Zestawienie

NAJGORZEJ zagrani filmowi ZŁOCZYŃCY. Tak źli, że aż śmieszni

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Na kartach kinematografii niejednokrotnie złotym zgłoskami zapisali się aktorzy, którzy wcielali się w antagonistów. Niektóre występy były na tyle kanoniczne, że zgarnęły kilka ważniejszych nagród, w tym Złote Globy czy Oscary. Czasem postać antagonisty okazuje się być punktem wyjścia do stworzenia niesamowicie ciekawej postaci, która jest w stanie skraść całe show. Zdarzają się jednak przypadki, kiedy to aktorzy odgrywający złoczyńców idą niezrozumiałą dla widza (i chyba także dla nich samych) ścieżką, która sprawia, że widz nie dowierza temu, co widzi. Oto kilka przykładów moim zdaniem najgorzej zagranych filmowych złoczyńców.

Eddie Redmayne, Jupiter: Intronizacja (2015)

jupiter-ascending-image-eddie-redmayne

Żaden występ w całej karierze tego aktora, nie wzbudzał większych emocji aniżeli nikczemna postać Balema Abrasaxa w filmie sióstr Wachowskich. Wcielając się w cesarza, który ma na celu podbić całą galaktykę, a przy okazji ożenić się z inkarnacją własnej matki, by potem ją zabić, Redmayne dał światu irytującego, kampowego, przesadzonego do granic możliwości złoczyńcę. Niestety to tylko jedno ze wszystkich okropieństw filmu, jednak trzeba pamiętać, że występ Eddiego Redmayne’a jako antagonisty jest prawdopodobnie najbardziej znaną i najmniej lubianą rzeczą w kontekście całej space opery. Balem Abrasax łączy miłość aktora do szeptania z przezabawnymi i niczym nieskrępowanymi wybuchami gniewu, tworząc wyjątkowo absurdalnego złola. Ciekawe, że kilka tygodni później Redmayne otrzymał Oscara dla najlepszego aktora za występ w Teorii wszystkiego – tym bardziej więc nie rozumiem, co w przypadku Jupiter poszło nie tak.

Christoph Waltz, Spectre (2015)

Ernst Blofeld, tajemniczy przeciwnik Jamesa Bonda z kotem na ręku, jest jednym z najlepszych antagonistów całej serii. Tym bardziej boli oglądanie tej postaci w nowej odsłonie, gdzie twórcy próbują nam wmówić, że Blofeld i Bond znali się jako dzieci. Ba! Byli nawet braćmi, a zazdrość Blofelda o Bonda przyczyniła się do socjopatycznych i megalomańskich tendencji tego pierwszego. Bardzo nie lubię, kiedy twórcy niepotrzebnie wyjaśniają historię tajemniczej postaci, całkowicie ją rujnując.  Trzeba sobie zadać pytanie: jak to się stało, że w trwającym 148 minut filmie czarny charakter pojawia się na ekranie tylko na jakieś 15 minut i irytuje do granic możliwości? To jest prawdziwy problem. Christoph Waltz nie potrafi niestety udźwignąć legendarnej roli. Jest ona w dodatku nie tylko nie najlepiej zagrana, ale fatalnie napisana. Poza zbędnym ułamkiem nie poznaliśmy ani jego historii kryminalnej, ani zbrodniczych motywacji. Jakby scenarzyści mówili: pokażemy wam całą historię dzieciństwa antagonisty, ale nie wyjaśnimy, jak został szefem Spectre, bo to przecież was nie interesuje. Waltz mógłby być doskonały jako Blofeld, ale tak się nie stało. Mam wrażenie, że aktor swoimi manieryzmami i mokasynami po raz kolejny starał się odtworzyć swoją oscarową rolę z Bękartów wojny. To właśnie te niezrozumiałe wybory sprawiły, że w moim osobistym rankingu ta wersja postaci znalazła się na szarym końcu, mimo że – jeśliby została trochę inaczej wprowadzona i zagrana – powinna trafić do pierwszej piątki.

Jesse Eisenberg, Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości (2016)

Fani i krytycy mieli wiele różnych problemów z filmem Batman v Superman, ale wszyscy zdają się być zgodni co do jednego – występ Jessego Eisenberga jako nikczemnego Lexa Luthora był gorszy niż zły. Mimo iż nie darzę tego aktora wielką sympatią, w prawie każdym filmie, w którym się pojawił, był w stanie pokazać choć trochę drzemiącego w nim talentu. Tym bardziej nie rozumiem decyzji o tym, by stworzyć zmanierowaną do granic możliwości postać, która jak na dość stonowany i ponury film jest dość głośny i krzykliwy. W każdym razie ciężko było oglądać występ Eisenberga i nie myśleć o przedstawieniu Jokera przez Heatha Ledgera we współczesnym klasyku superbohaterskim Christophera Nolana. Wzorce mowy i manieryzmy zastosowane przez Eisenberga wydawały się niemal całkowicie przeniesione z kultowego występu Ledgera i zbliżały się niebezpiecznie do granicy pomiędzy pełnym szacunku hołdem a wręcz kopiowaniem.

John Travolta, Bitwa o Ziemię (2000)

Oglądając Bitwę o Ziemię, widać, że John Travolta bawił się świetnie, odgrywając rolę Terla. O tym, że jest nikczemny i zły do szpiku kości, twórcy przypominają nam praktycznie co pięć minut. Moją ulubioną sceną jest ta, w której Terl próbuje wygłosić imponującą przemowę w bazie, rzucając w stronę Foresta Whitakera następujący tekst: „Kiedy ty wciąż się uczyłeś pisać swoje imię, mnie szkolono, jak podbijać galaktyki!”. Już to jedno przeszarżowane do granic możliwości zdanie pokazuje, jaki problem mam z antybohaterem Travolty. Trzeba bowiem pamiętać, że Terl to bez wątpienia Basil Fawlty science fiction (nie obrażając Johna Cleese’a). Jego umysł jest pełen wielkich pomysłów, ale on sam utknął na Ziemi, a rola szefa ochrony stała się dla niego kamieniem u szyi. Najbardziej niezrozumiałe są dla mnie sceny, kiedy Terl płacze przy swoich przełożonych, mając nadzieję, że ci wyślą go do domu. Jego zachowanie to karykaturalne połączenie słabej komedii z próbą bycia postrachem kosmosu. Niestety nawet kino klasy Z nie przyjęłoby Terla z otwartymi ramionami.

Guy Pearce, Iron Man 3 (2013)

W zależności od tego, kogo zapytasz, Iron Man 3 to jeden z najlepszych lub jeden z najgorszych filmów MCU. Ja niestety, a może stety, należę do tej drugiej grupy. To, że Iron Man 3 nie należy do czołówki produkcji kinowego uniwersum Marvela, jest między innymi winą złoczyńcy, który pojawia się w tej odsłonie przygód Tony’ego Starka. W komiksach Mandaryn to jeden z najlepszych przeciwników Iron Mana, ale twórcy filmu postanowili zrobić po swojemu. Chociaż wysiłek, aby spróbować czegoś zupełnie nowego i stworzyć nieoczekiwany zwrot akcji w stylu Shyamalana, zasługuje na pochwałę, ostateczny wynik okazuje się niewart zaangażowania widza. Mandaryn odgrywany przez Bena Kingsleya był bowiem tylko wynajętym aktorem. Wiem, że to niepopularna opinia, ale to, co zrobił sir Kingsley, było tysiąc razy ciekawsze od nijakiej roli Guya Pearce’a, który okazał się być faktycznym złoczyńcą chcącym się zemścić na Starku, bo ten zapomniał o nim na przyjęciu. Jego występ był nijaki do bólu i nawet z supermocami to jeden z gorszych złoczyńców MCU, a trzeba pamiętać, że nie stanowią oni mocnej strony tego uniwersum.

Ostatnio dodane