search
REKLAMA
Recenzje

NIE CUDZOŁÓŻ I NIE KRADNIJ. Kompleks Tarantino

Pora napiętnować wreszcie kompleks Tarantino i przestać rozpływać się nad kinem, które na pochwały zwyczajnie nie zasługuje.

Janek Brzozowski

20 listopada 2022

REKLAMA

Co robi mężczyzna (Mateusz Banasiuk), gdy żona (Aleksandra Popławska) zostawia go samego w domu? Oczywiście, najpierw szaleje w rytm cancana, skacząc po meblach i popijając whiskey prosto z butelki, a następnie zaprasza do siebie prostytutkę (Julia Wieniawa). Problem zaczyna się, gdy po kilku upojnie spędzonych godzinach bohater odkrywa, że kobieta nie żyje, a w jej śmierć zamieszani są dwaj lokalni gangsterzy (Sebastian Stankiewicz i Bartłomiej Firlet) oraz fajtłapowaty kurier (Sławomir Mandes), który nieopatrznie pomylił przesyłki.

Jedno z haseł promujących Nie cudzołóż i nie kradnij głosi: „komedia inspirowana najsłynniejszą księgą świata”. Nie dajcie się jednak zwieść – dla Mariusza Kuczewskiego najsłynniejszą księgą świata nie jest Biblia, ale obity w skórę scenariusz Pulp Fiction. Reżyser i scenarzysta w jednym dwoi się i troi, przekształcając motywy znane z kultowego filmu Tarantino na własną modłę. Nielinearna, fragmentaryczna narracja – tutaj „ubogacona” planszami z numerami Dekalogu i losowymi cytatami z Pisma Świętego. Zabójca przekonany o tym, że jest „mieczem Bożym” – porzucający słowo „motherfucker” na rzecz swojskiego i ugrzecznionego „bezbożnika”. Zegarek jako istotny, kilkukrotnie powracający na ekran rekwizyt. Tajemnicza paczka (walizka), funkcjonująca jako bezwstydny, hitchcockowski MacGuffin – napędzający akcję, a tak naprawdę kompletnie pozbawiony znaczenia. Wreszcie, główny bohater, wałęsający się przez cały film w bordowym szlafroku – do złudzenia przypominający Jimmiego Dimmicka, granego w Pulp Fiction przez samego reżysera.

Jim Jarmusch, zachęcając młodych twórców do inspiracji różnorodnymi tekstami kultury, powiedział ponoć kiedyś, że „nic nie jest oryginalne. Kradnijcie ze wszystkiego, co rezonuje z waszą inspiracją i napędza waszą wyobraźnię. […] Wybierajcie jednak tylko to, co przemawia prosto do waszych dusz. Jeżeli tak zrobicie, wasza praca (i kradzież) będą autentyczne. Autentyczność jest nieoceniona; oryginalność nie istnieje”. Piękne słowa, które Kuczewski, jak sądzę, wziął sobie niegdyś głęboko do serca. Warto jednak uzupełnić je krótkim, a jakże treściwym stwierdzeniem Jean-Luca Godarda: „Nie ma znaczenia, skąd bierzesz rzeczy – liczy się to, co z nimi robisz”. A Mariusz Kuczewski nie robi nic ciekawego. Jego miłość do kina pozostaje nieodwzajemniona. Może wciskać cytaty filmowe, gdzie tylko popadnie (pozdrawiam wszystkich fanów Felliniego, załamujących ręce podczas oglądania Miłości na pierwszą stronę), napinać swoje kinofilskie muskuły jak mocno potrafi – i tak za każdym razem wychodzi kaszana. Dlaczego?

REKLAMA

Polscy epigoni Tarantino

Przede wszystkim dlatego, że Kuczewski nie ma niczego interesującego do przekazania. Żadnej porywającej historii do opowiedzenia. Pisane i reżyserowane przez niego filmy to najgorszy odprysk kina postmodernistycznego. Zbiory klisz, nieproponujące nic ponad to, co widoczne na powierzchni. Oparte na pustych, przemielonych przez popkulturę znakach, cytujące dla samej satysfakcji płynącej z aktu cytowania; robiące to jednak w na tyle ordynarny i niezgrabny sposób, że gdzieś po drodze ginie wszelka przyjemność odbiorcza, związana z odszyfrowywaniem kolejnych nawiązań intertekstualnych. Zabawne, że na patrona swojego kinowego debiutu Kuczewski wybrał właśnie Quentina Tarantino – tak jak parę lat temu zrobił to Jan Belcl, kręcąc nieszczęsny film Wszyscy moi przyjaciele nie żyją. Jeżeli odwołujesz się bezpośrednio do mistrza kinowej żonglerki, musisz mieć świadomość tego, że już na starcie znajdujesz się na przegranej pozycji. O ile nie nakręcisz czegoś naprawdę fascynującego i poszerzającego odbiorcze horyzonty, to możesz liczyć co najwyżej na tytuł polskiego epigona Tarantino. Nic więcej. Bo liczy się nie to, skąd bierzesz rzeczy, ale co z nimi robisz.

Na ścieżce dźwiękowej Nie cudzołóż i nie kradnij Offenbach i Handel mieszają się z elektroniką. Rejestr wysoki splata się z niskim, a sceny silące się na powagę – z głupawymi fragmentami nastawionymi wyłącznie na rozrywkę („Poruchałeś już, Batman?”). Wyjątkowy dyskomfort poznawczy wywołuje chociażby długie ujęcie na twarz bohaterki Julii Wieniawy, rejestrujące jej ból (fizyczny i egzystencjalny) podczas uprawiania seksu analnego. To element rodem z kina eksploatacji, nijak mający się do lekkiego tonu, w jakim utrzymana jest przeważająca część filmu. Chwilę później mamy do czynienia z teledyskową sekwencją, która na poziomie symbolicznym ma reprezentować moment śmierci bohaterki – prężącej się przed kamerą, wymachującej włosami na lewo i prawo w obowiązkowym slow motion. Kuczewski nie bierze jeńców.

Kiepsko w tym wszystkim odnajdują się również aktorzy. Sebastian Stankiewicz i Bartłomiej Firlet, jako zabójcy o wdzięcznych ksywach „Fastryga” i „Krupnik” (Kuczewskiemu nie chciało się nawet wymyślać nowego pseudonimu – dokładnie tak samo tytułowany jest Rafał Zawierucha w Miłości na pierwszą stronę), stanowią, przynajmniej w teorii, główne źródło humoru. Szkoda tylko, że ich wzajemnym interakcjom brak jakiegokolwiek polotu – szczytem intelektualnej rozrywki jest tutaj krótka wymiana zdań na temat istnienia Boga, będąca dalekim odbiciem złożonych dysput teologicznych Vincenta Vegi i Julesa Winnfielda. Julia Wieniawa świeci twarzą, kreując wybitnie powierzchowny i stereotypowy obraz „świętej ladacznicy”, która ratuje duszę kosztem ciała. Cezary Pazura po raz kolejny rozmienia swój komediowy talent na drobne, wcielając się w alfonsa o ksywie Alfie (serio?). Z ostatnich filmów z jego udziałem na uwagę zasługuje jedynie Apokawixa o reszcie lepiej zapomnieć. Ponad przeciętność wybija się tak naprawdę tylko Mariusz Drężek, z którym Kuczewski współpracował wcześniej na planie krótkometrażowego Nie ma jak w domu. To zdecydowanie najmniej opatrzona twarz ze wszystkich obecnych, wnosząca do tego skostniałego, porażonego tarantinowskim blichtrem świata autentyczny powiew świeżości. Inna sprawa, że grany przez niego ksiądz to jedyna sympatyczna postać, jaka pojawia się w tym filmie.

Najbardziej deprymujące są jednak pozytywne recenzje, jakie zbiera Nie cudzołóż i nie kradnij. Łukasz Maciejewski wychwala Kuczewskiego na łamach Interii, stwierdzając górnolotnie, że jego film to „wściekłe psy na dopalaczach złego porucznika”. Dobre sobie. Prawda jest taka, że produkcje pokroju Nie cudzołóż i nie kradnij, Wszyscy moi przyjaciele nie żyją albo W lesie dziś nie zaśnie nikt to najgorsze, co może się obecnie przytrafić naszej kinematografii (poza taśmowo produkowanymi komediami romantycznymi, do których scenariusze, swoją drogą, regularnie pisze właśnie Kuczewski) – przeterminowane, hollywoodzkie kalki, nieudolnie przenoszące amerykańskie schematy na grunt polski. Pora napiętnować wreszcie kompleks Tarantino i przestać rozpływać się nad kinem, które na pochwały zwyczajnie nie zasługuje.

Janek Brzozowski

Janek Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa, swoją pracę magisterską poświęcił zagadnieniu etyki krytyka filmowego. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska oraz francuska, a także piłka nożna - od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony (ze wszystkich tej decyzji konsekwencjami). Od 2017 roku jest redaktorem portalu film.org.pl, jego teksty znaleźć można również na łamach miesięcznika "Kino" oraz internetowego czasopisma Nowy Napis Co Tydzień. Laureat 13. edycji konkursu Krytyk Pisze. Podobnie jak Woody Allen, żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA