Zestawienie

ZŁE FILMY, które TRZEBA OBEJRZEĆ

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Wyznaję w życiu prostą zasadę: złych filmów nigdy za dużo. A już w szczególności tych bardzo złych. Dlatego przygotowałam drugą część zestawu obrazów, które podczas oglądania mogą dostarczyć sporo zabawy w sposób zupełnie niezamierzony przez ich twórców. Uwaga na spoilery!

Tu znajdziecie pierwszą część zestawienia: KLIK.

Nieśmiertelny: Źródło (2007)

Nikt o zdrowych zmysłach nie mógł pomyśleć, że kolejna odsłona przygód z serii Nieśmiertelny faktycznie miała jakiekolwiek szanse na to, by się udać. Jeżeli nigdy nie słyszeliście o tej produkcji, to jest ku temu powód. Otóż film ten powstał na potrzeby stacji Syfy, która znana jest głównie z cyklu o rekinach – Rekinado. Kolejna odsłona Nieśmiertelnego nie próbuje udawać, że cokolwiek w niej ma jakikolwiek sens. Wiele scen pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi, a gra aktorska jest przerysowana do granic możliwości. Najgorsze jest jednak to, że scenariusz rzuca nam w twarz postaciami, o których nie wiemy absolutnie nic… Kim jest Anna? Kim jest Strażnik Źródła? Kim jest ten dziwny ksiądz z początku filmu? Kiedy już dostajemy niewielki skrawek informacji na ich temat, twórcy stwierdzają, że nie ma sensu rozwijać tych wątków dalej. Produkcja zarżnęła wszystko, czym była seria o Nieśmiertelnym, i to chyba jej największy problem. Wszystko, co widzimy, to bowiem nic innego, jak splunięcie fanom w twarz.

Tekken (2010)

Fani kultowej gry bez wątpienia musieli cierpieć, gdy w 2010 roku do kina trafiła aktorska wersja Tekkena. Film premierę miał wyłącznie w Japonii, gdzie nie udało mu się zebrać nawet miliona dolarów wpływów przy oszałamiającym budżecie 30 milionów. Niestety to, że nie mamy do czynienia z dziełem nawet przyzwoitym, widać już w pięciu pierwszych minutach, gdy okazuje się, że nazwa Tekken, czyli po japońsku żelazna pięść, określa w filmie równocześnie grupę korporacji, pojedynczą korporację, turniej i miasto. Jeżeli po tym wstępie nie czujecie się skonfundowani, to poczekajcie na resztę filmu. Niewątpliwym (i być może jedynym) plusem jest powrót Cary-Hiroyuki Tagawy, czyli Shang Tsunga z Mortal Kombat, aktora, który także w tym przypadku jest totalnym badassem. O dziwo, w 2014 roku film doczekał się prequela, ten jednak przemknął bez echa.

Skullduggery (1983)

Gorsza wersja Zagrajmy w „Lochy i potwory”, w której w dodatku nie ma Toma Hanksa. Już od samego początku widz zdaje sobie sprawę z tego, że seans odbywa się na jego własną odpowiedzialność. Całość jest niezwykle dziwaczna, postacie są tajemnicze w bardzo złym sensie tego słowa, a ich motywacje niezrozumiałe. Nawet po obejrzeniu filmu nie wiadomo, o co w nim tak naprawdę chodziło. Teoretycznie mamy do czynienia z horrorem, jednak od tego, co widzimy na ekranie, bardziej przerażająca wydaje się tytułowa piosenka. Miało być strasznie i satanistycznie, a wyszło śmiesznie – mnóstwo tu niedorzeczności, jak chociażby Willa Zła czy pojawienie się Doktora Zło, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Nie wiem, jaki cel przyświecał twórcom!

Władca zwierząt II (1991)

Oryginalny Władca zwierząt to kultowe fantasy z początku lat 80. Fani pierwszej części tego filmu od momentu pojawienia się pierwszych informacji na temat sequela poczuli się po ludzku oszukani. Okazało się bowiem, że nic nie zgadza się z poprzednią częścią. Do tego pojawiły się podróże w czasie, przez co główna oś fabularna dzieje się po części we współczesności. Wiele produkcji z lat 80. i 90 skupiało się na tym koncepcie, jednak żaden z nich się nie udał, pozwalając jedynie producentom na zaoszczędzenie funduszy na pseudośredniowieczne dekoracje. Ale to nie koniec okropności, jakie stoją za tym filmem. Przerażająca liczba pięciu scenarzystów nie wróżyła filmowi zbyt dobrze już od samego początku, zgodnie z zasadą, że im więcej scenarzystów, tym większy bezsens na ekranie. A skoro o podróżach w czasie mowa, to nie mogło zabraknąć głównej bohaterki w co drugim zdaniu nawiązującej do popkultury. To kolejny przykład tego, że zmieniona została grupa docelowa odbiorców na młodszą, więc trzeba było czymś zająć dzieci w kinie. Śmieszkowaniu nie ma jednak końca, bo nasi bohaterowie, mijając kino, widzą, że grany tam jest właśnie Władca zwierząt II. Na koniec otrzymujemy scenę walki, nie mniej „epicką” niż cały film.

Kapitan Ameryka (1979)

Zanim Marvel na poważnie zabrał się za tworzenie uniwersum filmowego, w 1979 roku w rolę Kapitana Ameryki wcielił się nie kto inny, jak gwiazda taniego kina akcji lat 80., Reb Brown. Wydawać by się mogło, że praktycznie każdy fan komiksów zna historię głównego bohatera, ale nic bardziej mylnego. Jeżeli spodziewacie się nazistów, superserum i II wojny światowej, to zdecydowanie nie uraczycie tego w tym przypadku. Niestety, jeżeli oczekujecie też akcji przez 90% filmu i Reba Browna kopiącego tyłki złym facetom, to możecie się trochę zdziwić. To także najprawdopodobniej jeden z najnudniejszych filmów superbohaterskich w dziejach kina, który przebija chyba tylko Liga Sprawiedliwości. Nie można też zapominać, że to dopiero rok ’79, więc nie ma się co dziwić, że Reb Brown jeszcze nie popisuje się przed całym światem typowym dla siebie okrzykiem bojowym. Jednak w tym przypadku jego popisowym numerem okazuje się rzucanie mięsem w przeciwników, i to w sposób dosłowny.

Ostatnio dodane