Felietony

TCHÓRZLIWY ŚWIAT FILMU. Przed czym ucieka kino XXI wieku?

Po co płacić za refleksję na temat odchodzenia ukochanej osoby? Wszystko w kulturze zachodniej temu zaprzecza — Darren Aronofsky na temat negatywnego odbioru jego filmu „Źródło”.

Kiedy myślę o współczesnej sztuce, również tej filmowej, i szukam określeń, by jak najtrafniej ją opisać, jako jedno z pierwszych nasuwa mi się słowo: tchórzliwość. Lęk przed tym, co fundamentalne i najważniejsze, obawa przed poruszaniem najbardziej uniwersalnych tematów towarzyszy jej od dłuższego już czasu, w drugiej dekadzie XXI wieku widać to jednak wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. Krzywdząca generalizacja? Przypatrując się rozstrzygnięciom największych filmowych festiwali, obserwując ewolucję gustów kinowej publiczności, czytając opinie krytyków i widzów, a przede wszystkim – oglądając filmy – nie mam wątpliwości, że świat kina lęka się dziś tego, co jest jego – i każdego innego rodzaju sztuki – głównym powołaniem.

A może się mylę? Może pisząc ten wstęp, daję jedynie świadectwo, iż nie nadążam za zmieniającym się światem? Może powinienem po prostu pogodzić się z tym, iż nasze czasy wyznaczyły sztuce i – co za tym idzie – filmowi nową rolę? Przyjmijmy, że tak; nie wyczerpuje to jednak tematu. Pojawia się bowiem następne pytanie: co dalej? Kto będzie mówił o tym, co najważniejsze, jeśli nie artyści? Gdzie odnajdziemy próby wyrażenia tego, co dla człowieka fundamentalne, jeśli nie w sztuce właśnie? Gdzie w przestrzeni publicznej znajdzie się miejsce dla głosu, znajdującego się ponad ideologicznymi podziałami i sporami, mówiącego o tym wszystkim, co odróżnia nas od innych stworzeń i czyni nas istotami szczególnymi?

Kino boi się dziś ludzkiej duszy i najczęściej stara się nieudolnie udawać, iż ona nie istnieje.

Czym jest dla mnie owo „fundamentalne”? Najprościej mówiąc: ludzką duszą. Uczuciami. Wartościami. Emocjami. Ideami. Metafizyką. Tym, co nieuchwytne. Tym, co niematerialne. Tym, co choć stanowi tajemnicę, niezależnie od specyfiki danej epoki i kontekstu czasoprzestrzennego powoduje nami tak silnie. Wyrzec się tego to tak, jakby powiedzieć, że nie jest się człowiekiem.

A jednak kino (i sztuka w ogóle) boi się dziś owej duszy i najczęściej stara się nieudolnie udawać, iż ona nie istnieje. Znany reżyser Robert Zemeckis, twórca klasycznych już filmów takich, jak Forrest Gump czy Kontakt, porównał kiedyś kino do restauracji McDonald’s: największy sukces odnosi się wtedy, kiedy menu jest w pełni przewidywalne i odpowiadające zapotrzebowaniu klientów. Wydaje się, że na takiej właśnie zasadzie postanowiła działać współczesna sztuka filmowa – jej twórcom tak bardzo spodobała się postmodernistyczna doktryna o końcu wielkich narracji i kresie najważniejszych wartości, że aż postanowili ograniczyć swe artystyczne ambicje. Nie wypływać na głębokie wody, lecz pozostać na tych przybrzeżnych, nie dążyć za wszelką cenę ku szczytom, lecz wygodnie wylegiwać się na niższych poziomach. Jeśli zatem podążyć za tropem myślowym spełnianego przez kino zapotrzebowania, należałoby stwierdzić, że dziś stara się ono przede wszystkim zapewnić nam, przynajmniej z pozoru komfortową, ucieczkę.

Pół biedy, gdybym te zarzuty stawiał kinu komercyjnemu i twórczości stricte rozrywkowej – ta przecież z założenia ma wiele trudnych kwestii upraszczać i dostarczać odbiorcy w przystępnej formie. Problem dotyczy jednak dzieł artystycznych, a przynajmniej takich, które przejawiają ambicje bycia określanymi tym mianem. Również ono zapewnia nie tylko nam wspomnianą „ucieczkę” od ważnych i trudnych tematów; zapewnia ją również samo sobie. W myśl rzeczonych postmodernistycznych trendów może bez obaw odwrócić się od tego, co stanowiło od zawsze największe artystyczne wyzwanie – od twórczego, mądrego mówienia o wartościach, od portretowania ich w kreatywny sposób. Bo przecież czy nie łatwiej, niż podjąć takie wyzwanie, jest stwierdzić, że to wszystko już było i nic nowego i ważnego nie da się już powiedzieć?

Zarazem jednak kino współczesne znalazło wiele dróg okrężnych, dzięki którym nie mierząc się z najbardziej uniwersalną tematyką, wciąż może być uważane za istotne i artystycznie znaczące. Jedną z nich jest choćby kino społecznie zaangażowane. Nietolerancja inności, różnego rodzaju dyskryminacje, kryzys imigracyjny, pedofilia księży… Dobrze, gdy kino trzyma rękę na pulsie, odpowiada na to, co dzieje się na arenie społecznej. Niedobrze jednak, gdy zapomina przy tym, że jest sztuką. Sztuką, czyli tym, co ma przetrwać, nie zaś zabłysnąć wyczuciem chwili i wpisać się w taki czy inny trend. Czy może nawet – stać się elementem propagandy, bo i tej dziś nie brak, nawet jeśli pojawia się w formie nieco bardziej zawoalowanej niż kiedyś. Czy kiedyś, gdy medialna obsesja politycznej poprawności minie, ktokolwiek będzie gotów postawić Spotlight, Moonlight, Imigrantów czy Zniewolonego obok naprawdę ważnych, pamiętnych dzieł kina, takich jak choćby Lista Schindlera, Czas apokalipsy, Bez przebaczenia, Fargo? Czy ktokolwiek byłby w stanie ustawić je z nimi w jednym rzędzie nawet dziś?

Ostatnio dodane