Publicystyka filmowa
NAJMNIEJ sympatyczni główni bohaterowie w FILMACH SCIENCE FICTION
Protagonista to nie antonim antagonisty, więc nie zawsze jest dobry.
Protagonista to nie antonim antagonisty. W praktyce jednak protagoniści, czyli postaci wiodące w fabule, odtwórcy głównych ról, są pozytywni, bo trudno jest nam widzom kibicować komuś złemu. Stąd protagoniści niekiedy utożsamiani są z dobrymi bohaterami. Podobnie jest z antagonistami – oni nie są ex definitione negatywni, lecz są tylko przeciwnikami głównego bohatera filmu czy też sztuki teatralnej. Moralność więc antagonisty i protagonisty zależy od ich relacji ustawionej w fabule. I tak skonstruowane jest to zestawienie. Są tu protagoniści, w większości pozytywni, lecz zdarzą się wyjątki.
Mało tego, główne postaci wspominanych produkcji niekoniecznie są miłe, zgodne z jakąś przyjętą przez nas z natury i wychowania, zachęcającą powierzchownością i emocjonalnością. A więc protagoniści, nawet będąc pozytywnymi postaciami, nie zawsze muszą dać się lubić. Jest to zabieg czasem celowy w filmach, a czasem efekt uboczny np. źle przewidzianego odbioru postaci u publiczności. Wiele zależy od nieprzewidywalnego gustu widzów oraz tego, jak dana postać weszła w relacje z aktorem ją grającym i światem przedstawionym.
Komandor J.J. Adams (Leslie Nielsen), „Zakazana planeta”, 1956, reż. Fred M. Wilcox
Owszem, uwielbiam tę produkcję. Tworzy niesamowity klimat podczas seansu i, co ciekawe, wciąż wygląda ciekawie stylistycznie. Tytuł niewątpliwie wyprzedził swoje czasy, chociaż największe zastrzeżenia można mieć do protagonisty, którego zagrał Leslie Nielsen. Tak naprawdę widzowie chyba nie są przyzwyczajeni do niego w młodej wersji i w kinie science fiction, które równocześnie nie jest komedią. Stąd może zgrzyt. Sympatyczny protagonista jest mianem, które nie pasuje do sztywnego i nieprzystępnego komandora Adamsa.
Postać ta dryg wojskowy przedkłada nad relacje z innymi postaciami na planie, nawet z kobietami. Czuć chłód w charakterze Adamsa, którego nic nie jest w stanie pokonać. Dlatego przy całej doskonałości Zakazanej planety niesympatyczny Nielsen jest jej najsłabszą stroną.
Wikus Van De Merwe (Sharlto Copley), „Dystrykt 9”, 2009, reż. Neill Blomkamp
Neill Blomkamp nie jest reżyserem, który przejmowałby się nazbyt wytartymi i standardowymi ścieżkami, którymi chadza większość reżyserów. Z pewnością dlatego udało mu się nakręcić tak znane i zapisane w historii kina filmy, chociaż im bliżej współczesnych czasów, tym bardziej można zauważyć, że Blomkamp nie ustrzegł się puszczania oka do typowego blockbusterostwa. Zobaczymy, jak będzie z Dystryktem 10. Co zaś do Wikusa, swoją niewątpliwie nieprzysiadalną osobowość aktorską zostawił w tej postaci Sharlto Copley. Wikus jest na wskroś negatywnym protagonistą, lecz przechodzi zmianę osobowościową i moralną, jednak idzie to w parze z fizyczną przemianą w obcego, który nazywany jest przez ludzi krewetką.
Dlatego, mimo że Wikus staje się dobrym protagonistą, wciąż pozostaje niezbyt sympatyczny i z pewnością nie ma szansy na stanie się tym elementem wyobraźni u widza, który by namawiał go do stania się tą filmową postacią.
