search
REKLAMA
Recenzje

WSZYSCY MOI PRZYJACIELE NIE ŻYJĄ. Tarantino z odzysku

Jan Brzozowski

30 grudnia 2020

REKLAMA

Lubicie kino Quentina Tarantino? Jeżeli tak, to macie coś wspólnego z Janem Belclem – reżyserem, który kilka dni temu zadebiutował zrealizowanym dla Netfliksa filmem Wszyscy moi przyjaciele nie żyją. Jego dzieło bardzo mocno spolaryzowało widownię – jedni, jak mój redakcyjny kolega, dostrzegli w nim „brawurową czarną komedię dekonstruującą gatunek slashera”, inni natomiast głupie, żenujące filmidło, które ukrywa się pod łatką postmodernistycznej zabawy kinem w stylu, a jakże, Quentina Tarantino. Jak pewnie zdążyliście już zauważyć – sam należę do tej drugiej grupy. Dlaczego? Spieszę z tłumaczeniem.

Dwóch niezbyt kompetentnych policjantów bada miejsce zbrodni, w którym roi się od zmasakrowanych zwłok nastolatków. Trup na trupie, część zabita za pomocą broni palnej, część porażona prądem, jeden przypięty kajdankami do łóżka i uduszony, jeden powieszony na lampie. Jak do tego wszystkiego doszło? Aby poznać odpowiedź na to pytanie, musimy cofnąć się w czasie o kilkanaście godzin i zawitać na imprezę sylwestrową zorganizowaną przez Marka.

Punkt wyjścia jest więc bliźniaczo podobny chociażby do Climaxu Gaspara Noé – impreza, która kończy się śmiercią sporej części uczestników. Argentyńczyka interesowało jednak przede wszystkim widowisko, efektowna wizualnie forma i taneczna improwizacja. Jan Belcl próbuje tymczasem stworzyć zróżnicowanych (a jednak papierowych, ulepionych ze stereotypów) bohaterów, których los powinien nas obchodzić. Wśród najważniejszych postaci jest uduchowiona Anastazja, amatorski raper Jordan, kryptohomoseksualista Rafał, fotograf-eksnarkoman Filip, podstarzały lowelas Dariusz, delikatny, zakochany po uszy Daniel i jego dziewczyna Andżelika oraz najstarsza w całym towarzystwie Gloria (określana przez bohaterów mianem MILF-a). Belcl śladem swojego mistrza (Wściekłe psy, Nienawistna ósemka) zamyka wszystkich w jednym budynku, sprawdzając, jak ułożą się ich wzajemne relacje. Do fabularnej eksplozji nie potrzebuje jednak, jak Gaspar Noé, naładowanej potężną dawką LSD sangrii, ale odnalezionej przypadkiem broni palnej, która w połączeniu z ekstremalną głupotą (w zasadzie wszystkich) postaci rozpoczyna serię niefortunnych zdarzeń.

Próbując stworzyć coś oryginalnego, Jan Belcl wpadł w pułapkę pustego naśladownictwa – Wszyscy moi przyjaciele nie żyją do złudzenia przypomina remake nigdy nie powstałego dzieła Quentina Tarantino, który zgubił gdzieś po drodze całe poczucie humoru i umiejętności scenariopisarskie. Młody reżyser dwoi się i troi, wrzucając do swojego debiutu kolejne nawiązania intertekstualne. Tutaj podświetlona walizka z Pulp Fiction, tutaj niespodziewany strzał w głowę, tutaj strzykawka wbita w serce, tutaj „I will be back” z Terminatora, a tutaj siekiera z Lśnienia (a tak naprawdę z Furmana śmierci – to stąd zapożyczył ją Kubrick). Nic z tego jednak nie wynika – większość z tych odniesień to tylko puste, przemielone przez popkulturę znaki. Belcl nie wchodzi w poważny dialog z żadnym z cytowanych przez siebie dzieł, po prostu wrzuca do kotła to, co mu się podoba i jako tako pasuje do kontekstu. Spójrzmy na to, jak z historii kina czerpie Tarantino. Jak na przykład zgrabnie modyfikuje scenę spotkania na pasach z Psychozy i włącza ją do jednego z kluczowych fragmentów Pulp Fiction. Nawiązanie jest właściwie niedostrzegalne, na tyle dobrze zakamuflowane, że oglądając film po raz pierwszy, nie odnosimy wrażenia, że już kiedyś byliśmy świadkami niemalże identycznej sceny. Belcl natomiast jawnie obnosi się ze swoją kinofilią – stosuje charakterystyczną dla produkcji Tarantino czcionkę, dziękuje swojemu idolowi w napisach końcowych, podczas gdy wszyte w tkankę jego debiutu nawiązania rażą (jak chociażby w przypadku nieszczęsnej siekiery) dosłownością, powodując u tych nieco bardziej świadomych widzów uśmiech nie zadowolenia, lecz politowania.

Bardzo kiepsko wygląda film Belcla, kiedy chce być poważny i błyskotliwy – powiedzieć coś na temat ukrywanego przez dwójkę bohaterów homoseksualizmu, uzależnienia od narkotyków, etycznego rozerwania pomiędzy wiarą a seksualnością, związków pomiędzy osobami, które dzieli znaczna różnica wieku, albo kryzysu męskości. Wszystkie te sprawy potraktowane są przez reżysera bardzo powierzchownie, służą w zasadzie tylko temu, aby w którymś momencie napędzić akcję, sprowokować konflikt i doprowadzić odpowiednich bohaterów do wrzenia, znajdującego swoje ujście najczęściej w jakimś idiotycznym, zupełnie pozbawionym sensu zwrocie akcji (np. gdy jeden z uczestników odkrywa w środku imprezy, że jest na niej również jego matka). Ktoś powie, że to przecież absurd i groteska; że nie zrozumiałem konwencji. Problem w tym, że w takiej konwencji też można nakręcić beznadziejny, zwyczajnie głupi film – w tym przypadku nie jest ona żadną wymówką.

Jeszcze gorzej dzieło Belcla prezentuje się jednak, kiedy próbuje być zabawne, korzystając przede wszystkim z niezwykle prymitywnego humoru, odnoszącego się do – kto by pomyślał? – sfery seksualnej. Sceny z wizualizacją Chrystusa podczas erotycznych ekscesów francuskiego mormona to jedno z najbardziej żenujących doświadczeń filmowych 2020 roku (zaraz obok kulminacyjnego sikania na partnerkę). Realizacyjnie i komediowo – poziom przeciętnego polskiego kabaretu. Niewiele lepiej jest, gdy bliżej przyjrzymy się humorowi słownemu. Tutaj też, rzecz jasna, wszystko obraca się wokół seksu. Za reprezentacyjną kwestię niech posłuży ta wypowiedziana przez jednego z bohaterów, który próbując namówić starszą kobietę do uczestnictwa w trójkącie, mówi: „Chcielibyśmy… seks jakiś”. Płynność Tarantino? A może niezręczność Baumbacha? Nie, tylko żenada, nic więcej.

Najbardziej szkoda mi w tym wszystkim aktorów. Nikt nie jest tutaj słaby, choć każdy operować musi kiepskimi, sztucznymi (ale nie literacko stylizowanymi) dialogami. Zresztą, zdaje się, że w tym aspekcie twórcy próbowali osiągnąć swego rodzaju realizm, między innymi poprzez wplatanie do filmu anglojęzycznych, „młodzieżowych” zwrotów (takich jak „epic fail” albo „game over”) – jeżeli tak, to polegli z kretesem. Wracając jednak do aktorów – widać, że członkowie młodej ekipy świetnie się rozumieją, a chemia pomiędzy nimi jest autentyczna. W filmie z lepiej napisanymi dialogami, ciekawszym scenariuszem i nieco bardziej wyrafinowanym humorem można by z ich pomocą osiągnąć naprawdę znakomite rezultaty.

Utalentowana, kapitalnie dobrana obsada nie jest w stanie uratować debiutu Belcla. Wszyscy moi przyjaciele nie żyją to najgorszy odprysk postmodernizmu – dzieło pękające w szwach od różnego rodzaju odniesień, które same w sobie nie stanowią żadnej wartości. Nie nadają filmowi nowego znaczenia, nie sprawiają, że dialogi nagle nabierają barw, a humor przestaje być czerstwy i prymitywny. Film Belcla to, podobnie jak bliźniacze pod wieloma względami W lesie dziś nie zaśnie nikt, kiepska sztuka dla sztuki. Jean-Luc Godard (jeden z ulubionych reżyserów autora Wściekłych psów) podobno powiedział kiedyś: „Nieważne, skąd czerpiesz pomysły – ważne, dokąd cię one zawiodą”. Jana Belcla zawiodły na manowce. Czy Quentin Tarantino byłby dumny? Szczerze wątpię.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Student trzeciego roku na poznańskim filmoznawstwie. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA