Connect with us

Publicystyka filmowa

ZAGUBIONY HERKULES. 5 najgorszych ról Arnolda Schwarzeneggera

ZAGUBIONY HERKULES to błyskotliwy przegląd najgorszych ról Arnolda Schwarzeneggera, odkrywający jego aktorskie faux pas w satyryczny sposób.

Published

on

Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest to jeden z moich ulubionych aktorów wszech czasów, mimo że mam świadomość jego okrutnie widocznych niedostatków warsztatowych. Ze względu na właśnie ów sentyment nie mam problemu z wytknięciem mu aktorskich koszmarów, bo zapisał się w mojej świadomości w filmach, które uważam za kamienie milowe zarówno kina akcji, jak i kina science fiction. Tym bardziej się cieszę, że powrócił do grania naturalnych dla siebie postaci, bo któż inny mógłby zagrać Terminatora T-800, jak nie właśnie on, austriacki Herkules, chłopak z biednej, katolickiej rodziny, któremu z nawiązką spełnił się amerykański sen.
Advertisement
Mr Freeze, Batman i Robin (1997), reż. Joel Schumacher

Szanuję Joela Schumachera przede wszystkim za dwa filmy, które wyszły spod jego niewątpliwie pomysłowej reżyserskiej ręki – Upadek (1993) i Czas zabijania (1996).

 Jednak to, co uczynił z serią Batman, przewraca mi żołądek, ilekroć o tym pomyślę. Obrońcy zarówno Batmana i Robina, jak i Batmana Forever pewnie zarzucą mi, że przecież te filmy miały mieć taką pulpową konwencję. Poleciłbym im jednak pulpowych do szpiku kości Strażników Zacka Snydera, żeby zobaczyli, że prócz naturalnej tandety z pulpy można wyciągnąć też trochę powagi, nie tracąc niczego.

Advertisement

Zaangażowanie Schwarzeneggera jako czarnego charakteru, czyli Mr Freeza, dobiło „wspaniałe” kreacje George’a Clooneya i Chrisa O’Donnella. Arnie jak zawsze chciał bardzo się postarać, więc zagrał po swojemu, udając najbrutalniejszego, zlodowaciałego emocjonalnie i dosłownie oszalałego naukowca. Scenariusz jednak nie pozwolił mu stać się złym do cna, bo przecież serce ludzkie do końca nie zamarza, tak jak kostium do końca stabilnie nie trzymał się na umięśnionym ciele aktora. Wyszła z tego parodia komiksowego Mr Freeza, który posiadał o wiele więcej charyzmy, powagi i determinacji w mrożeniu świata – a zimno w wydaniu Schwarzeneggera idzie i idzie, no i kiedy wreszcie udaje się lekko przymrozić świat, nagle okazuje się, że w serduszku naukowca zostało za dużo miłości.

Herkules, Herkules w Nowym Jorku (1969), reż. Arthur Allan Seidelman

Słuchać angielskiej wymowy Schwarzeneggera z tamtych czasów, to jak piłować sobie nad uchem kawał stali tępym brzeszczotem. Z pewnością nie było mu łatwo grać, skoro nie mógł wczuć się w język. To jasne, że początki są trudne i trzeba było jakoś wprowadzić go jako aktora do świata filmu. Okazało się, że doskonałą laurką będzie rola Herkulesa, który, podobnie jak sam wtedy jeszcze Arnold Strong (jak podane w napisach), czuje się nieco zadziwiony ziemskim światem. Co tu dużo ukrywać, to nie talent, a warunki fizycznie umożliwiły mu karierę. Brakowało takiej postaci w kinie, które zaczynało się zmieniać.

Advertisement

Z silnych charakterów ewoluowało w stronę silnych ciał. Nie musiał on mieć ani dykcji, ani talentu, jedynie umiejętność efektownego rozwalania przeciwników. Amerykanów fascynowała taka zaoceaniczna inność, chociaż mało o niej wiedzieli. Może dlatego dali szansę odnoszącemu sukcesy w kulturystyce Austriakowi. Niech koronnym przykładem tej nonszalancji w przyswajaniu wiedzy będzie nazwanie w filmie Hermesa Merkurym. Grecki czy rzymski Bóg – jaka różnica, byle spełniał swoją funkcję. Poza tym do historii kina klasy Z powinna przejść walka Schwarzeneggera z niedźwiedziem. Herkules w Nowym Jorku to takie szalone kino drogi po chodnikach NY, miejscami przypominające bezsensowne łażenie po planie filmowym rodem z Jarmuscha.

Gdybym żył w tamtych czasach i zobaczył ten film, uznałbym Schwarzeneggera za aktorski niewypał pierwszej kategorii. Arnie jednak odrobił lekcje i podciągnął warsztat. Rola T-800 przecież czekała tuż za rogiem.

Advertisement
Julius Benedict, Bliźniacy (1988), reż. Ivan Reitman

Przyjemna, niedzielna komedia – tak można określić Bliźniaków. Czy to jednak stwierdzenie, z którego Arnie byłby dumny? Paradoksalnie być może tak, ponieważ analizując jego filmografię, jak również wywiady i refleksje na temat kariery, nie miał nigdy ambicji do współtworzenia awangardowego kina artystycznego.

Stąd pewnie komedie sensacyjne i kino familijne, oczywiście na pewnym etapie kariery. Schwarzenegger nie dał się na szczęście zamknąć w tym lekkim świecie. W końcu wrócił do „poważnych” filmów sensacyjnych – „poważnych” we właściwym dla niego stylu, czyli niekiedy z przymrużeniem oka, z rozdętym płytkim bohaterstwem głównym charakterem. W wydaniu Schwarzeneggera jednak ono nie razi, chociaż jest nieprawdopodobne i kiczowate, a wręcz zaraża, wciąga i pamięta się je jako ważną część historii kina. W Bliźniakach nic z niego nie zostało, chociaż Arnie ma swoje momenty chwały, gdy kolejni przeciwnicy padają przed nim na kolana.

Advertisement

Problem ma jednak zupełnie inny – trudno mu się odnaleźć w sytuacji komediowej, która trwa przez cały film. Jego wyrazy twarzy, kiedy ma być śmieszny i dowcipnie zdziwiony, przypominają raczej dosłownego idiotę z Głupiego i głupszego. Scena inicjacji seksualnej wielkiego Mister Universum również powoduje raczej ciarki, a nie śmiech. Bliźniacy to dobre kino do gotowania, bo niewiele się traci, gdy ominie się nawet 10 minut z fabuły.

Detektyw John Kimble, Gliniarz w przedszkolu (1990), reż. Ivan Reitman

Podobna sytuacja jak z Bliźniakami. W aktorstwie ma znaczenie autentyzm, a udawanie go Schwarzeneggerowi nie wychodzi. Dzieci boleśnie to obnażają. Kontakt z nimi wymaga zarówno pewności siebie, jak i zejścia do ich poziomu. Rozumiem, że pewnie twórcy filmu założyli, że twardy gliniarz może mieć z tym problem, tyle że Arnie przeszarżował z udawaniem.

Advertisement

Grał w pewnym sensie siebie, a to nie wystarczyło do przekonania mnie jako widza, że chce być w świecie, do którego włożył go reżyser. Ciasno się zrobiło na planie przez to jego rozdęte kinem akcji ego. Generalnie odnoszę wrażenie, że Ivan Reitman nie potrafił wykorzystać warunków Austriaka. Nakręcił kolejne kino familijne bez głębszej refleksji nad wrażeniami odbiorców – mam tu na myśli miłośników Arnolda. Jeśli chodzi o akcję, jest jeszcze gorzej niż w Bliźniakach. Przedszkole dominuje, a policyjny fach zdaje się mrzonką na tle tego, co wyczyniają małoletni. Gdzieś tam w tle następuje kulminacja, ale za słaba, by zatrzeć wrażenie ogłupiałego na filmowym planie Schwarzeneggera.

Pozostaje niemiłe wrażenie, że coś jest nie tak z aktorskim warsztatem Arnolda, i to aż tak bardzo nie tak, że zachodzi się w głowę, jakim cudem stał się ikoną bohaterstwa i pokonał tego Predatora. Każdy jednak widocznie potrzebuje luzu, odskoczni do świata komedianctwa. Wtedy czuje się ważniejszy.

Advertisement
Jericho Cane, I stanie się koniec (1999), reż. Peter Hyams

Formalnie to zestawienie nie jest żadnym rankingiem, prócz tej ostatniej pozycji, bo jak na wszystkie wymienione tu filmy ze Schwarzeneggerem jest najlepszy, a w zasadzie najbliższy jego stylowi gry i gatunkowi filmów, jakie najbardziej lubił ozdabiać swoją umięśnioną postacią. I stanie się koniec zaczyna się nawet jak klasycznie rozwijające się kino akcji, chociaż Arnie pojawia się z dużym jak na niego opóźnieniem.

Im więcej jednak jego osobistych relacji z wcielonym w człowieka Szatanem (Gabriel Byrne), tym postać Cane’a blednie na korzyść Byrne’a rzecz jasna – aktora o wiele lepszego. Ewidentnie gatunek horroru nie jest stworzony dla Schwarzeneggera, chociaż akurat w tym wypadku całość produkcji ratuje wartka akcja oraz brak natłoku trupów oraz wizualizacji demonów. Niemniej postawienie naprzeciwko siebie diabła i specjalisty od rozwałki dziesiątków przeciwników nie zadziałało, a już wstawki z mówiącym do krzyża w kościele Cane’em są nieco śmieszne. Mam też zastrzeżenia do sposobu filmowania Schwarzeneggera w czasie szybkich ruchów.

Advertisement

Aktor wydaje się po prostu ociężały. Porusza się z lekkim opóźnieniem w stosunku do intuicyjnego założenia, jak powinien zachować się specjalista od walki z przestępcami. Kulminacją jest samo opętanie Cane’a przez złe moce i jego dramatyczna walka na ołtarzu o swoje umysłowe jestestwo, zakończona erupcją ognia wprost z jego piersi. To demon z niego wyszedł i uległ sile woli człowieka. Wolałbym zapomnieć o takim Arniem. Lepiej niech ratuje świat przed bandytami i najeźdźcami z kosmosu, a nie gośćmi zza światów.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *