search
REKLAMA
Felietony

Dlaczego NIKT NIE CHCE oglądać nowego filmu Ridleya Scotta?

Na „Ostatni pojedynek” nie wybrał się prawie nikt. Pytanie brzmi: dlaczego?

Jan Brzozowski

5 listopada 2021

REKLAMA

Ridley Scott nakręcił świetny film. Ostatni pojedynek to misternie skonstruowane, sprawnie opowiedziane i znakomicie zagrane kino. Pozostawiające w świadomości widza bardzo wyraźny ślad – głównie za sprawą pieczołowicie wydobytych, przerażających analogii (miejscami odrobinę za mało subtelnych) pomiędzy jesienią średniowiecza a realiami XXI wieku. Kultura gwałtu, choć nareszcie zwalczana i piętnowana (choćby za sprawą takich dzieł jak Ostatni pojedynek), wciąż ma się nie najgorzej. Pamiętam, że wyszedłem z seansu emocjonalnie zdruzgotany, przygnieciony moralnym ciężarem filmu, ale usatysfakcjonowany.

Pomimo swoich niewątpliwych zalet nowy projekt Scotta okazał się gigantyczną box office’ową klapą. W weekend otwarcia zarobił niecałe 5 milionów dolarów przy budżecie ponad 20 razy większym (a i tak nieuwzględniającym wysokich kosztów marketingu). Nie pomogła premiera podczas renomowanego festiwalu w Wenecji, nie pomogły pochlebne recenzje, wreszcie – nie pomogły znane twarze na plakatach i ekranie. Na Ostatni pojedynek nie wybrał się prawie nikt. Pytanie brzmi: dlaczego?

Widzowie nowego filmu Scotta to przede wszystkim dojrzali kinomani, już po 25. roku życia. Według „The Hollywood Reporter” to właśnie ta grupa wiekowa odpowiedzialna jest za blisko 80 procent sprzedanych biletów na Ostatni pojedynek. Dla porównania: w przypadku najnowszej odsłony Halloween (kiepskiej, ale radzącej sobie w kinach zdecydowanie lepiej od filmu Scotta – 49 milionów dolarów w sam weekend otwarcia) odbiorcy w przedziale wiekowym 13–24 lat stanowili ponad 50 procent publiczności. Okazało się, że w dobie koronawirusa to właśnie młodzi widzowie chodzą do kina najchętniej, zostawiając tam najwięcej pieniędzy; to oni decydują o tym, co sprzeda się dobrze, a co na gruncie finansowym poniesie sromotną klęskę.

Ostatni pojedynek kompletnie rozminął się z tą grupą wiekową. Nazwisko Ridleya Scotta, jeszcze kilkanaście lat temu będące gwarantem jakości i działające na spragnionych emocji widzów niczym magnes, dla dzisiejszego, około dwudziestoletniego kinomana znaczy niewiele – daleko mu do siły oddziaływania Christophera Nolana czy Denisa Villeneuve’a. Podobnie jest w przypadku aktorów odgrywających w Ostatnim pojedynku pierwsze skrzypce. Matt Damon i Ben Affleck (odpowiedzialni również za scenariusz filmu) to uznane hollywoodzkie gwiazdy – trudno byłoby im jednak zmierzyć się dziś pod względem popularności z Timothéem Chalametem albo Robertem Pattinsonem. Szczyt ich rozpoznawalności przypadł na końcówkę lat 90. i pierwszą dekadę XXI wieku. Duet amerykańskich gwiazdorów łączy ze współczesnym młodym widzem tyle, co nic (w przypadku Afflecka w grę wchodzi jedynie kilkukrotnie powtórzona rola Batmana – podejrzewam jednak, że zarówno aktor, jak i odbiorcy woleliby o niej jak najszybciej zapomnieć). Na placu boju pozostali więc tylko Jodie Comer i Adam Driver. Świetna aktorka, dopiero rozpoczynająca przygodę z wielkimi produkcjami (jej najsłynniejsza rola to póki co Villanelle z serialu Obsesja Eve), i jeden z najciekawszych aktorów współczesnego Hollywood, bardzo umiejętnie dobierający projekty, w które się angażuje. Mimo wszystko trochę za mało, aby ściągnąć tłumy do kin.

Ostatni pojedynek jest w swej istocie filmem staroświeckim – nie używam jednak tego słowa w znaczeniu pejoratywnym. Zrealizowanym przez dojrzałych artystów z myślą o dojrzałym odbiorcy. Dzieło Scotta nie stanowi części rozległej franczyzy, która samoistnie przyciągnęłaby widzów do kin, odwołując się, świadomie bądź nie, do głęboko zakorzenionego fanowskiego poczucia obowiązku (na zasadzie: „widziałem poprzednie odsłony serii, teraz wypada, żebym zobaczył kolejną”; tym sposobem trafiłem chociażby na seans nieszczęsnego Halloween zabija). Swoje pięć groszy (a może raczej pięć wielkich złotych dukatów) z pewnością dołożyła również wymierająca konwencja, w której zrealizowany został Ostatni pojedynek – giganta historycznego. Podobne projekty były swego czasu w Hollywood niezwykle popularne, przynosiły swoim twórcom nie tylko nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej, ale również ogromne zyski finansowe. Owszem, ich realizacja od zawsze obarczona była podwyższonym ryzykiem, związanym z ekstremalnie wysokimi kosztami produkcji. Zainwestowane miliony często zwracały się jednak z konkretną nawiązką – ludzie walili drzwiami i oknami na takie filmy jak Ben Hur (1959), Spartakus (1960) czy Lawrence z Arabii (1962). Ich naturalnym współczesnym przedłużeniem okazały się takie dzieła jak Braveheart – Waleczne Serce (1995), Patriota (2000), Ostatni samuraj (2003) czy, żeby sięgnąć do filmografii samego Ridleya Scotta, Gladiator (2000) i Królestwo niebieskie (2005).

Wydaje się jednak, że czasy świetności gigantów historycznych bezpowrotnie przeminęły. Opiewające wydarzenia z przeszłości trzygodzinne kolosy ustąpiły miejsca zdecydowanie bardziej dynamicznym blockbusterom, często przenoszącym widza do zupełnie innej, równoległej rzeczywistości – można się przeciwko takiemu stanowi rzeczy buntować (jak chociażby Martin Scorsese i Francis Ford Coppola), ale należy go wpierw zaakceptować, tzn. uznać za fakt dokonany. Co ciekawe, nawet filmy starające się łączyć te dwie, wydawać by się mogło, sprzeczne tendencje muszą liczyć się z możliwością finansowego fiaska. Przykładem wprost podręcznikowym jest w tym kontekście Król Artur: Legenda miecza Guya Ritchiego – wysokobudżetowa produkcja bezpośrednio nawiązująca do realiów średniowiecza, urozmaicona jednak o elementy stricte fantastyczne. W scenariuszu idealnym film Ritchiego miał udeptać ścieżkę dla całkowicie nowego uniwersum, obficie czerpiącego ze świata legend arturiańskich. Rzeczywistość jednak brutalnie zweryfikowała te założenia. Przy budżecie rzędu 175 milionów dolarów Król Artur: Legenda miecza zarobił niecałe 150 milionów, co momentalnie przekreśliło ambitne plany twórców. Swoją drogą, z perspektywy producentów Ostatniego pojedynku to i tak znakomity, godny pozazdroszczenia wynik – po niecałych trzech tygodniach od premiery dzieło Scotta zarobiło bowiem na całym świecie niewiele ponad 20 milionów dolarów.

Dość paradoksalnie nadziei dla filmów pokroju Ostatniego pojedynku upatrywałbym w platformach streamingowych. W ten sposób projekt Scotta mógłby dotrzeć do znacznie większego grona odbiorców, a zwłaszcza do swojej grupy docelowej, która w czasie pandemii odwiedza kina raczej niechętnie. Z pomocnej dłoni Netfliksa skorzystali już David Mackenzie (Król wyjęty spod prawa) i David Michôd (Król), realizując na przestrzeni ostatnich lat wysokobudżetowe produkcje historyczne z myślą o sieciowej dystrybucji. Czy tego chcemy, czy nie, obecna koniunktura jest dla tego specyficznego rodzaju kina po prostu bezlitosna.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Absolwent poznańskiego filmoznawstwa. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym. E-mail kontaktowy: jan.brzozowski@protonmail.com

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA