Connect with us

Publicystyka filmowa

No i NA CO JESZCZE CZEKACIE, czyli skąd się wzięły SCENY PO NAPISACH?

W filmie NO I NA CO JESZCZE CZEKACIE odkrywamy, skąd się wzięła fascynacja scenami po napisach, które wciągają widzów w tajemniczy świat filmowy.

Published

on

No i NA CO JESZCZE CZEKACIE, czyli skąd się wzięły SCENY PO NAPISACH?

Coraz większa liczba widzów decyduje się zostać na sali kinowej aż do momentu, gdy przez ekran przewiną się już wszystkie napisy końcowe. Czy to rosnąca miłość do atmosfery ciemności, chłonięcia sztuki ruchomych obrazów i niechęci wobec powrotu do szarej rzeczywistości? Niejednokrotnie tak, ale powód długotrwałej obecności dziesiątek par oczu wpatrzonych w płynące do góry nazwiska aktorów, producentów czy speców od efektów specjalnych jest dużo prostszy: sceny po napisach. Dziś, głównie za sprawą filmów superbohaterskich, czekamy cierpliwie aż do zapalenia świateł na sali praktycznie po każdym seansie blockbustera albo dowolnego filmu, co do którego mamy choć cień podejrzenia, że coś może czekać na nas, gdy lista płac już się skończy.

Advertisement

Pójście na seans filmu spod znaku Marvel Cinematic Universe nierozerwalnie łączy się z pozostaniem do końca napisów, bo scenki po tyłówce pojawiają się tam właściwie zawsze. Podobną ścieżką podążyły wkrótce kolejne wielkie produkcje, jak Jurassic World: Upadłe królestwo (2018); coraz chętniej robi to też seria Szybcy i wściekli. Dzisiaj film, który nie jest niewątpliwie i jednoznacznie niszowy bądź artystyczny, może zawierać audiowizualny bonus dla widzów.

Jedni są zachwyceni, mogąc choć przez kilkanaście sekund dłużej pobyć w świecie swojego ulubionego dzieła, innych drażni swoiste poczucie niekompletności obejrzanego tytułu (bo skoro twórcy wrzucają jeszcze coś po napisach, to może po prostu nie umieli sensownie umieścić tego w samym filmie). Tak czy inaczej sceny po napisach nie są oczywiście autorskim pomysłem Marvela, bo pojawiały się już wcześniej przez wiele lat, w różnych formach i z różnych powodów.

Advertisement
avengers-post-credits-scene-1

Kadr ze sceny po napisach „Avengers” (2012)

Zanim przyjrzymy się pochodzeniu potyłówkowych sekwencji, kilka słów o samych napisach. Te nie są tak starym wynalazkiem, jak mogłoby się wydawać, i chociaż były w kinie obecne od dawna, to na szeroką skalę zaistniały dopiero w latach siedemdziesiątych, stopniowo zajmując miejsce rozbudowanych czołówek.

Widzowie raczej nie byli skłonni zostawać do samego końca, ale twórcom także specjalnie nie zależało na ich obecności. Protoplaści scen po napisach pojawili się jednak już wcześniej, przyjmując dwie postaci. Pierwszą było wyświetlanie listy płac jeszcze przed zakończeniem ostatniej sceny filmu, która stawała się swego rodzaju tłem. Zwykle nie było to nic zobowiązującego, jedynie nieznaczne przedłużenie dzieła i urozmaicenie dla oglądanej tyłówki, jak choćby w Ryzykownej grze (1960); filmowcy stosują czasem to rozwiązanie do dziś. Drugim zabiegiem poprzedzającym znane nam sceny po napisach były.

.. same napisy, a mówiąc precyzyjniej, zapowiedzi kolejnych filmów z serii. Za pierwszą produkcję, która posłużyła się takim specyficznym rodzajem zwiastuna uznaje się Pozdrowienia z Rosji (1963). Tam po liście płac pojawia się komunikat: „To jeszcze nie koniec. James Bond powróci w kolejnym thrillerze Iana Fleminga, Goldfinger”. Szybko stało się to nieodłącznym elementem następnych części przygód agenta 007, a jednocześnie dało początek pierwszej scenie po napisach, jakie znamy dziś.

Advertisement

Ta pojawiła się bowiem w parodii filmów szpiegowskich, a zwłaszcza serii o Bondzie, The Silencers (1966). W niej grany przez Deana Martina agent Matt Helm leży na łóżku z kilkoma skąpo odzianymi kobietami, a na ekranie pojawia się zapowiedź kolejnej części przygód bohatera (czym ten wyraźnie nie jest zachwycony). Owa scenka jest pierwszą „ponapisową” we współczesnym rozumieniu, ale ich rozkwit zapoczątkował film dopiero o trzynaście lat późniejszy — Wielka wyprawa Muppetów (1979). Tam tytułowi bohaterowie, podobnie jak obecni na sali widzowie, kończą oglądać film i toczą dyskusje na jego temat.

Po zniknięciu ostatnich napisów końcowych jeden z Muppetów, Zwierzak, krzyczy do pozostałych na sali (tej prawdziwej), by wrócili do domu, po czym pada zmęczony na ziemię. To sympatyczne mrugnięcie okiem do widza rozpoczęło boom na krótkie, dowcipne potyłówkowe sekwencje.

Advertisement

W latach osiemdziesiątych sceny po napisach zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu i zazwyczaj przyjmowały jedną (lub więcej) z czterech form: zabawnego gagu, przełamania czwartej ściany, przywołania wątku pobocznego nierozwiązanego w głównej fabule lub zapowiedzi kolejnej części serii. Jako że dominowały pierwsze dwa zabiegi, zdecydowana większość filmów korzystających z sekwencji po liście płac była komediami, na czele z Czy leci z nami pilot? (1980), Policyjną opowieścią (1985) czy Samoloty, pociągi i samochody (1987). Jedną z najsłynniejszych scen potyłówkowych była ta pojawiająca się w Wolnym dniu Ferrisa Buellera (1986), w której tytułowy bohater, zaskoczony obecnością widzów na sali kinowej, zapewnia ich, że film już się skończył i powinni oni udać się do domów — moment ten sparodiowany został zresztą w pierwszym Deadpoolu (2016). W omawianej dekadzie zaczęły pojawiać się też nieudane ujęcia (ang. bloopers), które kojarzone są chyba najbardziej z filmami z Jackiem Chanem [choć grzechem byłoby w tym miejscu nie wspomnieć o scenkach w podobnym stylu zawartych w zakończeniu Dawno temu w trawie (1998) czy Toy Story 2 (1999)].

Advertisement

Kolejne lata to kolejne sceny po napisach, mnożące się coraz szybciej. Choć wciąż były domeną głównie głośnych komedii, to ich zasięg gatunkowy stopniowo rozszerzał się. Po sekwencje następujące po liście płac sięgnęli choćby Richard Donner w Zabójczej broni 3 (1993) czy Kevin Smith w Sprzedawcach (1994); scenka pojawiła się nawet w thrillerze z Keanu Reevesem i Morganem Freemanem, Reakcji łańcuchowej (1996). Począwszy od Aladyna (1992), dodatkowymi materiałami zaczęła też posługiwać się wytwórnia Disneya, co trwa zresztą do dzisiaj. W filmie o perskim włóczędze nie mamy jednak do czynienia stricte ze sceną, lecz jedynie bonusem w ścieżce dźwiękowej — w tym przypadku jest to stylizowany na stand-up komentarz Dżina. Warto podkreślić, że choć niezbyt popularne, takie rozwiązanie od czasu do czasu bywało stosowane przez twórców i wcześniej, i później. Dodatkowe dźwięki można było usłyszeć już w Obcych – decydującym starciu (1986), a także w Gwiezdnych wojnach: części I — Mrocznym widmie (1999), które zakończyły opowieść o młodziutkim Anakinie Skywalkerze brzmieniem oddechu Dartha Vadera, zapowiadając to, co w odległej galaktyce niechybnie miało nastąpić.

https://www.youtube.com/watch?v=g8Dl4xB7hzY

Advertisement

Gdy nadszedł XXI wiek, zainteresowanie filmowców scenami po napisach utrzymywało się na względnie stałym poziomie (rocznie około pięciu największych produkcji pozwalało sobie na taki zabieg), a one same niezmiennie występowały w formach wspomnianych wcześniej, choć można by w tym miejscu przytoczyć kilka ciekawszych przykładów. Przykładowo w filmie Adrenalina (2006) po zakończeniu wyświetlania listy dialogowej fabuła zostaje przedstawiona w formie dwuwymiarowej gry wideo, w American Gangster (2007) główny bohater strzela do kamery, co jest nawiązaniem do prawdopodobnie pierwszego westernu, Napadu na ekspres (1903) Edwina S. Portera, natomiast znaczenie głosu słyszanego w tyłówce Projekt: Monster (2008) nadal nie jest stuprocentowo jasne — najpopularniejsza teoria głosi, że odtworzony od tyłu jest po prostu zapowiedzią kontynuacji. Rok 2008 to zresztą niezwykle ważna data w temacie scen po napisach. Wtedy miał bowiem premierę pierwszy film MCU o Iron Manie, który zapoczątkował złoty wiek scen po napisach.

