Recenzje
BLOODRAYNE. Daj pan spokój, panie Boll
BLOODRAYNE to film Uwe Bolla, który mimo pewnych ulepszeń, wciąż pozostaje gniotem, idealnym dla żądnych filmowych wrażeń.
Reżyser poprawił kilka rzeczy, kilka udoskonalił i postarał się bardziej o stronę wizualną swojej produkcji. Czy da się ten twór oglądać? Tak, da się. Czy można to nazwać udanym filmem? Bezwzględnie nie. Tak jak w niektórych przypadkach mam problemy z oceną jakiegoś obrazu, tak tutaj ani przez chwilę nie miałem żadnych wątpliwości – gniot. Gniot jednakże nie z serii tych najgorszych. Polecam jedynie tym, którzy chcieliby na własne oczy się przekonać, co też niemiecki twórca nowego wykombinował i… nikomu innemu. W szczególności nie polecam, a wręcz usilnie odradzam tym, którzy mieli to szczęście i jeszcze nie zetknęli się z twórczością tego pana.
Uwe Boll: człowiek-partacz, który bezsensownie ubzdurał sobie, że został powołany do przełożenia na język filmowy jak największej liczby gier komputerowych. Niemiecki reżyser, o którym kilkanaście miesięcy temu jeszcze nikt nie słyszał, narobił sobie trzema tylko filmami ogromnej masy wrogów wśród fanów tak filmowych, jak i komputerowych. Pomimo całej tej niezbyt pozytywnej otoczki, Uwe Boll to postać intrygująca (w pejoratywnym tego słowa znaczeniu) ze względu na niesamowity upór, z jakim kręci swoje filmy, przypominający Eda Wooda z filmu Burtona (oczywiście tylko pod względem uporu, a nie generalnego obrazu, jaki Burton przedstawił). To postać intrygująca także ze względu na niezwykłą umiejętność zbierania, pomimo małego budżetu i nienawiści widzów, świetnej obsady do swoich filmów, oraz co najważniejsze, pomimo porażek tak finansowych, jak artystycznych jego ostatnich produkcji, Bollowi zawsze udaje się zebrać budżet odpowiedni do planowanego projektu. Tajemnicą nie jest, że reżyser i producent ma swoją własną firmę, która wykłada część potrzebnych pieniędzy, ale jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe poparcie innych firm produkcyjnych.
Jakimś wyjaśnieniem może być to, że to rodzime przedsiębiorstwa niemieckie dają dużo kasy, z tym że jest to zachowanie zupełnie bezsensowne, bo nie wierzę w nagły przypływ uczuć patriotycznych wśród finansistów zza miedzy, a o jakiejkolwiek reklamie raczej mówić nie można, skoro produkcje to klapy finansowe. Dobry PR nie jest zły, ale żeby aż tak?! Wracając jeszcze na chwilę do obsady – to, że niemieckiemu reżyserowi udaje się nakłonić kilka znanych nazwisk do pojawienia się w jego gniotach to jeszcze pikuś – w końcu trzeba zająć się czymś w przerwie pomiędzy dwiema produkcjami hollywoodzkimi, pieniążki zawsze się przydadzą, to, co niepokoi, to to, że z filmu na film natężenie znanych nazwisk rośnie. ..
W Alone in the Dark Christian Slater, Tara Reid i Stephen Dorff, w BloodRayne Kristanna Loken, Michael Madsen, Michelle Rodriguez, Billy Zane i sir Ben Kingsley. W zbliżającym się wielkimi krokami In the Name of the King: A Dungeon Siege Tale mamy natomiast Jasona Stathama, Johna Rhys-Daviesa, Raya Liottę, Burta Reynoldsa, Matthew Lillarda, Leelee Sobieski, Rona Perlmana, Claire Forlani i Kristanne Loken.
Mam nadzieję, że to nie jakiś nowy trend – zagrać w filmie Bolla przynajmniej raz w życiu – bo jeśli tak, to aż strach pomyśleć, co będzie dalej, jeszcze przyjdzie nam zobaczyć De Niro i Pacino w planowanej ekranizacji „Postala”… Ostatnio pojawiła się plotka głosząca, jakoby Uwe zamierzał skończyć z kręceniem filmów. A ja na to: gówno prawda! – to tylko dobry PR, który Niemiec sobie robi, utrzymywanie swojego nazwiska na ustach wielu zawsze było i zawsze będzie dobrym pomysłem w przemyśle filmowym, w szczególności teraz, przy zbliżającej się premierze kolejnego filmu. W końcu dobry PR nie jest zły…
Po tym przydługim wstępie przejdźmy powoli do tematu tekstu, czyli samego BloodRayne. Trochę ponad rok temu do kin amerykańskich wszedł Alone in the Dark, wyznaczając nowe horyzonty w robieniu gniotów, stając się wyznacznikiem tego, jak nie należy filmów kręcić. Czy po roku przerwy Uwe Boll zmienił coś w swoim stylu? Czy dalej popełnia te same błędy i nadużycia? Czy kolejny film niemieckiego reżysera stał się bardziej strawny? No cóż, nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę, ale najnowsza produkcja Uwe Bolla (tego Uwe Bolla!), pomimo tego, że obrazem dobrym nazwana być nie może, da się naprawdę oglądać! Film jest słaby i nie wywołuje żadnych, ale to żadnych emocji (nawet irytacji), jednocześnie jednak jest to twór, który można obejrzeć bez zgrzytu zębami i zapomnieć w kilka minut.
To duży postęp twórcy od feralnego Alone in the Dark, ale o tym za chwilę. Na IMDb, tak jak swój poprzednik, BloodRayne nie ma zbyt dobrych ocen i – co tu dużo pisać – jak wszystkie amerykańskie filmy Bolla, znajduje się na liście 100 Najgorszych Filmów Wszech Czasów, przy średniej ocen 2.2/10, zaraz za Alone in the Dark i House of the Dead. Ponownie nie wierzę, że to piszę, ale reputacja ta wydaje mi się trochę niezasłużona i przesadzona, bo mógłbym z pamięci tylko wymienić kilkadziesiąt produkcji gorszych od BloodRayne. Zdaje się, że te dwa słowa: Uwe Boll, składające się na imię i nazwisko reżysera, od dzisiaj będą synonimem wszelkiego partactwa i niszczenia wizerunku X Muzy; czymś w rodzaju hasła, na które wszyscy fani filmowi będą wywlekali wszelkie bluzgi na światło dzienne.
Obraz to oczywiście (a jakże by inaczej) adaptacja gry komputerowej. Czy znanej czy nie, trudno mi stwierdzić, ponieważ nie miałem jakiejkolwiek styczności z tym produktem, co nie przeszkadza mi w napisaniu tego tekstu, bo znając Bolla, sam film z grą ma tyle wspólnego co Gulczas, a jak myślisz? z kinem moralnego niepokoju. Jak zwykle pewnie Uwe wziął sobie generalny zarys historii oraz imiona i główne cechy postaci i przełożył je na swój język filmowy. Sama fabuła skupia się na dwóch rzeczach.
Pierwsza to historia Rayne (Kristanna Loken) – pół kobiety, pół wampira, która oswobadza się z niewoli (cyrkowej – sic!) i wyrusza w podróż za zabójcą swojej matki. Według tego, co słyszymy od jednej z postaci, takie hybrydy jak Rayne nie mają prawa istnienia, przeważnie umierają przy porodzie, a w sytuacji, gdy jednak udaje im się przeżyć tę fazę wstępną – są eksterminowane przez szanownego rodzica-wampira. Naszej bohaterce udało się uniknąć obu opcji dzięki właśnie poświęceniu matki i teraz tatuś Kagen (sir Ben Kingsley), obecnie najpotężniejszy żyjący wampir, szuka swojej latorośli, aby wreszcie móc wypełnić swój wampirzy obowiązek.
Akurat dobrze się składa, że szukają siebie nawzajem – vendetta raz chociaż jest pomocna. W końcu jak nie Mahomet do góry, to góra do Mahometa. Ten rodzinny dramat prowadzi nas do drugiej, tej chyba ważniejszej osi fabularnej filmu. A jest to odwieczna – tak podejrzewam, bo nikt nie postanowił zaopatrzyć widza w jakikolwiek przedział czasowy – walka pomiędzy wampirami a – dokładnie tak! – ludźmi. Wampiry to generalnie Kagen ze swoją armią, czyli panowanie nad światem bla bla bla (swoją drogą, że nikomu to się nie znudzi – w końcu takie panowanie nad światem szczególnie łatwe i przyjemne nie jest).
Ludzie to stereotypowa, „ta dobra” strona (z małymi wyjątkami), walczący pod sztandarem Brimmstone, które kiedyś było potężne (pewnie gra oferuje jakieś wyjaśnienie co do tego) i radziło sobie z krwiopijcami z palcem w… nosie – obecnie natomiast dni chwały dawno przeminęły i trzeba wiązać koniec z końcem. Nie przeszkadza to niejakiemu Vladimirowi (Michael Madsen), przywódcy Brimmstone, który zbiera armię, aby się ostatecznie z pachołkami Kagena rozprawić.
Tak więc wampiry są w trakcie przygotowań do ataku na ludzi, i odwrotnie. Gdzieś pośrodku tej całej wojny jest Rayne, która chce zabić Kagena z zemsty; ale także według starej legendy może jako jedyna doprowadzić go do porażki, a że dziołcha to szlachetna, to postanawia pomóc przy okazji ludziom. No i tak to mniej więcej wygląda przez cały film. Sama fabuła jest (uwaga: eufemizm) średnia, bo to już wszystko było i to w o wiele lepszym wykonaniu. I tu zaczynają się problemy Bolla – reżyser z niego taki, jak z koziej dupy trąba i nie potrafi wycisnąć z samej historii tyle, żeby widza zainteresować.
Dlatego też ciężko mówić o jakichkolwiek emocjach w stosunku do postaci przewijających się na ekranie, a tym bardziej współczuć bohaterom (a zagrywki w tę stronę Uwe podsuwa).
Jak wiadomo, bez dobrego scenariusza zaczyna się walić wszystko – to tak jakby stawiać most z drewnianymi kijkami jako filarami. Tak więc po kolei: mamy znów mnóstwo niekonsekwencji i scen, w których próżno szukać logiki, związki przyczynowo-skutkowe Bolla wyraźnie także nie interesują. Motywacja głównych postaci zalatuje co najmniej ignoranctwem, a same postacie zachowują się czasem bezsensownie. Przykładowo taka Michelle Rodriguez zdaje się mieć w nosie podstawowe prawa fizyki i pojawia się jak za dotknięciem magicznej różdżki (lub teleportu) wtedy, kiedy jej się chce, a teoretycznie powinna się właśnie znajdować za siedmioma rzekami.
Sama historia jest ciut chaotyczna i nieskładna, co reżyser stara się wynagrodzić widzom, i tu uwaga – stosunkowo dużą ilością gore i makabry! Jakby na to nie patrzeć, jest to jakiś postęp w stosunku do chórków techno serwowanych ustawicznie w Alone in the Dark; jest to duża zmiana w stylu reżysera, który chyba wydedukował, że w filmach dziejących się w zamierzchłych czasach (a choćbym miał być palony na stosie, to nie użyję razem słów „Uwe”, „Boll” i „epicki” w jednym zdaniu!) musi być krwawo i dużo latających flaków też być musi.
Intencje te, jakkolwiek chwalebne, nie przekładają się w żaden sposób na atrakcyjność filmu (tak, gore też może być atrakcyjne). Wszystkie tego typu „akcje” wywołują delikatny uśmieszek politowania w kącikach ust, miast – jak to, przypuszczam, było zamierzone – straszyć, czy nawet bawić w rozrywkowy sposób. Plus natomiast dla Bolla za brak tak denerwujących w Alone in the Dark slow-motion przy wszelkich potyczkach. Nie przekłada się to bardzo na oglądalność samych walk, ale przynajmniej te walki da się oglądać, pomimo nie do końca udanej choreografii (że tylko wymienię metaliczny podźwięk wydawany przez drewniany kij po uderzeniu mieczem). W szczególności ostatnia potyczka, w której twórcy zazwyczaj wykorzystują wszystkie swoje atuty, jest niesamowicie bzdurna i wymaga ogromnego przymrużenia oka.
Kolejnym nowym trikiem filmowym zaproponowanym przez reżysera są… retrospekcje. Niechby mi ktoś powiedział jeszcze dwa tygodnie temu, że zobaczę takie skomplikowane struktury u Bolla, to bym go bezczelnie wyśmiał. A jednak! – w BloodRayne ten zabieg przyniósł całkiem niezły skutek, reżyserowi udało się wpleść kilka retrospekcji, dodając tym samym fabule odrobinę świeżości. Jak już jesteśmy przy plusach, to do takowych można z pewnością zaliczyć zdjęcia. Widać, że kręcenie filmów w Rumunii pozwala na zaoszczędzenie kilku zielonych papierków, które później można przeznaczyć na warstwę techniczną.
