Publicystyka filmowa
GORSI od DIABŁA? NAJPODLEJSI więzienni STRAŻNICY
GORSI OD DIABŁA? NAJPODLEJSI WIĘZIENNI STRAŻNICY to film, który odkrywa psychologię brutalnych oprawców i moralne dylematy w ich świecie.
Są gorsi niż czarne charaktery, w większości jednoznaczni, bezrefleksyjni, lubujący się w przemocy, jakby był to kolejny wypalony papieros albo zjedzony obiad. Zwykle komuś ważniejszemu służą. Scenariusz filmów nie daje im szansy na nawrócenie, ani refleksję, bo zostały one zarezerwowane dla owych antagonistów przewidzianych w scenariuszu. Ktoś musi być bezrozumnym narzędziem – tym bardziej więc oddani strażnicy w więzieniach i obozach są straszni. To oczywiście nie reguła. Czasem, zwłaszcza w przypadkach Japończyków, ten namysł nad swoimi czynami się pojawia.
Najczęściej jednak strażnik musi być etycznym monolitem, ideałem sukinsyna bez szansy na przebaczenie. Dzięki tej swojej jednoznacznej postawie tworzy szkielet moralny filmu. Na jego tle widzom łatwiej ocenić, co jest dobrem, a co złem, chociaż to często złudna perspektywa.
Dementorzy, Harry Potter i więzień Azkabanu (2004), reż. Alfonso Cuarón
Ogromną luką w ich genealogii jest jej… brak. Gdyby J.K. Rowling bardziej przyłożyła się do genezy Dementorów, zamiast trochę na ślepo kopiować postaci Nazguli z Władcy pierścieni, kto wie, czy nie powstaliby pełnoprawni konkurenci samego Toma Riddle’a (Voldemorta), zasługujący na posiadanie własnego przywódcy no i swoją odrębną filmową historię. A tak są tylko bezlitosnymi narzędziami w rękach wyrachowanych ludzi, co jednak w niczym nie umniejsza ich potworności. W tym zestawieniu nie ma doskonalszego strażnika więziennego niż Dementor, ale też system penitencjarny w postaci Azkabanu jest jedyny w swoim rodzaju.
W naszym, realnym świecie Dementorzy raczej by się nie sprawdzili, chociażby z tego względu, że w ich mrocznych umysłach kompletnie się nie mieści, że więźniowie, skoro już nimi zostali, mają jakiekolwiek prawa. Przy próbach ucieczki zapewne większość z nich zostałaby wyssana z całej radości i pozytywnych emocji, a może wybrańcy doświadczyliby tzw. dementorskiego pocałunku, który wysysa duszę, albo jak kto woli, doprowadza do pełnej dysfunkcji mózgu, co prowadzi do śmierci. Stąd pewnie nazwa „dementor” – istota powodująca niepamięć, demencję, amnezję, a przez to unicestwienie, najpierw na poziomie mentalnym, a później fizycznym. Ciekawe tylko, co robi z tymi wyssanymi emocjami, bo samo wyjaśnienie, że się nimi żywi, jest nieco infantylne. Znów luka w opisie postaci, a mogło być tak strasznie.
Edith, Kapo (1960), reż. Gillo Pontecorvo
Rodzajem bezlitosnego narzędzia w rękach innych byli również kapo, z tym że mało który z nich świadomie wybrałby swoją rolę, gdyby taki wybór miał, no chyba że zwyrodniali kryminaliści, a w dodatku samobójcy. Niektórzy kapo z obozowych komand, a zwłaszcza grup specjalnych (sonderkommanda) wyjątkowo angażowali się w swoje role, dorównując, a może niekiedy prześcigając nazistowskich strażników ze względu właśnie na swój rodowód – np. Mietek (Syn Szawła, 2015). Nicole, (Edith – Susan Strasberg) z produkcji Kapo do końca nigdy nie staje się taka, jak jej koleżanki pełniące tę samą funkcję, jednak korzysta z wszystkich przywilejów „lepszej więźniarki”, w tym z tego najważniejszego – nie przechodzi selekcji.
Poza tym je lepiej, sypia z esesmanami, stosuje przemoc wobec swoich koleżanek z baraku, a przecież jest Żydówką. Dostaje nawet propozycję wyjazdu do Niemiec oraz swój mundur. Ostatecznie z tego szaleństwa, które przeżywa w roli kapo wyciąga ją rosyjski jeniec wojenny, Sasha (Laurent Terzieff). Z zewnątrz wygląda to trochę tak, jakby Edith z jednego opętania przeżyciem wpadła w kolejne, tym razem tragiczną miłością wymieszaną z chęcią odkupienia swoich win. Niemniej jej rola, i w ogóle rola kapo jako obozowej strażniczki, jest jedną ze straszniejszych, tym bardziej, że wcale nie jest wymyślona jak dementorzy. Kapo np. w Auschwitz mieli odwagę i przede wszystkim chęć, żeby dokonywać na Żydach poniżających zbrodni. I nie wszystko z tego, co robili, było konieczne, żeby mogli przetrwać, zresztą Niemcy dość racjonalnie traktowali członków sonderkommand. W interesie nazistów było to, żeby nie przeżył żaden świadek, nawet ten starający się być „lepszy” od pomysłodawców zbrodni.
Kapitan Byron Hadley (Clancy Brown), Skazani na Shawshank, (1994), reż. Frank Darabont
Clancy’ego Browna pamiętam z całkiem klimatycznego horroru z początku lat 90. pt. Smętarz dla zwierzaków 2. Potrafił tam zagrać mrożącą krew w żyłach postać szalonego i zwyrodniałego Gusa. Reżyserzy powierzają mu zwykle role trudnych ludzi, niedostosowanych, brutalnych i wręcz szalonych. Clancy ma bowiem warunki – niepokojący wzrok, posępna twarz i ponad 190 cm wzrostu. Niewątpliwie rola kapitana Hadley’a jest jego ważniejszą kreacją w karierze. Pokazał w niej wszystko, co najlepiej potrafi, a więc zupełnie bezrefleksyjne zło i kompletne oddanie swojemu panu – naczelnikowi więzienia.
Aura, która go otacza udziela się też widzowi. Jest to najbardziej pierwotny strach o swoje życie, ponieważ wszelka dyskusja z kapitanem nie ma sensu. Nie zadziałają żadne argumenty, no może prócz wizji zysku, ale pewnie i to na chwilę. Jeśli ktokolwiek chciałby go pokonać, musiałby go albo zabić, albo sprytnie oszukać poprzez denuncjację tych, którym służy tak, jak zrobił to Andy Dufresne (Tim Robbins). Każdy drugoplanowy i epizodyczny aktor życzy sobie, żeby jego rola została zapamiętana, chociaż naturalne wydaje się to, że główni bohaterowie muszą ją przyćmić. Clancy Brown posiada w sobie na tyle charyzmy, że wcale nie musi się aż tak bardzo starać, co przy dość ograniczonej mimice jest naprawdę dużym osiągnięciem. No bo umówmy się, czarne charaktery zawsze gra podobnie. Z drugiej strony trudno byłoby sobie go wyobrazić w roli np. Pani Doubtfire.
Mutsushiro Watanabe (Miyavi), Niezłomny (2014), reż. Angelina Jolie
Nie wiem czym Miyavi bardziej mnie zaskoczył – muzyką, która uprawia, czy umiejętnością stworzenia niesamowicie mrocznej postaci komendanta Watanabe.
Bo obiektywnie trzeba stwierdzić, że natura obdarzyła go niesamowitą urodą, a zwłaszcza oczami, które mają w sobie i niesamowitą niewinność, a zarazem bezdenne szaleństwo. Postać Watanabego, najpierw kaprala, a później sierżanta cesarskiej armii japońskiej nie jest jednowymiarowa. A im większy ma on kontakt z tytułowym Niezłomnym (Zamperini), tym lepiej uświadamiamy sobie, że agresją maskuje jedynie swój ogromny strach i niedowartościowanie. Został przecież niemal zesłany wraz z więźniami do obozu jenieckiego, gdzie nie może realizować swoich dziecięcych marzeń o staniu się oficerem, wielkim następną swojego ojca.
Każde wypowiedziane do Zamperiniego zdanie „Nie patrz na nie” ma coraz bardziej histeryczny wyraz, aż w końcu wszystko w Watanabe pęka. To ciekawe, przecież mógłby zabić swojego amerykańskiego wroga w każdym momencie ich mentalnego starcia, ale dobrze wie, że nie o taką wygraną chodzi. Rozważając postać Watanabego w tej perspektywie, nie jest on bezmózgim sługusem pokroju kapitana Hadley’a ze Skazanych na Shawshank. Jego agresja ma swoistego rodzaju kodeksowe granice, oczywiście rozumiane po japońsku – ugiąć się, przestraszyć to przegrać, a przegrać, to utytłać samego siebie w gorszym niż śmierć poniżeniu. Stąd zapewne Watanabe nie może zabić Zamperiniego dopóki go całkiem nie złamie, inaczej zwycięstwo nad samym ciałem wroga nie będzie pełne, nie da mu dumy z siebie, a jej Japończyk potrzebuje bardziej niż czegokolwiek. Z początku myśli więc, że trafił na wroga, którego warto pokonać, ale słabością Watanabego jest to, że bardziej się boi przegrać, niż jest w stanie być bezlitosny.
Pułkownik Saito (Sessue Hayakawa), Most na rzece Kwai (1957), reż. David Lean
Zarówno Watanabe jak i Saito są nie tylko strażnikami, ale i pełnią funkcje kierownicze w swoich więziennych obozach. Można by ich pomylić z cywilnymi naczelnikami, a im z kolei należy się osobny tekst. Nic bardziej mylnego. Watanabe i Saito znaleźli się w tym zestawieniu z prostej przyczyny – nie pełnią służby cywilnej w warunkach pokojowych, co tworzy z nich wyśmienite przykłady mundurowych strażników, na dodatek mających pełnię władzy. Pułkownik Saito jest jakby dalszym etapem rozwoju sierżanta Watanabe. Podstawowa różnica między nimi to zaufanie do kodeksu Bushido.
Saito jest znacznie dalej na swojej drodze wojownika, co pozwala mu myśleć w czasie stosowania przemocy i nie łamać się tak szybko, jak stało się to z psychiką Watanabe. Jego sposób okazywania wyższości więźniom-oficerom jest zupełnie inny – wręcz racjonalny. Mając w ręce wszystkie atuty i pozycję, Saito potrafi negocjować, co czyni go w fabule Mostu na rzece Kwai, partnerem, mrocznym i niebezpiecznym, ale jednak partnerem do rozmowy dla angielskich jeńców, zwłaszcza dla pułkownika Nicholsona (Alec Guinness). Co ciekawe obaj pułkownicy są niemal granicznie wierni zasadom i dla owych zasad poświęcą zwykłych żołnierzy.
Saito nie spodziewał się, że trafi na kogoś takiego, że ten ktoś nagnie jego przecież z założenia niepodatne na to reguły. Ale jak sam twierdzi, nie można uciekać od rzeczywistości. Jest nią niekończąca się budowa mostu, obóz i to, co się w nim dzieje, a nie idealistyczne zasady. Im szybciej KAŻDY z nich to zrozumie, tym większa będzie szansa na przeżycie ich obu tej wojny.
Eddie Caldwell (Everett McGill), Więzień Brubaker (1980), reż. Stuart Rosenberg
Kandydatów na najpodlejszego strażnika było kilku. Co ciekawe, wszyscy są więźniami, kimś w rodzaju współczesnych wersji kapo, tyle że funkcjonującymi nie w stanie wojny, ale z własnej woli, bo nawet uciec nie mają ochoty, a także mają broń. Lizodupiec Roy Purcell (Matt Clark), potrafiący się ustawić, ale nie do końca zepsuty Dickie (Yaphet Kotto), pijak i morderca Huey Rauch (Tim McIntire), to mocni kandydaci, ustępujący jednak zupełnie jednemu człowiekowi. Więzień funkcyjny Caldwell z kamienną twarzą, wycofany, niebezpieczny, trudny w porozumieniu, czerpiący przyjemność z przemocy, najbardziej psychopatyczny okaz w tej całej kamaryli więzienia Wakefield.
Boją się go właściwie wszyscy, co ciekawe w pewnym sensie nawet scenariusz. Caldwell snuje się po planie filmowym jak cień, zawsze gotowy do zadania bólu, niemal jak ręka bezrozumnej sprawiedliwości. Tak sądzę. Służyłby z podobnym oddaniem każdemu, niezależnie od jego ideałów, bo dla takiego narzędzia liczy się jedynie brutalne działanie. Dużym zgrzytem w fabule jest zupełny brak kontaktu naczelnika Brubakera (Robert Redford) z Caldwellem. Od początku jest on przecież zaprezentowany jako jeden z najgorszych sukinsynów w więzieniu, więc nowy szef z tak wielkim sercem dla więźniów powinien w pierwszej kolejności się z nim rozprawić, a tu nawet jedno słowo nie pada wobec Eddiego, jakby faktycznie żył on w swojej własnej rzeczywistości, której nie może zmienić nikt, podobnie jak obiektywnego świata otaczającego Wakefield. Ostatecznie Brubaker przecież odchodzi, a Caldwell zostaje. Znów może używać swojego pasa, znów może zabijać nieposłusznych więźniów, bo tak naprawdę to, co robi jest zgodne z oczekiwaniem otaczającej więzienie społeczności.
Percy Wetmore (Doug Hutchison), Zielona mila (1999), reż. Frank Darabont
Strażnicy więzienni to ludzie, więc wnoszą do swojego zawodu całe swoje życiowe doświadczenie, naturę i skłonności. Jeśli ktoś jest dupkiem poza swoim zawodem, pewnie będzie strażnikiem więziennym i dupkiem jednocześnie. Percy Wetmore łączy w sobie wszystkie cechy dupka i to niezbyt inteligentnego, nawet te w ludowych poglądach uznane za „gorsze”, a więc kurczakowatą twarz, niski wzrost, a dodatkowo skłonność do donoszenia, przemocy, pyszałkowatości i niczym nieumotywowanej dumy z własnego postępowania. Nic, tylko go znienawidzić, albo nabrać przemożnej chęci, żeby któryś z więźniów porządnie mu wytłumaczył podstawy kulturalnego zachowania.
Czy Percy by zrozumiał? A to niestety wątpliwe. Jego postać skonstruowana jest tak specjalnie, na zasadzie przeciwwagi dla charakterów pozostałych strażników, którzy są z kolei wyjątkowo dobrzy. Można by powiedzieć, że aż za bardzo, wręcz uczuciowi, jakby opiekowali się pacjentami szpitala psychiatrycznego. W pewnym sensie oddział cel śmierci nieco przypomina całkowicie odrealnione miejsce pobytu szaleńców, włączając w to strażników. Jedynym człowiekiem, który tam nie pasuje jest właśnie Percy. On pragnie zadać komuś śmierć. Podnieca go oglądanie egzekucji. Najbardziej jednak chce sam ją zadać.
To wewnętrzna potrzeba jego dupkowatej osobowości. Pewnie naiwnie sądzi, że skoro uśmierci zgodnie z prawem jakiegoś zwyrodnialca, nagle przestanie być ostatnim fagasem. Jest zbyt głupi, żeby uświadomić sobie, że nie przez śmierć innych biegnie droga ludzkiej mądrości.
Sierżant Nagata (Masatô Ibu), Imperium słońca (1987), reż. Steven Spielberg
Granie na emocjach widza, często w bardzo pierwotny sposób, to coś, w czym wyspecjalizował się Spielberg. Często buduje akcję tak, żeby nawet czarny charakter nie był do końca jednolity w swojej czerni. W amerykańskim świecie filmów każdy przecież powinien mieć szansę na odkupienie, nawrócenie, a przede wszystkim danie widzowi nadziei, że otoczenie nie jest aż tak złe, jak to poza kadrem. Czy sierżanta Nagatę da się tak postrzegać? Jeśli uwzględni się sytuacje, w której się znalazł, owszem, jest to możliwe, bo nie jest on tak bezrozumnym i niedowartościowanym narzędziem jak Watanabe z Niezłomnego, ale też nie kontroluje swoim emocji w sposób porównywalny z pułkownikiem Saito z Mostu na rzece Kwai.
Znajduje się gdzieś pomiędzy. Nie da się mu kibicować, nie da się go polubić, można się go tylko bać, lecz w ostatecznym rozrachunku, zwłaszcza w świetle błyskającej na niebie bomby atomowej, jak można do końca ocenić, czy był naprawdę zły. Bo w tamtym czasie, kiedy wszystkie wartości w jednej chwili zgasły, jednym z ważniejszych składników perspektywy owej oceny postępowania jest fakt, że za kartofla człowiek może zrobić wszystko. Podobnie Nagata, dla swoiście przez siebie pojmowanego honoru mógł zrobić wszystko, tym bardziej mordować ludzi, których nauczono go postrzegać jako wrogów. Ciężko jest wartościować w świecie, gdzie wyższymi uczuciami człowieka rządzi kartofel.
Christopher Archer (Michael Angarano), Więzienny eksperyment (2015), reż. Kyle Patrick Alvarez
Wiele eksperymentów psychologicznych potwierdziło, że nasz wyuczony system etyczny można łatwo naruszyć, dając czasami tylko możliwość legalnego działania w sposób przeciwny do tego, na co do tej pory nam zezwalano. Wystarczy dać komuś władzę, pozwolenie, poczucie nowej odpowiedzialności, a pójdzie za nową rolą z zupełnie neofickim, wręcz szalonym oddaniem. Stanfordzki eksperyment dr. Zimbardo z 1971 roku pokazał jak niestabilne jest nasze superego, i jak ślepo mu ufamy, dopóki nie znajdziemy się w sytuacji granicznej. Na nic więc zdają się badania kwalifikacyjne kandydatów.
Na nic ocenianie ich kwalifikacji moralnych i zdolności do podporządkowywania się oraz odporności na świadomość, że ma się władzę nad innymi. Ciemne okulary, które nosi Archer (jak wszyscy strażnicy) są w jego przypadku emblematyczne. Zasłania się nimi przed wzrokiem więźniów. Mimo wszystko boi się spojrzeć im w oczy. Co ciekawe został wybrany na strażnika poprzez rzut monetą, a chciał zostać przecież więźniem. Taka submisyjna postawa pojawiła się u większości kandydatów. Bali się władzy, jakby instynkt podpowiadał im, że taka sytuacja ich radykalnie zmieni. Może błędem było więc arbitralne zadecydowanie przez pomysłodawców eksperymentu, żeby uczynić strażnikami tych, którzy tego nie chcieli? Archer od samego początku daje się zwieść nowej roli. Wchodzi w nią cały, co pociąga za sobą brutalne konsekwencje. Staje się niebezpiecznym strażnikiem, podłym, bezwzględnym i zdolnym do wszystkiego podnóżkiem szefa tego udawanego więzienia. On jednak nie udaje.
Sean Nokes (Kevin Bacon), Uśpieni (1996), reż. Barry Levinson
Dziecięce koszmary z przemocą, które w dzieciństwie miały nieszczęście się urzeczywistnić, to jedyne koszmary, które są na tyle silne, że zmieniają resztę życia, ale w tej jedyny sposób dotykający natury człowieka. Reszta przeżyć, nawet tych traumatycznych, nie zmieni u dorosłego raz ukształtowanego umysłu, w większości przypadków. Jako ludzie i tą granicę szaleństwa przeszliśmy w naszej historii. Oglądanie katów dzieci, i tych rodzinnych, i tych w formalnych rolach, które mają chronić młodych bo biologiczna rodzina tego nie umiała, jest szczególnie wstrząsające. Sean Nokes to potworny człowiek, a połączenie jego czynów z dość niewinną fizjonomią Kevina Bacona razi szczególnie.
W jakimś sensie film ten obnaża nasz stosunek do przemocy. Niby uznajemy ją za niedopuszczalną, ale tak nie potępimy strażnika brutalnego wobec mordercy-więźnia jak brutalnego wobec dziecka, nawet gdy jest ono skrzywione przedwczesnym łamaniem prawa. Twórcy filmu mieli tego świadomość. Wykorzystali przemoc podwójnie jako usprawiedliwioną i niedopuszczalną. Pokazali jaki świat może być relatywny. Jak zmienia się nasz punkt wartościowania w zależności od tego, gdzie jesteśmy, co przeżyliśmy i w co wierzymy jako konstytutywne dla osobistego pojęcia dobra. Czy zemsta na Nokesie coś zmieni? Truizmem jest pojawiające się w filmach tyle razy stwierdzenie, że odegranie się na wrogu nie da żadnego ukojenia ofierze.
Więc w takim razie po co karzące prawo? Ono w jakimś sensie też się odgrywa, tyle że zamiast nas. Takie umundurowane potwory jak Nokes powinny ginąć na różne wymyślne filmowe sposoby. Będzie to w jakimś sensie nieudolne, ale chociaż symboliczne, zadośćuczynienie fikcyjną ręką realnym ofiarom.
Kapitan Meissner (John Amos), Manly (Jordan Lund), Osadzony (1989), reż. John Flynn
Typowa więzienna sensacja, z typowymi postaciami. Jest zły naczelnik, jego prawa ręka w postaci kapitana Meissnera oraz Frank Leone (Sylwester Stallone), bohater o niezbyt czystym koncie, ale w fabule grający pozytywnego bohatera. Faktycznie można go polubić, zważywszy że przeciwko sobie ma naczelnika Drumgoole’a (Donald Sutherland) i oddanego swojej mundurowej roli psa Meissnera. Johna Amosa zawsze będę pamiętał z Księcia w Nowym Jorku, gdzie zagrał właściciela restauracji McDowells aspirującej do bycia drugim McDonaldem.
Jak długo jednak można być takim bezrozumnym psem? Na całe szczęście Meissner w porę się opamiętuje, zaś jego podwładny, Manly, to ktoś, kim dzięki swojej władzy z powodzeniem mógłby się stać kapitan. Manly jest na to jednak zbyt głupi. Postępuje szablonowo, a mimo to jego postać działa na nerwy. Nie da się jej zracjonalizować w czasie seansu. To znaczy, że twórcy filmu odnieśli sukces za pomocą bardzo prostych środków – zwykle odnoszą, chociaż Manly to idiota jakich mało. I to jest w ogóle gigantyczny problem brutalnych strażników w filmie. Ich bezrozumna przemoc zawsze graniczy z nieracjonalnym postępowaniem i zwykłą ludzką głupotą.
Może twórcy filmowi nie przejmują się zbytnio realizmem, tylko stawiają na uaktywnianie w widzach podstawowych etycznych instynktów. Ale w tyk akurat przypadku nie chciałbym, żeby John Amos grał zwyrodnialca, bo się po prostu do tego nie nadaje. Wystarczy, że można przez chwilę mieć o nim takie zdanie i się go bać, dopóki się rzecz jasna, nie uśmiechnie…
