Connect with us

Recenzje

ŚWIADEK MIMO WOLI. De Palma Goes to Hollywood

W filmie ŚWIADEK MIMO WOLI Brian De Palma żongluje kiczem, akcentując sztuczność i przygody w nocnym Hollywood pełnym absurdów.

Published

on

ŚWIADEK MIMO WOLI. De Palma Goes to Hollywood

Mamy w tym swawolnie ejtisowym filmie szałowy striptease, wielkiego Indianina z twarzą starej wiedźmy, który morduje potężną wiertarką, i zespół Frankie Goes to Hollywood, wyskakujący nagle jak królik z kapelusza. Poza tym dziki pościg po plaży, przebieranki i radosne podglądactwo. I Hollywood; nocne, kipiące seksem i wielkimi możliwościami. Obrazki jak ze scen dialogowych filmów xxx przeplatają się w Świadku mimo woli z czułymi uściskami rodem ze starych melodramatów, gdzie kamera okrąża całujących się bohaterów, wirując coraz szybciej. Sztuczność jest u De Palmy celebrowana, fetyszyzowana i stanowi wartość samą w sobie. Przeładowanie jest cnotą. Jeśli więc przejażdżka autem, to najlepiej na sztucznym tle. Jeśli piersi, to umazane krwią.

Advertisement

Brian De Palma to obecnie klasyk kina. Od pewnego czasu reżyser robi coraz słabsze pozycje, jakby zabrakło mu już pary, niemniej jego filmografia z lat 70 i 80. elektryzuje. Carrie, Człowiek z blizną, Nietykalni i parę innych to już kanon. Świadek mimo woli – tytuł z 1984 roku, nakręcony po przebojowym Człowieku z blizną – okazał się finansową klapą, a De Palma dostał za niego nominację do Złotej Maliny. Dziś wyraźnie widać, że w pewnym sensie obraz wyprzedzał swoje czasy.

Scenerię filmu stanowi Hollywood, rojące się od ludzi kina lub tych, którzy chcą nimi zostać. Wszystko tu więc kręci się wokół szklanego ekranu. Oglądamy próby, przesłuchania i plany filmowe. Bohaterem jest zahukany aktorzyna od ogonów w klasie B. Aktualnie mieszka w wieży wyglądającej jak górujące nad miastem UFO. Za oknem ma widok na sąsiadkę o urodzie top modelki, która regularnie tańczy półnaga przed lustrem. Kiedy zapoluje na nią szaleniec, aktor stanie się jej jedyną nadzieją.

Advertisement

Noce są tu pełne przygód, rozbrzmiewają dźwiękami kinowych klapsów i pulsują erotycznym napięciem. Granica między planem filmowym a resztą świata jest płynna. Kobiety – piękne i tajemnicze. Zagadki prowadzą do kolejnych zagadek. Jest to rzeczywistość nie tylko drastycznie odległa od polskich standardów, ale i pewnie od tego, czym faktycznie było Hollywood w latach 80. (lub kiedykolwiek indziej). Ale kogo to obchodzi? De Palma ma tyle wspólnego z realizmem, co Blade – wieczny łowca z Blade Runnerem. Pomysł, by wepchnąć pechowego aktora w sytuację rodem z Hitchcocka, a potem kazać mu przeczołgać się przez sceny urągające zdrowemu rozsądkowi, okazał się strzałem w dziesiątkę. Mamy tu więc Okno na podwórze łamane przez erotyczne thrillery. A jeszcze inaczej: najpierw jest Hitchcock, a potem poziom absurdu stopniowo rośnie.

Od mistrza pożycza się tu suspens, tematykę i zagadkowy nastrój. Ale dokonania twórcy Vertigo nie stanowiły jedynego punktu odniesienia dla De Palmy. Jego Świadek mimo woli to jednocześnie taka Alicja w Krainie Czarów, gdzie podróż pełna jest pianki do włosów, gwiazdek porno i gorącej atmosfery Los Angeles.

Advertisement

Powstał hołd dla kina, a także – może niezamierzenie – dla lat 80. (bohater wygląda jak młody Bono, a dookoła niego kabriolety, drinki i ejtisowe tapiry). Reżyser nie wstydzi się też podkradać z rekwizytorium kina klasy B. Główny bad guy przypomina nieco Freddiego Kruegera (z którym zresztą wykonawca głównej roli, Craig Wasson, walczył w trzeciej części Koszmaru z ulicy Wiązów), a fabuła Świadka mimo woli zabierze nas na plany filmowe, gdzie straszą wampiry o tanich, plastikowych zębach.

Powstał „zszywak”, który w mniej wprawnych rękach rozpadłby się na kawałki. De Palma wypełnia go energią, wyraźną radością tworzenia i bezbłędnym warsztatem. Doskonałe wyczucie rzemiosła wynosi niektóre sceny do poziomu prawdziwej petardy (szarpiąca nerwy sekwencja, w której bohater biegnie ratować piękność spod wiertła). Bo nawet wiedząc, że Świadek mimo woli to kapiszony, bryzgi keczupu i silikon – mimo wszystko chwilami siedzimy na krawędzi fotela. Tytuł spełnia więc podstawowe zadanie dreszczowca, pozostając jednocześnie ironiczną odpowiedzią na gatunek.

Advertisement

De Palmy nie interesuje świat za oknem; jego interesuje wspomniane Okno na podwórze – i milion innych filmów, a nawet więcej: kino samo w sobie. Jest to więc inteligentny, przemyślany przerost formy nad treścią. Niemalże destylat formy. Ale – i należy zaznaczyć to wyraźnie – treścią, jak i budulcem dla tego uroczego i pełnego serca żartu jest właśnie kino. Dostajemy naprawdę niegłupią rozrywkę, choć wiele osób pewnie uzna Świadka mimo woli za szczyt absurdu.

Jest wielce prawdopodobne, że będą to te same osoby, dla których „Bondy” są nieznośne, bo urągają prawom fizyki, psychologii i fizjologii.

Advertisement

Prawdą jest, że scenariusz filmu jest rzeczywiście pomysłowy i trzyma się swojej wewnętrznej logiki. Przy okazji – w przeciwieństwie do współczesnych thrillerów – obraz nie epatuje mrokiem, chłodem i zobojętnieniem świata przedstawionego. Jest to na pewnym poziomie Zagubiona autostrada, ale w wersji light; raczej igraszka z dreszczykiem niż skok na główkę w gęste mroki. I całkiem przytomne wykorzystanie faktu, że każdy kinoman jest w jakimś sensie zapalonym podglądaczem.

De Palma był wtedy na fali, i to czuć. Film prowadzony jest pewną ręką, z – to nie oksymoron – wyczuciem w kreowaniu przesady. Poza tym to zwyczajnie wyborowa rozrywka, sfilmowana gładko, z gracją i znawstwem branży rozrywkowej. Oraz topografii L.A. – bo twórcy zapraszają nas na przechadzkę po kapitalnych miejscówkach, począwszy od realnie istniejącej budki z hot-dogami (w kształcie hot-doga) po miejski akwedukt i galerie handlowe dla ludzi z niecodzienną zasobnością portfela.

Advertisement

Wizualnie jest nieźle. Kamera porusza się elegancko, długimi jazdami. Gdy trzeba, potrafi zdecydowanie przyspieszyć. Brak efektów komputerowych i pirotechnicznych właściwie tylko cieszy. Muzyka Pino Donaggia to praca tak bombastyczna i melodramatyczna, że nie chcę jej usłyszeć już nigdy więcej poza obrazem, ale w filmie działa, jak trzeba. No i nie można zapomnieć o Melanie Griffith – właściwa osoba z właściwą fryzurą, żebyśmy jeszcze mocniej poczuli ducha lat 80.

Świadek mimo woli ma w sobie klimat nocnej eskapady w nieznane. Wciąga. Zaskakuje. Jest produkcją niecodzienną i niejednorodną. Twórcy nie dali nam arcydzieła ani filmu przełomowego; czymś takim – w ramach bardziej radykalnego sparzenia konwencji – miało stać się dopiero za jakiś czas Pulp Fiction. Ale propozycja De Palmy to pyszna zabawa. I dowód na to, że postmodernizm w kinie nie narodził się wraz z przybyciem Lyncha czy Tarantino, który zresztą ubóstwia twórczość starszego kolegi. 

Advertisement

Składa się to wszystko na małą filmową przyjemność z rodzaju tych, które wcale nie powstają tak często, jak powinny. Świadek mimo woli jest jak dobrze przemyślany drink – orzeźwiający, efektownie przystrojony palmą, z kostkami lodu, i pewnie coś w nim rozpuścili, ale tym lepiej.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *