myślałeś, że tego nie można spieprzyć?! Teraz już wiesz, że można!”.

RO: Masz na myśli… wilkołaka?

GF: Obawiam się, że wilkołakowi, jego obecności, zakorzenieniu w scenariuszu i wszystkiemu, co z nim związane, musielibyśmy poświęcić duuużo miejsca, a czytelnicy i tak by nie uwierzyli, że byliśmy w kinie trzeźwi. Może zresztą zabrzmi to dziwnie, ale wilkołak – choć wyglądał, jakby ktoś go wkleił prosto ze starej gry komputerowej – nie był w tym wszystkim najgorszy! To była po prostu kiepsko animowana postać – jestem w stanie coś takiego znieść. Ale za żadne skarby nie rozumiem, jak można nakręcić aktora na greenscreenie, wkleić go na tło pałacu/komnaty/czegokolwiek (bez skalowania!) i nie zauważyć, że wokół niego została czarna obwódka. Toż nawet internetowi vlogerzy-amatorzy takich błędów nie popełniają! A mówimy przecież o filmie za 50 milionów złotych.

RO: Dla mnie to też był szok. Autentyczny szok, niedowierzanie, szeroko otwarte oczy i szczęka opuszczona na podłogę z wrażenia. Efekty specjalne w tym filmie wyglądają przecież tak, jakby ich autor dzień wcześniej odkrył możliwość komputerowej obróbki graficznej. Zwróciłeś uwagę na cyfrową mgłę, która unosi się właściwie wszędzie i zawsze, po to tylko, żeby zakryć płaskie jak ściana elementy scenografii?

GF: Tak! Mgła w połączeniu z wklejoną jako tło nieruchomą fototapetą daje niezwykły efekt! Owa mgła najlepsza jest jednak w nocy, kiedy staje się… czarną, cyfrową sadzą. Wszystkie sceny nocne kręcone były bowiem w technice „day for night” – robiono zdjęcia za dnia, po czym odpowiednio je przyciemniano, żeby imitowały noc. A ponieważ to nie przyniosło rezultatu, dodano jeszcze wspomnianą czarną mgłę.

RO: Pojawiła się nawet scena z nieruchomym… niebem. Nie wiem, czy czytelnicy, którzy nie widzieli filmu, zrozumieją co mam na myśli, ale chodzi o to, że w pewnym momencie tło wydaje się zastygłe, jakby ktoś, grafik pewnie, wkleił po prostu obrazek. Albo sceny z padającym śniegiem. Znaczy: czymś fruwającym po ekranie. Coś lata tu i tam, coś, co wygląda jak komputerowe kawałki papieru.

GF: To bolało.

RO: Coś… aż słów brakuje. One przelatywały w kilku momentach przez ciała! Przenikały!

GF: Jeszcze bardziej boli.

RO: Bolał atak na Wiedeń (tu wyglądający jak osada Asterixa i Obelixa) i te wystrzały armat, te lecące kule (widać w pewnym momencie, że film miał być w trzyde, ale coś nie wyszło). Coś nie do opisania. Mamy rok 2012, a efekty specjalne wyglądają jak sprzed lat… 20? Myślę nawet, że to poziom mniej więcej „Kleopatry”, „Ben Hura” czy „Dziesięciorga przykazań”, nie umniejszając oczywiście znaczenia i rewolucyjności efektów specjalnych w tych trzech hollywoodzkich klasykach. Mają coś w sobie z klasyki gier komputerowych: oblężenie Wiednia przypominało trochę kultowe „Age of Empires”.

GF: Widziałeś krew? Film jest chwilami dość brutalny, ale… no właśnie. Czy istnieją gorsze, bardziej tandetne, bardziej… ekstremalnie zaprezentowane efekty specjalne, niż widok ciosu, uderzenia i lecącej juchy?

RO: Nie ma, naprawdę nie ma. Tutaj muszę znowu odwołać się do wyobraźni czytelników. To naprawdę trzeba zobaczyć na własne oczy: tę pikselową posokę tryskającą w momencie uderzenia czegokolwiek (tylko zapowiedziane w zwiastunie – w filmie jest tego cała masa), te liczne rany, które pojawiają się i znikają, które przemieszczają się z miejsca na miejsce wraz z czystym narzędziem zbrodni. Coś naprawdę niesamowitego i spotykanego chyba tylko na przeglądach kina amatorskiego. Szczególnie, że „Bitwa…” powstała za taką kasę i miała wsparcie tylu państwowych instytucji.

GF: Podobnie żałośnie wyglądają stutysięczne wojska, które zobaczymy (za mgłą!) jedynie z oddali. Jeśli już kamera zbliża się do armii, to łatwo zauważyć, że to wszystko pic na wodę fotomontaż: armie zostały powiększone metodą „kopiuj-wklej” tzn. bierzemy kilku statystów i wklejamy ich gdzie można bez ładu i składu. To naprawdę niesamowite. Nawet Uwe Boll tak nie potrafi.

A może po prostu mamy do czynienia z typowo campowym dziełem? 

RO:  Te wszelkie zachody słońca, to bogactwo scenografii, ta niesamowita pomysłowość inscenizacyjna i ton powagi, którego nie sposób traktować poważnie? Artysta – Martinelli – chciałby wiele i to „wiele” mu jednak wychodzi: film jest odpowiednio odjechany, przerysowany, sztuczny i przeestetyzowany, żeby go postawić obok uznanych włoskich dzieł w rodzaju „Antropohagusa”, „Kaliguli” i „Nagiej dla szatana” [artykuł o kinie campowym tutaj]

GF: Coś w tym jest. Nawet obecna jest obowiązkowa ironia i dystans w osobie Piotra Adamczyka, który chyba czuł podskórnie, że gra w typowo campowym dziele, więc szybko załapał konwencję i wszedł brawurowo w rolę pałacowego fircyka. Przez cały czas wydyma usta jak zblazowna nastolatka i z dumą prezentuje odklejającego się wąsa. Rola życia!

RO: Chyba jedyna postać i aktor wychodzący z twarzą.

Kwiat polskiego aktorstwa

GF: Cóż, pozostali polscy aktorzy, których reżyser zatrudnił głównie dlatego, że zobowiązywał go do tego kontrakt z PISF-em, praktycznie nie pokazują się na ekranie. Wojciech Mecwaldowski gra jakiegoś Polaka, który wypowiada pół zdania w połowie filmu, po czym znika i wraca na sekundę pod koniec. Daniel Olbrychski ma mniej więcej pół minuty czasu ekranowego (krzyczy jednak „feuer!” do swoich żołnierzy), a Jerzy Skolimowki… cóż, on chyba jako jedyny obok Adamczyka miał trochę zabawy, bo wyczuł campową konwencję. Widać po nim jednak, że wolałby przesłuchiwać Scarlett Johansson.

RO: I Szyc. Wybitna, pamiętna rola…

GF: Mam wrażenie, że Szyc zagrał w tym filmie tylko dlatego, że jego życiowym celem jest obskoczenie wszystkich najgorszych polskich półproduktów – najpierw „Bitwa Warszawska”, potem „Sztos 2” i „Kac Wawa”, a teraz „Bitwa pod Wiedniem”. Pojawia się na całe kilkanaście sekund, ale – uwaga – w większości polskich recenzji znalazło się przekłamanie. Wbrew temu, co można wyczytać, Szyc w tym filmie jednak mówi! Nie wiem niestety co, bo jego twarz jest zasłonięta przez krzywo założony hełm, ale jednak mówi.

RO: I Bachleda-Curuś ugryziona przez zombie w lewy cyc. Gdzie były zombie, po co i dlaczego – nieważne. Ale została uzdrowiona, hosanna! Jeśli ta rola ma jej pomóc w hollywoodzkiej karierze, to współczujemy każdemu, kto będzie zmuszony obserwować jej aktorskie wygibasy w „Bitwie pod Wiedniem”.

GF: To był mój ulubiony wątek! Polegał mniej więcej na tym, że w pierwszej scenie postać Alicji – zdrowa, ładna i pewna siebie księżna – jest nieprzychylna wobec mnicha Marco d’Aviano, granego przez F. Murraya Abrahama. Scenę później, zombie odgryza jej poza kadrem pierś, więc mnich ją uzdrawia i rekonstruuje tkankę. W następnej scenie wygląda już zupełnie normalnie i ochoczo wspiera działania zakonnika, prezentując publiczności zdrowy dekolt. Czyżby Marco d’Aviano był najlepszym chirurgiem plastycznym XVII wieku?

RO: A może to on nasłał na nią zombie, żeby potem ją uleczyć i tym samym przekabacić na swoją stronę?

GF: Całkiem prawdopodobne, facet gada przecież z wilkołakami. Odgrywający tę rolę F. Murray Abraham mnie jednak zaskoczył – to zdecydowanie jego najlepsza rola od czasów „Krwiożerczej małpy”.

RO: A przecież dostał kiedyś zasłużonego Oscara – wybitny Salieri!

Prawdziwi główni bohaterowie

GF: Wydaje mi się, że ten aktor – wzorem swojego bohatera, skromnego, oddanego Bogu mnicha, gotowego na każde poświęcenie – narzuca sobie pokutę, która polega na graniu tylko i wyłącznie w złych filmach. Uwierzyłbyś, że to jego szósty (powtarzam jeszcze raz: SZÓSTY) film nakręcony wspólnie z Martinellim? Rozumiem, że raz można wdepnąć, ale sześć razy pod rząd?

RO: To nie jest źle zagrana postać. Widać, że się Abraham stara: szepcze, krzyczy do niebios, marszczy brew, mocno angażuje się w tę rolę, czasem nawet ślina wyleci mu z ust ze złości. Czyli o warsztacie aktorskim złego słowa nie można powiedzieć. Facet dobrze wpasował się w konwencję, choć jego postać jest boleśnie jednowymiarowa (jak zresztą każda inna w tym filmie).

GF: Z obsadą „Bitwy…” wiąże się jednak spora wolta, która w całym filmie Martinellego zaskoczyła mnie najbardziej. Głównym bohaterem nie jest tu wcale Jan III Sobieski, nie jest nim też Marco d’Aviano. Zamiast nich na pierwszy plan wysuwa się grany przez Enrico Lo Verso Kara Mustafa.

RO: To czarny charakter, przywódca wojsk islamskich, najgorszy z najgorszych.

GF: No właśnie – teoretycznie to bad guy, villain, zły człowiek, który chce zniszczyć chrześcijaństwo, taki XVII-wieczny bin Laden. A ja mu, cholera, kibicowałem.

RO: Nie żartuj. Grymasy i złowieszczy wzrok cię przekonały?

GF: Jako jedyny miał solidnie zarysowany charakter, a grający tę rolę Enrico Lo Verso naprawdę się starał i nawet mu to trochę wychodziło. Zauroczył mnie poza tym swoim turbanem.

RO: Trochę wychodziło. Jednak dlaczego muzułmanie chcą podbić Europę, tego już się nie dowiemy. To znaczy: dowiemy się, ale to, co będziemy wiedzieli, obraca się wokół złych, niedobrych, błądzących islamistów, którzy atakują prawdziwych, czcigodnych chrześcijan. „Bitwa pod Wiedniem” wydaje się przez to filmem nie o tym, jak to chrześcijanie wygrywają z muzułmanami, a o tym…

GF: …jak muzułmanie przegrywają z chrześcijanami.

RO: Padają nawet słowa o tym, że jest jeden prawdziwy Bóg, jedna słuszna wiara – wszystko inne, co niechrześcijańskie, jest pełne agresji i pogardy dla tradycyjnej rodziny. Zero ekumenizmu. Nawet krzyż papieski staje się orężem walki z innowiercami. Olaboga!

Kaganek oświaty

GF: W ogóle, ta tania symbolika, z której wynika zresztą spora część nieścisłości historycznych, całkiem słusznie doprowadziła do burzy w polskich mediach – widzimy bowiem w filmie krzyż Jana Pawła II i dzisiejsze polskie godło, czyli rzeczy, które w 1683 roku po prostu nie istniały. Producent Alessandro Leone tłumaczy ich obecność chęcią nawiązania do współczesnej sytuacji Polski i Europy, ale to bzdura. W pewnym momencie zacząłem się bać, że gdzieś w tle zobaczę rozbitego Tupolewa.

RO: Też racja. Do ataku na WTC „Bitwa pod Wiedniem” się przecież bez skrupułów odnosi – oryginalny tytuł filmu to „11 września 1683”, co nawiązuje do pamiętnego dnia 2001 roku. Budowanie takiej paraleli jest nie tylko niewłaściwe, ale też historycznie błędne, bo bitwa wydarzyła się dzień później.

GF: No właśnie, co z wartością historyczną? Miała dla Ciebie znaczenie? Jak oceniasz „kaganek oświaty”, który niesie producent?

RO: Wartość historyczna? Nie ma takiej. Nie trzeba wdawać się w podręcznikowe szczegóły, żeby zauważyć, że „Bitwa pod Wiedniem” to jedna wielka bezwartościowa bujda. Moim zdaniem nauczyciele historii, którzy dostali prospekty reklamowe i plany lekcji w oparciu o film, powinni wyrzucić czym prędzej nadesłane materiały dydaktyczne do kosza. A ci, którzy zaprowadzą gimnazjalistów i licealistów na seans, powinni dostać jakieś nagany za narażanie młodzieży na traumatyczne przeżycia.

GF: Nie za ostro? Młodzież chce się przecież wyrwać ze szkoły, nawet na taki film.

RO: I poznawać idiotyczne, ogłupiające, pełne stereotypów, tragicznie zrealizowane historie? Jeśli Tusk dba o intelektualną kondycję młodych Polaków, to powinien w swoim wczorajszym expose pogrozić paluchem wszystkim nauczycielom, którzy planują wraz ze swymi wychowankami  wykupić poranne seanse.

Raz, dwa, trzy, głęboki oddech… Moglibyśmy tak długo, wdając się w szczegóły, wywlekając na światło dzienne kupę… kup. Podsumujmy jednak.

Więc jaki naprawdę jest ten film?

GF: Racja, podsumujmy, choć to niełatwe, bo mamy do czynienia z szalonym, potwornie nieudanym miszmaszem. „Bitwa pod Wiedniem” nie jest bowiem filmem historycznym, nawet koło tego gatunku nie leżała. To baśń, film fantasy, połączenie kina pseudohistorycznego z „Fantaghiro” i „Zmierzchem” (trzeba w końcu pamiętać o wilkołaku-obrońcy). Najgorsze wydaje się być jednak co innego – cała ta upiorna otoczka, którą wokół „Bitwy…” próbuje zbudować producent. Po raz kolejny dystrybutorzy wzywają do wypełnienia „patriotycznego obowiązku” i pójścia do kina, po raz kolejny publikują na oficjalnej stronie filmu „scenariusze lekcji i katechez” (serio!), choć  w tym wypadku nie opowiadają nawet prawdziwej historii, a dziwną wariację na jej temat. Niezwykle rozbawiła mnie wypowiedź Alessandro Leone, który stwierdził, że chciałby, aby polskie dzieci, po obejrzeniu tego filmu, przebierały się w czasie karnawału za głównych bohaterów. Cóż, ja bym się chętnie przebrał, ale raczej za Renzo Martinellego. No i trochę mnie jednak smuci, że tego typu filmy będą powstawać jeszcze długo, bo do kin przychodzą szkoły i emeryci. Jedyna nadzieja w tym, że ci drudzy nauczą się już bez skrępowania korzystać z torrentów.

RO: To film gorszy niż można się spodziewać. To film, którego – wbrew pozorom – nie można przegapić. Warto po prostu zobaczyć od czasu do czasu tak zły film, żeby nabrać dystansu, do tego co niby złe: co niby źle skonstruowane, źle napisane, źle zagrane, źle zrobione. „Bitwa pod Wiedniem” to nowy standard, nowa jakość, nowe wyzwanie. Film oryginalny i wyjątkowy.

GF: Czyli co, polecamy?

RO: Z całego chrześcijańskiego serca!

Ostatnio dodane