Jak widać Marvel sekwencji potyłówkowych nie wymyślił, jednakże podejście studia do ich zastosowania różniło się od tego, czym dla filmowców były dotąd. Chociaż zdarzało się, że sceny po napisach w MCU wciąż były humorystycznymi, fabularnie mało znaczącymi dodatkami, jak choćby jedzenie szoarmy w Avengers (2012) czy taniec małego Groota w Strażnikach Galaktyki (2014), to komiksowe adaptacje w znacznej mierze postawiły na coś nowego: budowanie uniwersum. Fakt, dotąd po wielokroć stingers, jak czasem się je określa za oceanem, zapowiadały kontynuacje filmów, ale dopiero Marvel Studios postanowiło nie tyle sygnalizować wprost dalszy ciąg historii, co jedynie sugerować pojawienie się nowych bohaterów czy wątków.

Advertisement

A te niekoniecznie musiały być bezpośrednio powiązane z właśnie zakończonym filmem, czasem wręcz będąc nieczytelnymi dla kogoś, kto z marvelowskimi komiksami nie miał do czynienia (warto na przykład wspomnieć, że jedna ze scen po napisach Strażników Galaktyki 2, zapowiadająca nadejście Adama Warlocka, do dziś nie znalazła jeszcze swojego rozwinięcia w samych filmach).

Advertisement

MCU zaczęło budować wspólną przestrzeń dla swoich produkcji, łącząc pozornie dalekie od siebie historie i stopniowo sprowadzając je do wspólnego wielkiego finału: Avengers: Koniec gry (2019) — a wbrew tytułowi to przecież i tak jeszcze nie koniec. Widzowie dostawali nie tylko krótki zwiastun kolejnej części przygód swoich ulubionych bohaterów, ale także znak, że czeka na nich coś znacznie większego, bardziej ekscytującego i, w momencie seansu, być może jeszcze im nieznanego.

Na tym zasadza się cały fenomen scen po napisach, który obserwujemy dzisiaj. Kończąc seans Iron Mana 2 (2010), nie dostajemy zapowiedzi kolejnych przygód Tony’ego Starka, lecz Thora (2011). Po obejrzeniu Avengers: Wojny bez granic (2018) niezorientowany widz w ogóle nie wie, jaki symbol właśnie pojawił się na ekranie. I to rozbudza jego ciekawość, chce czekać na to, co będzie dalej, chce wiedzieć, kto dotąd nieznany pojawi się, by pomóc jego ulubionym bohaterom.

Advertisement

Za pomocą kilkunastosekundowych scenek Marvel zyskał całkowitą kontrolę nad niecierpliwym oczekiwaniem widzów i ich ekscytacją. Ludzie zaczęli analizować te krótkie sekwencje nie mniej skrupulatnie niż same filmy, powstały nawet specjalne kanały na Youtube i strony internetowe dedykowane właśnie temu (jak choćby What’s After The Credits?).

Dziś, choć liczebność scen po napisach poza MCU specjalnie nie wzrosła w porównaniu z poprzednimi dekadami, to widzowie mają większą świadomość ich istnienia i częściej zostają na sali kinowej do samego końca. Fakt, wiele blockbusterów, zwłaszcza tych usiłujących zbudować własne uniwersa, jak Kong: Wyspa Czaszki (2017), umieszcza je po przewinięciu listy płac, ale to wciąż Marvel jest z nimi kojarzony. Nawet główny rywal studia, Warner Bros. ze swoim DCEU, nie poradził sobie z tym zadaniem, ale w tym wypadku wina leży raczej po stronie jakości samych filmów.

Advertisement

Trudno stwierdzić, jak długo w naszych głowach będzie gnieździć się myśl, że może lepiej zostać w kinie, aż tyłówka się skończy. Sceny po napisach mogą zaniknąć w świadomości widzów wraz z ostatecznym zakończeniem MCU w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale istnieć zapewne będą nadal, w takich formach, jakie tradycyjnie przyjmowały. Tylko czy ktoś będzie wtedy na nie czekał z taką ekscytacją jak na te z Avengers? Pewnie dopiero wtedy, gdy ktoś skonstruuje na tyle rozbudowany, przemyślany i wciągający kinowy wszechświat, by chcieć pozostać w nim choćby na dziesięć sekund dłużej.

Advertisement

W kinie szuka przede wszystkim kreatywności, wieloznaczności i autentycznych emocji, oglądając praktycznie wszystko, co wpadnie mu w ręce. Darzy szczególną sympatią filmy irańskie, science fiction i te, które mówią coś więcej o człowieku. Poza filmami poświęca czas na inną, mniej docenioną sztukę gier wideo, szuka fascynujących książek, ogląda piłkę nożną, nie wyrasta z miłości do paleontologii i zastanawia się, dlaczego świat jest tak dziwny. Próbuje wprowadzać do swojego życia szczyptę ekologii, garść filozofii i jeszcze więcej psychologii.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *