Connect with us

Felietony - Cykle

Recenzje filmów z programu SPLAT!FILMFEST 2020. Część 1

SPLAT!FILMFEST 2020 to święto kina gatunkowego, które w nowej formie przyciąga widzów do refleksji nad unikalnymi filmami.

Published

on

Święto kina gatunkowego, jakim jest Splat!FilmFest, właśnie się rozpoczęło, ale jest ono w tym roku inne, bo pozbawione możliwości obejrzenia filmów na wypełnionej po brzegi sali kinowej. Należy podziękować za to sytuacji pandemicznej, choć szansa na obejrzenie wszystkich tytułów festiwalu w dowolnej dla siebie porze dnia i (zwłaszcza) nocy wiele wynagradza. Postanowiłem zatem zmienić nieco formułę podsumowania – zamiast jednego tekstu całościowego, który zawsze publikowaliśmy po festiwalu, będzie kilka mniejszych, na bieżąco przedstawiających to, co już obejrzałem. Da to czytelnikom szansę na zapoznanie się z moimi refleksjami dotyczącymi danych filmów, wciąż z szansą na ich obejrzenie.

Advertisement

https://vod.splatfilmfest.com/

Na początek pierwsze 10 tytułów.

Advertisement

SZEPT I MROK idealnie nadawałby się na film otwarcia festiwalu, zważywszy na znane fanom horroru nazwisko reżysera i bardzo dobre przyjęcie na Zachodzie. Złowieszcza atmosfera oraz narastające poczucie nieuchronnej zagłady są siłą opowieści o dorosłym rodzeństwie, które przyjeżdża na rodzinną farmę, aby zaopiekować się umierającym ojcem. Ich matka wydaje się być zmęczona sytuacją i powoli traci kontakt z rzeczywistością; wkrótce jednak dziwne zachowanie kobiety zostaje wyjaśnione strachem przed diabłem, czyhającym ponoć na duszę jej męża.

baw się dobrze

Reżyser Bryan Bertino (Nieznajomi, The Monster) korzysta ze swojego ulubionego schematu dwójki uwięzionych ludzi broniących się przed atakami tajemniczej siły. W przypadku jego nowego filmu religia i kwestia wiary działa na podobnej zasadzie co w koreańskim Lamencie – w pewnym momencie nie sposób odróżnić dobra od zła, gdyż to drugie potrafi doskonale naśladować to pierwsze. I choć Szept i mrok jest miniaturową opowieścią z tylko jednym możliwym zakończeniem, w czasie seansu trudno nie odczuć ciężaru, jaki dźwigają główni bohaterowie, niechętni przebywaniu w miejscu skażonym śmiercią.

Advertisement

Niebezpieczeństwo tkwi właśnie w narzuconej przez kulturę, moralność i religię powinności opieki nad chorymi oraz umierającymi rodzicami. Myśl ta nie wybrzmiewa tak mocno, jak by mogła, głównie dlatego, że Bertino po raz kolejny traktuje swój film w kategoriach ćwiczenia ze straszenia (bardzo udanego!), niekoniecznie zaś czegoś bardziej doniosłego.

O odpowiedzialności wobec rodziny opowiada również MOJE SERCE BIJE TYLKO, GDY MU KAŻESZ Jonathana Cuartasa, dramat, w którym grany przez Patricka Fugita bohater coraz bardziej powątpiewa w konieczność ratowania swojego brata, zwłaszcza że ten musi pić ludzką krew, aby przeżyć. Zabijanie bezdomnych zaczyna ciążyć na sumieniu mężczyzny zmęczonego koszmarną codziennością, z pozbawioną skrupułów siostrą z jednej strony oraz potrzebującym opieki bratem-wampirem (?) z drugiej.

Advertisement

baw się dobrze

Echa meksykańskiego Jesteśmy tym, co jemy pobrzmiewają głośno w filmie Cuartasa, począwszy od tematu rodziny, która zmuszona jest zabijać, aby poskromić swe krwiożercze apetyty, po realistyczną konwencję i powolną narrację. Beznadzieja egzystencji głównego bohatera może udzielić się widzom (jestem tego przykładem), co wcale nie jest wadą, lecz jednocześnie sytuuje film bliżej posępnego dramatu niż horroru. Sceny ataków charakteryzują się pewną intensywnością, niekoniecznie jednak napięciem – doskonale wiemy, w którą stronę zmierza historia, o żadnym zaskoczeniu raczej nie będzie mowy.

Ostatecznie otrzymujemy portret człowieka zadręczonego i coraz mocniej odczuwającego samotność pośród swych najbliższych, niepotrafiącego jednak się od nich uwolnić. W tej kategorii Moje serce bije tylko, gdy mu każesz dobrze się sprawdza, choć nie ma tu nic, czego byśmy już wcześniej nie widzieli.

Advertisement

Główni bohaterowie HONEYDEW niczym bajkowi Jaś i Małgosia lądują w chacie starej kobiety, która dużo pichci, ale wystarczy jeden rzut oka na nią, aby rozpoznać szaleństwo. Jednak Sam i Rylie są najwyraźniej ślepi, co nie wyjdzie im na zdrowie. Horror Devereuxa Milburna wyróżnia fantastyczna forma – montaż i dźwięk wydają się być podporządkowane wrażeniu koszmaru sennego, zanim prezentowane na ekranie wydarzenia faktycznie zaczną takowy przypominać – ale po pewnym czasie zaczyna ona męczyć, podobnie jak jednostajny rytm filmu. Również zachowanie granego przez Sawyera Spielberga bohatera jest cokolwiek nielogiczne i irytujące, kiedy opuszcza nocą swoją dziewczynę, aby iść do kuchni obcej kobiety i zjeść zawartość jej lodówki.

Zostaje za to ukarany w sposób, który z jednej strony niesie skojarzenia z Teksańską masakrą piłą mechaniczną, z drugiej zaś z niesławną Uwięzioną Heleną. Zamiast szoku przychodzi jednak obrzydzenie. Nie miałbym z tym problemu, gdyby nie nuda.

Advertisement

Innym przykładem pójścia w stronę oniryzmu podczas tegorocznego Splat!FilmFest jest SEN, film, który rozpoczyna się wielce obiecująco, aby później osunąć się w fabularne schematy oraz niemrawe tempo. Nękana przez niepokojące sny kobieta odnajduje hotel ze swych koszmarów, ale po krótkim tam pobycie szybko ląduje w szpitalu. Jej córka stara się dociec, jaka była tego przyczyna – przyjeżdża zatem do hotelu i rozpoczyna swoje prywatne śledztwo. Wkrótce zaczyna mieć sny, które zlewają się z rzeczywistością. Reżyser tego niemieckiego horroru, Michael Venus, bardzo szybko ustala, kto tu jest głównym bohaterem, wysyłając matkę do szpitala już w 10.

minucie filmu, niespecjalnie zainteresowany lepszym ukazaniem relacji między dwiema kobietami i ich codziennym życiem. Ta nagłość i skoncentrowanie się na jak najszybszym umieszczeniu młodej Mony w hotelu sprawiają, że z autentycznym zainteresowaniem śledziłem dalszy ciąg. Niedługo później dziewczyna śni o Agacie Buzek, przypominającej – zarówno wizualnie, jak i symbolicznie – blondwłosą wersję straszydeł z Japonii, a reżyser serwuje nam naprawdę zacny jump scare. Do tego momentu jest bardzo dobrze, zwłaszcza że sceny snów są tu pomyślane z odpowiednią dozą surrealnej wyobraźni.

Advertisement

Nagle jednak akcja wyraźnie zwalnia, aby dać Monie czas na poznanie właścicieli tajemniczego hotelu i mieszkańców okolicznego miasteczka. Powolne odkrywanie sekretów, które uważny widz odgadnie szybciej niż główna bohaterka, mocno kontrastuje z dynamicznie rozwijającym się początkiem, a film zaczyna przypominać skompresowany do 100 minut sezon serialu, z solidnym wstępem oraz zakończeniem, ale również widokami na ciąg dalszy. Szkoda, że scenariusz nie skupia się w większej mierze na historii miejsca oraz relacji między bohaterami, zwłaszcza że rozwiązanie w sposób bardzo powierzchowny czyni głównym czarnym charakterem nacjonalistę, który nie chce się wstydzić za historię i tradycję swojego kraju.

Jakże aktualna postawa, jakże niebezpieczna w kontekście niemieckiej przeszłości – niestety ani jedno, ani drugie nie jest na tyle eksplorowane, aby robiło wrażenie. Ostatecznie w pojedynku surrealizmu z nacjonalizmem bez problemu wygrywa to pierwsze, choć marzyłby mi się bardziej wyrównany pojedynek.

Advertisement

Jeden z filmów, na które najbardziej czekałem, węgierski POST MORTEM, okazał się być niespełnioną obietnicą klasycznej opowieści o duchach. Dla wielbicieli tego typu historii z dreszczykiem wszystko wydawało się przemawiać na korzyść horroru Pétera Bergendyego – umiejscowienie akcji tuż po I wojnie światowej w małym miasteczku, które najpierw zostało zaatakowane przez hiszpańską grypę, a teraz jest nawiedzone przez zjawy, uczynienie głównym bohaterem fotografa trudniącego się robieniem zdjęć zmarłym, wykorzystanie ówczesnej technologii do rejestracji duchów. Gotyckość bije z ekranu dzięki pięknym, szaroburym zdjęciom, które kreują fantastyczną atmosferę dla spotkania z nieznanym.

WSCHODNIE OBIETNICE: Chcemy więcej panie Cronenberg!

Jest w Post Mortem dużo dobrych scen i staromodnego straszenia skrzypiącymi deskami w podłodze bądź gasnącymi bez powodu światłami, ale równocześnie jest tu jeszcze więcej momentów niepotrzebnie wydłużających blisko dwugodzinny seans. Gubi się przy tym prostota wywodu, co jest o tyle uderzające, że rozwiązanie wcale nie należy do skomplikowanych. Jeśli dodać do tego bombastyczny finał, który zamiast straszyć, męczy, ta nastrojowa opowieść o niepotrafiących opuścić ludzkiego świata duchach niestety rozczarowuje. I czy tylko ja miałem takie wrażenie, czy w relacji między głównymi bohaterami – dorosłym fotografem i 10-letnią dziewczynką – było coś niewłaściwego?

Advertisement

Po kilku horrorach z sekcji STRACH I TERROR przyszedł czas na trochę historii. W NA WIARĘ. „EGZORCYŚCIE” WILLIAMA FRIEDKINA reżyser jednego z najsłynniejszych horrorów w historii kina mówi, że przy realizacji arcydzieła każdy jego wybór był właściwy, a wiele z nich zawdzięcza wyłącznie intuicji. Mimo to trudno we Friedkinie widzieć kogoś, kto bezkrytycznie zachwyca się własnym geniuszem bądź całkiem odwrotnie, udowadnia, że wszystko było dziełem przypadku. Laureat Oscara za Francuskiego łącznika jest niezłym gawędziarzem, zdradzającym krok po kroku kulisy powstania Egzorcysty.

Poznajemy sposób, w jaki Friedkin podszedł do książki Williama Petera Blatty’ego, a później do scenariusza na jej podstawie, dlaczego w filmie nie zagrał zatrudniony do roli ojca Karrasa Stacy Keach, z którą sceną Max von Sydow miał poważne problemy oraz do kogo należy głos demona. Odkrywanie tajemnic realizacji jest fascynujące, choć reżyserowi dokumentu, Alexandre’owi O. Philippe’owi, wydaje się brakować punktu docelowego dla wspominek amerykańskiego reżysera. Tym niby ma być interpretacja finałowej sekwencji, a konkretnie zakwestionowanie (przez samego Friedkina!) jej logiki, lecz wrażenie ważności tego momentu może być spowodowane wyłącznie tym, że jej opis znajduje się na końcu dokumentu.

Advertisement

Zdecydowanie ciekawsze jest spojrzenie wybitnego reżysera na Egzorcystę przed pryzmat swoich filmowych, malarskich oraz muzycznych wpływów. Myśl wiążąca wszystko w to niekwestionowalne arcydzieło wynika nie tyle z historii opętanej przez diabła Regan (czego najlepszym przykładem jest różnica między książką Blatty’ego a pierwszą wersją jego scenariusza), lecz licznych inspiracji, szukania najlepszej formy dla ukazania koszmarnej opowieści, odrzucania tego, co w odczuciu Friedkina nie pasowało do jego wizji i trwania przy swych niepopularnych wyborach. Na wiarę potwierdza jakkolwiek kuriozalną prawdę, że reżyser nie musi rozumieć tekstu, aby nakręcić wielki film.

Historia kanadyjskiego kina grozy w dokumencie CICHA REWOLUCJA: PAŃSTWO, SPOŁECZEŃSTWO I KANADYJSKI HORROR to przede wszystkim próba ukazania konkretnej myśli, która współtworzy cały ten gatunek w kraju Davida Cronenberga i sióstr Soska. Tytułowa rewolucja nawiązuje do społeczno-politycznej sytuacji w Kanadzie w latach 70., która stała u podstaw rozwoju tamtejszego kina, z poluzowanymi normami obyczajowymi czy tzw. schronem podatkowym zachęcającym do produkcji filmowej.

Advertisement

Choć nazwisko Cronenberga nie jest jedynym, które pojawia się w opisie ówczesnej kinematografii, z dokumentu Phillipa Escotta i Xaviera Mendika jasno wynika, że gdy mowa o tożsamości kanadyjskiego horroru, liczy się tylko reżyser Videodromu i jego twórczość. Obecnie zaś tę filmową przestrzeń mają wypełniać wyłącznie kobiety. Szkodzi to trochę samemu filmowi, odnajdującemu specyfikę tego kina w poruszanych kwestiach seksualności, kobiecym punkcie widzenia, horrorze cielesnym, a od niedawna oddawaniu głosu mniejszościom społecznym, ale w ten sposób kompletnie ignorującemu powstałe w latach 70.

i 80. głośne slashery (chociażby prekursorskie Czarne święta Boba Clarka, nieuwzględnione tutaj chyba tylko dlatego, że kobiety przedstawione są w nich jako ofiary) oraz twórczość Bruce’a McDonalda (Pontypool), przy dokonaniach Vincenza Natalego zatrzymując się na jego pełnometrażowym debiucie (Cube) i nawet nie wspominając o Brandonie Cronenbergu. Nie kłócę się ze stwierdzeniem, że tamtejszy horror wyróżniają wyżej wymienione koncepty, lecz ze z góry przyjętą tezą, wykluczającą pewne znaczące tytuły i ich twórców. Mimo to warto obejrzeć film Escotta i Mendika, gdyż jak mało który przybliża historię powstania kanadyjskiego kina gatunkowego, dziwnie rymującą się z tym, co obecnie dzieje się w naszym kraju.

Advertisement

Małą rewelacją okazał się dla mnie pokazywany w sekcji WTF film Jacka Henry’ego Robbinsa pt. VHYES, wideopotok świadomości, naprzemiennie found footage i składanka wszystkiego, co można było zobaczyć w amerykańskiej telewizji pod koniec lat 80. Pozycja dla tych, którzy oglądali kiedyś w telewizji wszystko, i mam na myśli WSZYSTKO.

Bohaterem filmu Robbins (prywatnie syn pojawiających się na chwilę na ekranie Tima Robbinsa i Susan Sarandon) czyni 12-letniego Ralpha, który filmuje wszystko, na co ma ochotę, a nocami podłącza kamerę do telewizora i nagrywa na nią najróżniejsze rzeczy. Jest w tym typowy dla wczesnego wieku nastoletniego brak umiaru, ale i niewinność, co znajduje swój wyraz w oglądanych obrazach, pozbawionych seksu, przekleństw czy przemocy. Jednocześnie na ten młodzieńczy filtr nałożony jest drugi – pamięć dorosłego – pozwalający uchwycić śmieszność ówczesnej telewizji, jej dziwność, psychodeliczny wręcz wymiar nocnego pasma.

Advertisement

Filmy porno, telewizja edukacyjna, telesklep, reklamy, teledyski, dziwne programy dla nikogo – oto, co ogląda chłopak, niekoniecznie zastanawiając się nad tego sensem. Wszystko to sprawia, że VHYES w równej mierze bawi, co niepokoi, prowadząc do szalonego, niejednoznacznego finału. Jest i morał – niech nagrania będą dodatkiem do naszych wspomnień, nie zaś ich substytutem. Mam nadzieję, że przed końcem festiwalu znajdę czas, aby obejrzeć film Robbinsa jeszcze raz.

Inny WTF festiwalu, MORDERCZA CYSTA w reżyserii Tylera Russella, jest dokładnie taka, jak sugeruje tytuł – przesadna, kiczowata, obrzydliwa i niemożliwa do potraktowania na poważnie. Kampowe monster movie, bliższe Atakowi morderczych pomidorów niż Potworowi z Czarnej Laguny. Dobrze wiedzą to twórcy, którzy doskonale czują konwencję, czego dowodem jest choćby obsadzenie w jednej z ról Grega Sestero, znanego widzom z kultowego The Room. Aktorzy również wiedzą, co grają, odnajdując się w bzdurnej historii o klinice, w której przeprowadzane są zabiegi usuwania gigantycznych cyst.

Advertisement

Zamiast hektolitrów krwi mamy pryskającą na wszystkie strony ropę, szalonego doktora marzącego o patencie na swoją śmiercionośną dla torbieli maszynę oraz zmutowaną cystę z jednym okiem. Przednia zabawa dla fanów tego typu kina, choć nawet pomimo krótkiego, 69-minutowego metrażu ten film jednego żartu jest za długi. Mimo to ze wszystkich dotychczas obejrzanych na tegorocznym Splacie filmów żałuję, że nie dane mi było zobaczyć go w kinie, z żywo reagującą publicznością.

Zupełnie innym kinem są polskie ZGNIŁE USZY, godzinny szkic o związku w kryzysie, który zażegnać ma specjalista od tego typu sytuacji. Młode małżeństwo z dwuletnim stażem jedzie do domku na wsi, by znaleźć dla siebie pomoc, ale terapia z udziałem innej pary okazuje się mieć swoje niespodzianki, które jeszcze mocniej nadwyrężają relację głównych bohaterów. Koncept bliski Czworgu do pary Charliego McDowella zostaje tu uzupełniony o przyrodniczą poetyckość bliską kinu Andrzeja Kondratiuka – lato i uroki naturalnego pleneru są tu wyzyskane w sposób pozwalający się nimi delektować, co w przypadku seansu zimą niesie dodatkowy walor. Również rola współautorki scenariusza, Magdaleny Celmer, zasługuje na wyróżnienie – ze wszystkich postaci na ekranie jej Marzena jest najbardziej złożona, najżywsza i zwyczajnie najciekawsza. 

Advertisement

Problem, jaki mam z filmem Piotra Dylewskiego, dotyczy jednostronności wywodu – niby prowadzi on do lepszego poznania zarówno partnera, jak i samego siebie, lecz twórcy bardzo szybko wybierają stronę konfliktu i trwają przy niej praktycznie do końca. Gdzieś na półmetku projekcji przychodzi zwrot akcji w kierunku nieznanego (film startuje w sekcji FANTASTYCZNIE), przynosząc pożądane odwrócenie ról, które jednak okazuje się być tylko chwilowe. Podoba mi się pomysł i realizacja, nie do końca z kolei to, w jaki sposób rozwija się fabuła, trochę nie pozwalając głównym bohaterom wyjść ze swych ról. Jest to o tyle ironiczne, że właśnie o zabawę w role tu chodzi.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *