Felietony - Cykle
ZESZMAĆMY SIĘ. Godność sprzedaje się w internecie
ZESZMAĆMY SIĘ to prowokacyjna analiza naszej wrażliwości na przemoc w mediach, poruszająca pytania o moralność i wartość treści.
Cieszymy się, kiedy ktoś kogoś zabije na ekranie. Emocjonujemy się, kiedy w telewizji ludzie biorą udział w poniżających konkurencjach w postaci np. jedzenia robaków albo picia zwierzęcego moczu. A nie zwracamy zupełnie uwagi, kiedy te same komercyjne telewizje krytykują youtuberów za prezentowanie bardzo podobnych, tyle że amatorsko zrobionych kontrowersyjnych i zawierających przemoc treści. Ja też tak robię. Przyzwyczaili mnie do tego od dzieciństwa dorośli, którym kultura przemocy odebrała zdolność do odczuwania radości. CZY WIĘC AKSJOLOGICZNA WARTOŚĆ PRZEMOCY ZALEŻY OD ILOŚCI PIENIĘDZY WŁOŻONYCH W JEJ ESTETYCZNĄ PREZENTACJĘ? To co jest w końcu dobre, a co złe? Mam wrażenie, że zatraciliśmy wrażliwość na półcienie.
Żyjemy w świecie, który tylko z pozoru należy do nas, a w istocie jest medialnie wykreowany łącznie z obowiązującymi w nim wartościami. Nikt już nie zwraca uwagi, że na ekranie ciągle z kimś walczymy, jakbyśmy nie mogli osiągnąć spokoju i poczuć się ważni bez regularnego przywalenia komuś w łeb.
Problem dotyczy zarówno filmu, jak i telewizji. Zostawię na razie jednak jako takie kino z boku, bo w telewizji ta asymetria etyczna jest bardziej widoczna ze względu na prezentowaną w niej publicystykę i kładzenie nacisku na wychowawczą misję. Nie jestem zwolennikiem patostreamerów. Zresztą wyraziłem swoje zdanie jasno w zeszłorocznym tekście o youtube’owym zjawisku w postaci Rafatusa i Marlenki. Nie można jednak wszystkich streamujących kontrowersyjne treści w Internecie brać jedną miarą. Rafatus i Marlenka czy Rafonix to zjawiska patologiczne, płytkie i jednostronnie prezentujące rzeczywistość młodych ludzi, którzy w epatowaniu bluzgami i przemocą widzą jedyny sposób na zaistnienie i zarobek.
Natomiast łączenie ich działalności np. z challenge’ami Lorda Kruszwila jest wyrazem zręcznie zaprojektowanej gry, którą prowadzi telewizja, odczuwając na karku konkurencję amatorskich kanałów sieciowych, które zabierają jej widzów. Bynajmniej nie chodzi tu o jakiekolwiek szczytne cele, obronę wartości czy wychowawczą rolę mediów. Chodzi o pieniądze i sensację nakręcającą oglądalność.
Emitowany pod koniec lutego tego roku program w TVN Uwaga! po Uwadze: Dzieci w sieci! dobitnie to pokazał. Redaktor Ryszard Cebula wraz ze swoimi ekspertami przeszli samych siebie, żeby pokazać, jak poważny jest problem patostreamerki w polskim Internecie, tyle że zrobili to bardzo niewychowawczo i mieszając patusów pokroju Gurala z youtuberami, którzy celnie w swoich filmach, o niejednokrotnie kontrowersyjnej treści, obnażają, jak dwulicowe są media, te publiczne i te prywatne, oraz jak pełna resentymentów jest tak naprawdę nasza społeczność. Mam tu na myśli Lorda Kruszwila, ale o tym zaraz.
Często oglądam Uwagę i w ogólnym rozrachunku cieszę się, że są takie programy, bo ich niezależne działanie niejednokrotnie pomaga wykryć społecznie bulwersujące afery (np. niedawna sprawa z zabijaniem chorych krów na mięso). Mierzi mnie jednak pseudosensacyjne dziennikarstwo, którego przykład dał Ryszard Cebula w Uwadze! po Uwadze, kiedy z poważną miną odszedł od grupki swoich gości-ekspertów, zmierzając do tzw. vip roomu, i w tym czasie wygłosił kazanie o zaproszonych gościach, a były to dzieci: Cebula mówił: Ci ludzie są zdemoralizowani, ale też demoralizują innych. Siedząc już w pokoju naprzeciwko Narcyza (15), Lil Sis (11) i Patryka (17) trochę się niespodziewanie wycofał, bo nagle stwierdził, że oni aż takich strasznych rzeczy w sieci nie robią. Jedenastoletnia Lil przecież tylko śpiewała w teledysku: Nikoś, ty żryj kupę, żryj kupę, bo dostaniesz zaraz kopa w dupę, kopa w dupę. Pan Ryszard Cebula powinien się zdecydować, czy jego goście z vip roomu szargają jakieś świętości, czy nie, są wykolejeni czy tylko się dobrze bawią? Powinien to zrobić, zwłaszcza w kontekście dalszych wypowiedzi siedzącej obok niego z grobową miną psycholożki, Angeliki Szelągowskiej-Mironiuk, wsłuchującej się, jak Lil Sis opowiada o swoich i brata filmikach.
Nagle Ryszard Cebula zwrócił się do swojej ekspertki, a w tym czasie starszy brat Lil Sis głośno zarechotał. Prowadzący jednak zachował kamienną twarz i ciągnął temat dalej. Czy oni (dzieci) potrzebują pomocy? – pyta prowadzący Cebula. Myślę sobie, że tak – odpowiada ekspertka i dalej z wielką pieczołowitością tłumaczy, czym grozi dla przyszłości młodocianych gości nagrywanie takich filmików, że nie zdobędą pracy, że są nieświadomi, jaką będą mieli przyszłość, że coś tam i coś tam, a Patryk wciąż rechocze, macha do kamery, je jakieś ciastka itp. Wszystko na lajfie kręci oczywiście kamera w bliskim planie. Sytuacja jest naprawdę kuriozalna.
O to w sumie telewizyjnym ekspertom chodzi, żeby widz poczuł napięcie, nieważne, że najpierw prowadzący stygmatyzował, ile tylko mógł, obecne w vip roomie jeszcze przecież dzieci oraz robił to publicznie, kręcąc wraz z kolegami z TVN-u tak naprawdę kolejny patostreaming, tym razem jednak w dobrej wierze, czyli z etyczną misją. Od tych, którzy mieli im pomóc, usłyszały zatem, że są patologią, doprowadzają do patologicznych zachowań u innych, szargają wszelkie świętości (domagałbym się wypisania, jakich dokładnie), że rodzice je zostawili, bo tak naprawdę ich nie ma, bo są zajęci własnymi sprawami, i na koniec, że nadają się wyłącznie na terapię.
To jest telewizyjna przemoc w czystej postaci i nie ma nic wspólnego z prawdziwym reporterstwem, które nie pokazuje palcem, nie wyszydza, nawet jeśli wydaje się, że tak powinno się zrobić w imię społecznej sprawiedliwości. Słowa padające na forum publicum powinny być szczególnie ważone, właśnie ze względu na ową przyszłość dzieci, o której z takim pietyzmem mówi Angelika Szelągowska-Mironiuk. Kuriozalności całej sytuacji dopełniają pozostali eksperci – Tomasz Oświeciński i Julia Wróblewska, znana ze swoich upublicznionych na Snapchacie reakcji po (domniemanym według jej obronnych relacji) przejechaniu samochodem lisa. Lisek zrobił bum bum bum, Julko… więc Ty w sprawie patostreamów lepiej się już nie wypowiadaj.
W sprawie Lorda Kruszwila też nie, bo on jako takiej patostreamerki nie uprawia. To youtube’owy dokumentalista z wielką umiejętnością do ukazywania, jak niejednoznaczne i skomplikowane behawioralnie są zachowania ludzi. Kręci nie tylko wyzwania typu: zbieranie bananów w lesie za pieniądze czy czołganie się ze związanymi nogami po zlodowaciałym śniegu. Sam też poddaje się wyzwaniom, robi ustawki, abstrakcyjne porównania, łączy, nieraz dość onirycznie i surrealistycznie, światy, które w codziennym porządku społecznym są od siebie odseparowane, a mogłyby przecież funkcjonować razem, gdyby nie role społeczne, konwenanse, zsocjalizowane w nas z dziada pradziada lęki i nawyki.
Dzięki temu Kruszwil niedługo będzie miał trzy miliony subskrypcji. Nie dziwię się więc, że został wrzucony przez TVN do jednego worka z patusami. Jego challenge’owe filmy są poważną konkurencją dla firmowanych przez tę stację jej własnych wyzwań, skonstruowanych na podobnych zasadach – uczestnicy robią coś kompromitującego za pieniądze. Dają sobą manipulować w Agencie. Biorą udział w wątpliwej jakości paradokumentach i programach typu 19+, Szpital, Hipnoza itp. Dają się zamykać w domu Big Brothera, gdzie kamera jest nawet w kiblu po to, żeby zarobić. Zresztą na samym początku „wielkiej” reaktywacji to właśnie Big Brother obnażył, jak wspomnianej wyżej telewizji bardzo zależy na spełnianiu wychowawczej funkcji. Mam na myśli dwóch pierwszych uczestników, którzy zostali pozostawieni na jedną zimną noc poza domem Wielkiego Brata. Agnieszka Raczyńska i Maciej Borowicz mieli do dyspozycji tylko własne towarzystwo i co ciekawe z misyjnego punktu telewizji nadającej publicznie – alkohol.
Maciek najwyraźniej nie wytrzymał napięcia, gdy spoglądało na niego tyle osób przede telewizorami i się upił. Zaowocowało to pokazywaniem gołego tyłka, wsadzaniem głowy między nogi, oddaniem moczu i masą bluzgów. Agnieszka zachowała klasę do samego końca, ale podczas głosowania i tak odpadła. Widownia jej nie chciała, bo okazała się zbyt nudna. Może i z powodu gołej dupy Macieja oglądalność programu na chwilę skoczyła, zwłaszcza wśród młodzieży, osiągając założone przez marketingowców TVN-u słupki. Ale to, co zobaczyłem w telewizji, nie różniło się właściwie niczym od filmików, kiedy pijany Rafatus pokazuje pisiora, tyle że miało bardziej profesjonalną formę realizacyjną.
Niech mi więc Ryszard Cebula w Uwadze nie wmawia, że świat stanął na głowie, bo Lord Kruszwil upokorzył kilku ochotników, gdyż stacja tego dziennikarza z młodymi ludźmi robi to samo w imię oczywiście większych pieniędzy i pewnie zdefiniowanych jako ważniejsze celów w excelowych tabelkach. Tak, wiem. Sprawa patostreamerów dotyczy młodych ludzi, nastolatków, dzieci itp., które powinny być w sferze publicznej chronione od tego typu treści. To jednak mit, że tak może się kiedykolwiek stać. Musielibyśmy chować je w laboratoriach, a wtedy nigdy nie nauczyłyby się konfrontacji z rzeczywistością, co do której najgorszym ze wszystkich założeń, jakie można poczynić, to jej zaufać.
A przecież nam, rodzicom, zależy, żeby sobie poradziły. To jednak, co możemy najlepszego zrobić, to wystawić je na żer tego samego cierpienia, które dotykało nas, mając nadzieję, że poradzą sobie z nim lepiej.
Słuchając ekspertów zaproszonych do Uwagi po uwadze, mam wrażenie, że oni nigdy ani mentalnie, ani fizycznie nie zetknęli się z problemami, jakie mają dzieci. Przede wszystkim z tą jeszcze pierwotną życiową pasją, jaką ma dziecko, jaka przez niego przepływa jak rwąca i z początku niespławna rzeka, nad którą ono samo stara się zapanować w nieudolny sposób, aż później, często zbyt chaotycznie, udaje mu się z nią popłynąć. Studiowali te swoje akademickie teorie i o dziwo w ich eksperckich wypowiedziach nie czuć żadnej pasji ani charyzmy, żeby za nimi iść jak za terapeutycznymi mistrzami.
Nawet ich twarze nie wyrażają żadnych emocji, kiedy mówią: Ty i ty nadajecie się na terapię. Nie ma obok was rodziców. Jesteście sami i dlatego demoralizujecie innych! Trzeba wam pomóc. To gadanie mechanicznych kukieł sterowanych przez scenariusz telewizyjnego show. One jakby zupełnie nie rozumiały tego, że kilkadziesiąt lat temu prozaiczne życie wydarzało się gdzie indziej, a nie w telewizji. Nie było transmitowane online, ale zaręczam tym ekspertom z TVN-u, że wcale nie było inne. Po prostu mniej ludzi wiedziało, że może być takie ordynarne i okrutne. Mniej ludzi wiedziało, co dzieje się w szkolnych szatniach, osiedlowych piwnicach, w pobliżu obozowych latryn i na międzyklasowych korytarzach, po których jak głupi uganiałem się za piszczącymi koleżankami i uciekałem przed osiłkami ze starszych roczników.
Jest jednak jeszcze coś. Im dokładniej estetyzujemy medialnie przemoc, tym bardziej przestaje ona być straszna. Ta naturalistyczna, brudna i realistyczna natomiast wciąż przeraża, a to właśnie taką jej formę pokazują youtuberzy. Czy więc ich efekty pracy są etycznie mniej akceptowalne ze względu na oprawę wizualną? Czy uderzenie kogoś w twarz przez napastnika w modnym garniturze za kilka tysięcy dolarów jest lepsze, niż gdyby to zrobił bezdomny z wszami łonowymi swoją zapuchniętą od taniego wina ręką? Założę się, że tak, i to nie tylko w mediach, ale i w oczach policji oraz sądu.
Przyglądając się telewizji oraz kinematografii, coraz bardziej dostrzegam, jaką złośliwą grę prowadzą te dwa medialne odpryski naszej kultury z widzami. Od czasów wojen w pierwszej połowie XX wieku na naszych oczach redefiniuje się przemoc, wbijając nam do głów, że to, co ładniejsze, może więcej, a przy tym dobrze jest to naśladować. Zamiast strzelać, wieszać i wybebeszać wroga na polu walki, można robić to na ekranie, byle w artystycznie dopracowany sposób. W naszej rzeczywistości cenzuruje się kobiety z bananami w ustach, pozwala się na wyświetlanie w telewizji publicznej zrobionych w stylu niemieckich sekstelefonów reklam lichwiarskich firm pożyczkowych, zapycha się ramówki programów tandetnymi paradokumentami, stwarza niezdrowe fascynacje globalnym końcem świata, przerabianym w kinematografii aż do znudzenia na 1000 sposobów, i jednocześnie krytykuje amatorski nurt internetowych patostreamerów. Coś tu chyba nie jest w porządku.
Zresztą podobna sytuacja miała i ma miejsce w przypadku tzw. kina z gatunku mondo. Podpadają pod nie często filmy kręcone półamatorsko i swoją formą sugerujące, że przedstawiają prawdziwe zdarzenia, a nie fikcję. w tym właśnie są bardzo podobne do patostreamerskiego przekazu, który również udaje (nie zawsze) dokumentalizm. Takie tytuły jak Pieski świat, Nadzy i rozszarpani, Oblicza śmierci nie estetyzowały przemocy, wręcz sugerując widzowi, że to, co widzi, jest prawdą. W przypadku Nagich i rozszarpanych tak rzeczywiście po części było. Dlatego widzowie i krytycy protestowali, bo uświadomili sobie, że nikt ich nie oszukuje, że nie patrzą na fikcję, a przecież chcieli być mamieni, a tym samym upewniani, że takie okropieństwa to ICH właśnie nigdy nie spotkają. Dopiero więc kiedy porzuci się kunsztowną wizualnie formę, można zobaczyć, czym i jak strasznie złowroga jest przemoc pokazywana w filmie. Kino mondo i patostreamerzy nie dbają o estetykę, więc natychmiast budzą kontrowersje, nieważne, że bez refleksji nad prawdziwością zaprezentowanych obrazów i ich odniesieniem do profesjonalnie nakręconych materiałów o często podobnej dawce przemocy, tyle że stworzonej w taki sposób, że wydaje się mniej realna. W tym stwierdzeniu tkwi klucz problemu – wydawać się mniej realnym. Ludzie wcale nie oczekują prawdy – oni chcą, żeby im się świat wydawał, dlatego wierzą mediom.
W dzieciństwie dorośli zasłaniali mi oczy, kiedy w telewizji pokazywali seks, natomiast nie oszczędzali mnie, kiedy ludzie się zabijali i obrażali, tak jakby przyjemność erotyczna (i zakładam, że w ogóle przyjemność jako taka) była gorsza od wszystkiego tego, co powoduje ból. Nie mogłem wtedy tego zrozumieć. W dzisiejszych czasach wcale nie ma więcej przemocy niż kiedyś. Jest jej tyle samo, a wiele jej niegdysiejszych krwawych form przyjęło nowe, wysublimowane kształty, co nie znaczy, że mniej okrutne, po prostu inne, dostosowane do współczesnych ludzi tak sprytnie, żeby nie spowodować żadnej rewolucji ani końca świata.
Ich kreatorem są właśnie media. TVP, Polsat, TVN, jaka różnica? Tworzenie wielkich systemów medialnej opresji zaczyna się w drobnych sprawach, niewielkich kłamstwach i pozornie nieistotnych niedokładnościach, takich jak np. niedawna afera w Dance, Dance, Dance, kiedy puszczono program (finał) tylko udający, że jest nadawany na żywo. Tak naprawdę nagrano kilka zakończeń w zależności od tego, kto wygra. Głosujący widzowie jednak o tym nie wiedzieli. Brali udział w czymś, co nie istniało, chociaż patrzyli i byli przekonani, że jest inaczej. Tworzenie takiej iluzji medialnej jest wymuszeniem, nie fizycznym, ale mentalnym, bo namawia ludzi do działania w pozafaktualnym środowisku.
Bo gdyby wiedzieli, jak jest, nigdy by tego nie zrobili, a jeśli nawet, to ze świadomością – taka jest racja negatywna, na podstawie której to działanie TVP w przypadku Dance, Dance Dance definiuję jako PRZEMOC.
Niektórzy twierdzą, że najlepszą obroną jest atak, zwłaszcza gdy na rynku pojawia się gracz (Kruszwil) o milionowej ilości odbiorców. TVN zaatakował, zasłaniając swój patostreamerski przekaz, nieświadomie, a może z premedytacją wpisując się w kryptoprzemocowy nurt naszej powojennej, wymarzonej, demokratycznej kultury. Powołujemy do życia potwory, żeby się między nimi ukryć. Są jak dezorientująca w czasie i przestrzeni mgła snująca się zarówno po naszym życiu i percepcji zewnętrza, jak i po osobistych mikroświatach tych wszystkich, którzy z nami mają kontakt.
Lecz owe mary, demony i utopce, strzygi, lesze i baby wodne tylko nas, a nie ich, chronią jak adamantowy pancerz przed odkryciem skrywanych pragnień, nieakceptowanych w społecznościach, w których żyjemy. Gdybyśmy je pokazali, stalibyśmy się dziwolągami i skończyli na społecznej banicji. Możemy za to podglądać na ekranie, jacy to nieskrępowanie wolni są inni z fikcji ulepieni ludzie, superbohaterowie, magowie, bogacze, uczestnicy Big Brothera, Agenta, Azja Express itp. Nasz kulturowy i zarazem medialny chów przypomina coraz bardziej życie beznogiej kury na fermie, której stopień dezorientacji w ciasnej klatce i nieświadomości istnienia nieba na zewnątrz, jest już tak wielki, że można jej wmówić każdą bzdurę, nawet to, że ma się śmiać i wysyłać esemesy, kiedy kogoś na forum kilku milionów widzów zmusi się dla pieniędzy do zjedzenia czyjegoś gówna. Bez przerwy jesteśmy słowami innych, a nie pozwalają nam wypowiadać swoich.
