Zestawienie

KOSZMARNE FILMY, które POWINIENEŚ ZOBACZYĆ chociaż raz

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Są filmy tak złe, że fizycznie nie da się na nich wysiedzieć do końca, są filmy tak złe, że sam Patryk Vega odmówiłby ich sygnowania swoim nazwiskiem, są też takie, którym należałoby odmówić nawet miana produktu filmopodobnego. Ale są też filmy tak złe, że… trzeba je obejrzeć przynajmniej raz, a można nawet i dwa.

[Uwaga, w niektórych przypadkach mogą się pojawić spojlery!]

Klony Bruce’a Lee (1980)

Bruce Lee to obecnie jeden z najbardziej legendarnych mistrzów sztuk walki, który w filmach był tak niesamowity, że każdy kupował je bez względu na to, jaka była fabuła. Jak się okazało, nikomu po jego śmierci w 1973 roku nie udało się go zastąpić, choć wielu próbowało, ale z marnym skutkiem. Twórcy bardzo złego kina postanowili wykorzystać schemat filmów z gwiazdorem, kreując przy tym niechcący nurt filmowy określany mianem brucesploitation. Producenci z Azji w latach 70. tworzyli filmy, w których występowały osoby choć minimalnie przypominające Bruce’a Lee, jednak w większości przypadków w ogóle nie były one do niego podobne. A twórcy omawianego przeze mnie filmu wpadli na genialny pomysł, by sklonować legendarnego mistrza kung-fu nie raz, nie dwa, a trzy razy. Przy czym „klony” te oczywiście przypominają z wyglądu pierwowzór w takim stopniu, w jakim bracia Mroczek przypominają aktorów. Najbardziej epickie są w nim montaż treningowy, w którym brakuje tylko muzyki z Rocky’ego, oraz scena, w której jeden z przeciwników przewraca się, przypadkiem połyka zatrutą roślinę i umiera.

Zombie 5 (1982)

Jeżeli skupić się na szczegółach, to poprawny tytuł filmu brzmi Legenda domu Usherów: Zombie 5 (nie mylić z innym „arcydziełem”, czyli włoskim Zombie 5: Zabójcze ptaki). Film w założeniu miał być adaptacją opowiadania Edgara Allana Poe, ale, jak się okazało, właśnie tylko w założeniu. Reżyserem tegoż dzieła okazał się niejaki A.M. Frank, którym tak naprawdę był Jess Franco (alias Jesus Franco), jeden z najpłodniejszych twórców w historii kina – wyreżyserował ponad 160 filmów. Tak bardzo wstydził się swojego dzieła, że na potrzeby jego promocji musiał wymyślić nie jeden, a dwa fałszywe pseudonimy. Fani jego prac już na początku zauważą, że część ujęć pochodzi z jego starego filmu Zamek Fu Manchu, a część retrospekcji – z innego jego obrazu, Okropny doktor Orloff z 1961 roku; występował w nim ten sam aktor, który wciela się w doktora Ushera. Jeżeli liczyliście na zombie, to nic z tego. Około 66. minuty filmu pojawia się dopiero pierwszy twór, który można by uznać za zombie, gdyby nie pił ludzkiej krwi oraz nie mówił jak normalny człowiek. Na koniec twórcy serwują nam epicki finał, który jest niczym innym jak scenami z końca filmu Zamek Fu Manchu. Jeśli ktoś chce się przekonać, jak zrobić trzy filmy w cenie jednego, to ten seans jest obowiązkowy.

Tureckie gwiezdne wojny (1982)

Najbardziej (nie)sławny przykład turkploitation (czyli tureckich zrzynek filmowych hitów), który oczywiście z Gwiezdnymi wojnami nie ma nic wspólnego, poza tym, że początkowe sekwencje zostały wycięte przez reżysera nożyczkami z kopii Nowej nadziei. A dalej jest już tylko zabawniej. Dzielny gwiezdny kadet używa kasku kupionego na pięć minut przed ujęciem od przejeżdżającego przypadkiem motorowerzysty, padają ciosy karate, główni bohaterowie walczą z czarownikiem, który chce podbić świat, po ekranie przemieszcza się robot w kształcie telewizora. A w tle przygrywa muzyka ukradziona z Indiany Jonesa, Ben-Hura, Planety małp i całego szeregu podobnych filmów. Krótko mówiąc, zabawa jest naprawdę przednia i dostarcza mnóstwa powodów do śmiechu. Jak z dumą przyznał sam reżyser, film natychmiast po premierze wskoczył na szczyt listy najgorszych filmów wszech czasów, spychając na drugie miejsce jego tureckiego Supermana, który „latał” dzięki suszarce do włosów. Seans obowiązkowy dla fanów Gwiezdnych wojen, którzy narzekają na Ostatniego Jedi czy Atak klonów. Przekonajcie się na własne oczy, jak wyglądałaby gwiezdnowojenna franczyza, gdyby do jej reżyserowania wziął się niejaki Çetin İnanç.

Yor: myśliwy z przyszłości (1983)

Każdy, kto choć raz miał kontakt z filmem Yor: myśliwy z przyszłości, na pewno zgodzi się ze mną, że jest to prawdopodobnie największe zapomniane arcydzieło fantasy wszech czasów. Jeżeli prześledzimy historię kina, może nasunąć się nam myśl, że mamy do czynienia z filmem, który tak naprawdę jest wszystkim, a jednocześnie niczym, a to bez wątpienia wyczyn. Oglądając jedną z recenzji, spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że produkcja jest tak wypełniona po brzegi banałami, że w momencie przekroczenia nieskończoności na skali schematów zawraca, dzięki czemu staje się czymś totalnie oryginalnym. W pierwszej kolejności widza uderza tytułowa piosenka stylizowana na utwór z Flasha Gordona, która jednak ma tyle sensu co sam film, czyli niewiele. Gwiazdą jest mój ulubieniec ze świata bardzo złego kina, czyli niejaki Reb Brown, znany z tego, że w filmach strzela do wszystkiego, co się rusza, oraz ze swojego budzącego grozę (czytaj: śmiech) okrzyku. Bohater walczy oczywiście o ogólnoświatowy triumf dobra, w międzyczasie paląc wioski, niszcząc pięć cywilizacji oraz biorąc udział w najbardziej epickiej scenie w dziejach kina klasy Z, w której Yor wlatuje na martwym nietoperzu (pełniącym funkcję latawca) do jaskini i zdejmuje przeciwnika z kopa, gdy jest jeszcze w locie.

Skowyt II: Twoja siostra jest wilkołakiem (1985)

Warto na wstępie zaznaczyć, że dość nijaki tytuł sequela filmu Skowyt pierwotnie brzmiał Stirba, Werewolf-bitch i w takiej formie zaistniał na rynku brytyjskim. W produkcji pojawia się wspomniany już genialny Reb Brown oraz sam Christopher Lee. Twórcy wyszli z założenia, że nikt nie oglądał pierwszej części, dlatego nie ma co się starać, by retrospekcje były chociaż trochę podobne do scen z oryginału. Wszystko tu bowiem jest nie tak od samego początku do końca. Okazuje się, że bohaterowie walczą z wilkołakami z Europy, które można zabić tylko przy pomocy tytanu, czosnku oraz wody święconej lub przez przebicie im serca, a w tle przewija się Transylwania. W połowie filmu zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie ktoś napisał scenariusz do filmu o wampirach, a potem podmieniono słowo „wampir” na „wilkołak”. Całość zyskuje w momencie, gdy pojawia się weteranka tego typu filmów, czyli Sybil Denning, która daje widzowi dwa niezwykle ważne powody, by oglądać produkcję dalej… Okazują się one tak ważne, że scena, w której aktorka zdziera z siebie koszulkę, pojawia się w napisach końcowych aż 16 razy. Chociaż to podobno najgorsza kontynuacja wszech czasów i przepraszał za nią sam Christopher Lee, to sceny, w których ramię w ramię z Rebem Brownem zabija on wilkołaki, są naprawdę epickie.

Ostatnio dodane