Jake Sully (Sam Worthington), „Avatar”, 2009, reż. James Cameron
Całe lata się zastanawiam, co jest z nim nie tak, i bynajmniej nie jest to wina Sama Worthingtona, lecz właśnie pośrednictwa awatara, którym postać odgrywana przez aktora się staje, żeby wchodzić w interakcje z tubylcami Pandory. Awatar Sully’ego jest podwójnie obciążony jego nieporadnością w tworzeniu relacji z Na’vi, a na dodatek nie da się ukryć, że ograniczona efektami specjalnymi mimika ma tu ogromne znaczenie w odbiorze postaci. Istota wody tę sytuację znacznie poprawiła.
Widać na obliczach postaci, jak efektywnie pod względem odzwierciedlania ludzkiej twarzy przeszła swoją drogę sztuka mokeupu. Avatar z 2009 roku wciąż tworzy barierę dla percepcji widza, która – przekładana na emocje – buduje sympatię do postaci. Jake Sully jest zbyt mocno przesłonięty swoim awatarem.
Max Renn (James Woods), „Wideodrom”, 1983, reż. David Cronenberg
Mało jest takich reżyserów, którzy potrafią interesująco i wciągająco zaprezentować widzowi protagonistę, który absolutnie nie powinien być wzorcem postępowania. A na dodatek tak balansować na granicy obsceniczności, żeby widza nie zniechęcić tym, co bohater wyprawia, jednocześnie zaprezentować to najbardziej kontrowersyjnie jak się da. Takie umiejętności posiada David Cronenberg, a protagonista Wideodromu Max Renn to wyjątkowo niesympatyczna postać, pełna lęku, agresji, dewiacji; lecz te cechy tylko przyciągają widza, zaciekawionego, co stanie się w finale produkcji. Wybór Jamesa Woodsa był strzałem w dziesiątkę. Aktor posiada i talent, i powierzchowność idealne do odgrywania nietuzinkowych szaleńców.
Dr Dave Bowman (Keir Dullea), „2001: Odyseja kosmiczna”, 1968, reż. Stanley Kubrick
W pewnym sensie wytłumaczę Stanleya Kubricka teraz. Przede wszystkim nie zależało mu na stworzeniu ludzkich postaci, które zdominowałyby Hala 9000. Aktorzy w Odysei kosmicznej odgrywają raczej drugoplanowe role w stosunku do procesu czy też historii, której są niewielkimi i nic nieznaczącymi cząstkami, dlatego brakuje im osobowości, a to z nią wchodzi w relacje odbiorca filmu, z nią łączy swoje emocje, a poprzez nie zaczyna darzyć bohaterów sympatią.
Obawiam się, że najbardziej sympatyczną postacią w Odysei jest niestety Hal, ludzka załoga statku kosmicznego to zaś osobniki z poziomem zdolności do tworzenia sympatii na poziomie botów w grze komputerowej, które się bezlitośnie likwiduje, podbijając sobie statystyki.
Justine (Kirsten Dunst), „Melancholia”, 2011, reż. Lars von Trier
Patrząc na Kirsten Dunst, widzi się Justine i odwrotnie. To ciekawy związek między aktorką a odgrywaną przez nią postacią. Wolałbym jednak, żeby aktorka nie posiadała tak trudnej osobowości, jak jedna z filmowych protagonistek, wpisująca się swoim charakterem w całą trudność recepcji obrazu Larsa von Triera, opartego na analizie reakcji ludzi w obliczu zbliżającego się końca świata przez uduszenie. Brak tlenu przecież jest przyczyną zmian w zachowaniu, kłopotliwych dla otoczenia halucynacji, a potem niespiesznej, męczącej śmierci. Co z tego jednak, że zdajemy sobie sprawę, że to wszystko przez gwiazdę Melancholię. Justine i tak odbieramy jako histeryczną, psychopatyczną, nieobliczalną bohaterkę, której nie da się polubić.
Herbert West (Jeffrey Combs) i Dan Cain (Bruce Abbott), „Reanimator”, 1985, reż. Stuart Gordon
Przykład mieszanki horroru, czarnej komedii i fantastyki naukowej w najlepszym wydaniu, jakie tworzono w latach 80. Wymieniłem dwie postaci, Herberta Westa i Dana Caina, ale w niesympatyczności na pierwsze miejsce wysuwa się ten pierwszy. Jego kolega po lekarskim fachu jest nieco bardziej „niewinnej” urody i milszego zachowania. West natomiast to zadufany w sobie, szalony naukowiec, traktujący innych jak śmieci. Jego postać skonstruowana jest na zasadzie kombinacji najgorszych cech, łącznie z tymi szablonowymi, których nie lubi się stereotypowo – wątłej budowy, krzykliwy okularnik o psychopatycznych tendencjach.
A może Herbert West jest po prostu aspołecznym, skupionym na własnej pracy naukowcem? Dan Cain za to trochę ginie przy nim. Nie jest tak szalony, lecz brakuje mu zdecydowania i charyzmy. Nabiera jej o wiele zbyt wolno, żeby przebić Westa, tyle że to charyzma negatywna.
Dana Scully (Gillian Anderson), seria „X-Files”
Dla wielu atrakcyjna, niezależna, mądra, odważna, zdecydowana, wręcz dominująca – to cechy kobiecych bohaterek lubianych przez współczesne kino, a we wcześniejszych czasach, kiedy serial Z archiwum X zdobywał popularność, zapewne ceniona przez sukcesywnie rozrastające i dojrzewające męskie grono widzów. Są jednak skazy na tym wizerunku, bo w porównaniu z Foxem Mulderem Dana Scully była skłonna bardziej denerwować widza, burzyć mu obraz fabuły, który tak mozolnie swoimi koncepcjami wybudował jej partner z FBI. Niesympatyczność Scully więc na tym polegała, że próbowała cały czas kontestować pomysły Muldera. I to te najbardziej związane z obcymi, a więc równocześnie najbardziej interesujące dla widza.
Cornelius (Roddy McDowall) i Zira (Kim Hunter), „Planeta Małp”, 1968, reż. Franklin J. Schaffner
Sytuacja braku sympatyczności u Corneliusa i Ziry jest analogiczna do niesympatyczności Jake’a Sully’ego z Avatara. Produkcje dzieli kilkadziesiąt lat, lecz przyczyna tworząca problem pozostała taka sama – maska, czy to tworzona wirtualnie, czy nakładana na twarz aktora fizycznie. Mało tego, Cornelius i Zira to zwierzęta, a raczej nie jesteśmy jako przedstawiciele gatunku ludzkiego przyzwyczajeni i ewolucyjnie przystosowani do akceptowania, że inny gatunek nagle przejmie naszą funkcję. To nie jest sympatyczne, wręcz powoduje agresję na poziomie instynktownym.
Donnie Darko (Jake Gyllenhaal), „Donnie Darko”, 2001, reż. Richard Kelly
O ludziach sympatycznych mówi się, że wywołują przyjemne reakcje emocjonalne, są życzliwi, kontaktowi, pomocni i przychylni, rozumieją dużo i nie trzeba im wielu rzeczy tłumaczyć. Tego o Donniem Darko powiedzieć nie można. Już sam jego wyraz twarzy mówi wszystkim dookoła bardzo jasno, żeby trzymali się z daleka, bo mogą wziąć udział w dziwnych wydarzeniach, lub wręcz coś niebezpiecznego może się im stać. Takiego protagonisty nie da się polubić. Można go obserwować, analizować, dziwić się jego postępowaniu, lecz nic poza tym.
Donnie Darko jest postacią nadającą się na zajmujące dziesiątki tysięcy znaków rozważania o naturze ludzkiej psychiki oraz w tym przypadku związku postępowania bohatera z koncepcją upływu czasu, liniową lub zupełnie przeciwną takiemu postrzeganiu entropii.