Tak więc mamy tu całkiem niezłą pracę kamery, kilka fajnych dalekich planów i przede wszystkim przepięknie sfilmowane krajobrazy ( swoją drogą pasujące do opowiadanej historii jak pięść do nosa), które towarzyszą bohaterom przy dłuższych podróżach. Kontynuując jeszcze plusy – ponownie Uwe zaczął bardzo fajnie, cała czołówka i kilka początkowych scen mają niezły klimacik i zapowiadają coś znacznie lepszego niż finalny efekt, no ale prawdziwego reżysera rozpoznaje się po tym, jak kończy film, a nie jak rozpoczyna…
Do jako takich plusów można jeszcze zaliczyć obsadę: Kristanna Loken wydaje się być stworzona do postaci Rayne i nie daje się zepchnąć na drugi plan beztalenciu twórcy. Niezły jest też Madsen jako Vladimir – wprawdzie miałem problemy ze zorientowaniem się, czy jego zmęczenie widoczne na ekranie wynika ze specyfiki postaci, jaką gra, czy też ze znudzenia otoczeniem, ale nie zmienia to faktu, że taki mniej więcej miał być jeden z ostatnich honorowych przywódców ludzi. Jeszcze można wspomnieć o Matthew Davisie, lecz już Michelle Rodriguez i w szczególności sir Ben Kingsley podchodzą pod autoparodie. Tym samym wracamy do kolejnych minusów „dzieła” Uwe Bolla, a jeszcze kilka się znajdzie. Przede wszystkim po raz kolejny pojawia się bezsensowny i niezamierzenie śmieszny (gorszej pozycji nie mogli sobie wybrać…) akt miłosny, w dodatku brzydko sfilmowany oraz bezczelnie nie mający nic wspólnego z fabułą. Na 99,9% jestem pewien, że wszystko to zostało zaaranżowane dla kilkusekundowego zbliżenia piersi Kristanny. Bez sensu. Wracając jeszcze do mojego ulubieńca, scenariusza – otóż przepełniony jest każdym znanym stereotypem wampirzym (krzyż, woda święcona, światło słoneczne itd.), co już też jest cholernie nudne; niby to widzimy wszędzie i nie powinno już nas ruszać, ale ileż można! Dodajmy jeszcze na końcu coś, co można jedynie nazwać antyklimatyczną końcówką, która oprócz swojej bzdurności wzrusza inaczej i mamy całokształt. Tym razem się nie dałem wzruszyć. Byłem twardy.
Podsumowując, BloodRayne to z pewnością poprawa u Uwe Bolla, ale do kamienia milowego to jej tak daleko jak mnie do PiSu. Reżyser poprawił kilka rzeczy, kilka udoskonalił i postarał się bardziej o stronę wizualną swojej produkcji. Czy da się ten twór oglądać? Tak, da się. Czy można to nazwać udanym filmem? Bezwzględnie nie. Tak jak w niektórych przypadkach mam problemy z oceną jakiegoś obrazu, tak tutaj ani przez chwilę nie miałem żadnych wątpliwości – gniot. Gniot jednakże nie z serii tych najgorszych. Polecam jedynie tym, którzy chcieliby na własne oczy się przekonać, co też niemiecki twórca nowego wykombinował i.
.. nikomu innemu. W szczególności nie polecam, a wręcz usilnie odradzam tym, którzy mieli to szczęście i jeszcze nie zetknęli się z twórczością tego pana. Już lepiej zabrać się do Bibliotekarza: Tajemnicy Włóczni, bo tam chociaż można się pośmiać. Pomimo tendencji zwyżkowej, jestem niemal pewien, że kolejny film Bolla – In the Name of the King: A Dungeon Siege Tale – będzie kolejnym gniotem. I nawet jeśli kolejne elementy sztuki filmowej zostaną poprawione, to i tak w tym tempie będzie nam trzeba czekać jakichś „ulepszanych” 10-15 produkcji, żeby móc z czystym sumieniem stwierdzić, że właśnie się widziało dobry film Uwe Bolla.
Panie reżyserze – dajże Pan sobie spokój i zajmij się czymś innym, czymś bardziej konstruktywnym, np. szydełkowaniem, bo jak na razie to zdaje się, że jest Pan idealnym odbiorcą swojej twórczości. Idealnym i… jedynym. A jeśli musisz już Pan mieć coś wspólnego z X Muzą, to myślę, że bycie producentem to wystarczające brzemię.
Tekst z archiwum film.org.pl (01.04.2006).
