search
REKLAMA
Recenzje

WAMPIRY Johna Carpentera. Czy twórca “Halloween” i “Coś” stworzył dobry film?

Warto zobaczyć jak niegdysiejszy król niskobudżetowych horrorów i autor kilku żelaznych klasyków poradził sobie z tematem wampirów,

Tekst gościnny

24 marca 2024

wampiry
REKLAMA

Autorem tekstu jest Piotr Żymełka.

Wampiry zostały przemielone przez popkulturę na wiele różnych sposobów (celowo nie piszę, że na wszystkie, bo pewnie prędzej czy później ktoś wymyśli coś świeżego w tym temacie). Ale w 1998 roku jeszcze nie były aż tak bardzo ogranym motywem jak dzisiaj. Jeśli więc sięgnąć po nie postanowił John Carpenter, który potrafi kręcić straszaki, czego dowodem są klasyczne „Halloween” czy fantastyczne „Coś”, powinno z tego wyjść coś dobrego, prawda?

Jack Crow (w tej roli James Woods) stoi na czele grupy tropiącej i zabijającej wampiry na zlecenie Watykanu. Spotykamy go w chwili, gdy ma zlikwidować kolejne gniazdo krwiopijców. Zadanie zostaje wykonane choć nie udaje się wysłać na tamten świat herszta Dzieci Nocy. Ten wkrótce atakuje zespół Jacka i ze starcia cało wychodzą tylko Crow i jego pomocnik Montoya (Daniel Baldwin). Dwaj mocno poturbowani łowcy nie spoczną, dopóki nie pomszczą przyjaciół i nie dokończą dzieła.

W jednym z wywiadów Carpenter przyznał, że do realizacji scenariusza (opartego na powieści Johna Steakleya „Vampire$”) przekonał go quasi-westernowy klimat. Co ciekawe, po serii klap finansowych, których apogeum stanowiła klęska „Ucieczki z Los Angeles”, reżyser chciał zrezygnować z tworzenia filmów, ponieważ jak sam twierdził „przestało być zabawne”. Mimo wszystko zdecydował się nakręcić „Wampiry” i okazały się one jego jedynym przynoszącym zyski tytułem z lat dziewięćdziesiątych. Mimo to, wypalenie zawodowe najwyraźniej postępowało, bowiem od tego czasu reżyser stworzył jeszcze tylko „Duchy Marsa” oraz „Oddział”, oba przyjęte chłodno zarówno przez widzów, jak i krytyków. Dziś realizuje się raczej w branży muzycznej, z powodzeniem koncertując, choć nie wyklucza powrotu za kamerę (a przed nią najchętniej widziałby swojego ulubionego aktora, Kurta Russella). Maczał również palce w dobrze przyjętym reboocie „Halloween” z 2018 roku (czyli swojego własnego hitu z 1978 roku) i jego dwóch sequelach. Spod jego ręki wyszły również scenariusze komiksów, powiązane ze stworzonymi przez niego filmami – na przykład dalszy ciąg „Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy”.

„Wampirów” nie można traktować jako pełnoprawnego horroru, choć momentami jest dość brutalnie. Tytułowe stwory natomiast są tutaj zdecydowanie pozbawione romantycznej otoczki, przypominają raczej dzikie zwierzęta, nieokrzesane i pełne agresji. Z ekranu wyziera dość przytłaczający, ponury klimat. I to mój największy zarzut, bo o wiele lepiej by było, gdyby podlać całość solidną porcją czarnego humoru i stworzyć coś na kształt „Od zmierzchu do świtu”, albo chociaż odrobinę rozładować posępną, lekko nawet apokaliptyczną atmosferę. Luzacki zazwyczaj James Woods, który zgodził się wykreować głównego bohatera, ponieważ chciał mieć na koncie film akcji, gra swoją rolę zaskakująco poważnie, by nie powiedzieć sztywno. Crow jest zdeterminowanym twardzielem, ale brakuje mu uroku, którą odznaczała się choćby postać George’a Clooneya z przywołanego wyżej tytułu, czy, by daleko nie szukać, Snake’a Plisskena z Carpenterowskiej „Ucieczki z Nowego Yorku” (i sequela). W „Wampirach” można wszelako dostrzec pewne westernowe naleciałości, choćby poprzez plenery lub muzykę (skomponowaną oczywiście przez samego reżysera). Dla niektórych zaletą będzie również występ Sheryl Lee, najbardziej znanej z roli Laury Palmer w „Miasteczku Twin Peaks”.

Całość ogląda się nie najgorzej, jednak „Wampiry” nie zostają w pamięci na dłużej, a Carpenter nakręcił znacznie lepsze filmy. Co ciekawe, powstały dwie kontynuacje, choć w zasadzie, poza tytułem i wspomnieniem jednej z postaci, nie mają żadnego związku z „pierwszą” częścią. Zarówno pod względem treści, jak i jakości. Zapewne dlatego nie trafiły do kin, tylko prosto na rynek DVD. W pierwszym z nich jedną z głównych ról zagrał Jon Bon Jovi.

Warto zobaczyć jak niegdysiejszy król niskobudżetowych horrorów i autor kilku żelaznych klasyków poradził sobie z tematem wampirów, choć niestety są lepsze tytuły z Dziećmi Nocy w głównych rolach.

REKLAMA