Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy science fiction, które najlepiej oglądać, NIE WIEDZĄC wcześniej, o czym opowiadają

Są takie filmy fantastyczno-naukowe, których uprzednia znajomość fabuły, mogłaby pozbawić je fabularnej magii.

Published

on

Filmy science fiction, które najlepiej oglądać, NIE WIEDZĄC wcześniej, o czym opowiadają

Tekst opublikowany pierwotnie 03.09.2023 r.

Są takie filmy fantastyczno-naukowe, których uprzednia znajomość fabuły, mogłaby pozbawić je fabularnej magii. Nie oznacza to oczywiście, że widz nie chciałby ich przez to obejrzeć, jednak gdzieś prysłaby cała tajemnica, suspens, twist, jakie zostały misternie zaplanowane przez twórców. Oczywiście w tak starych produkcjach, jak niektóre w tym zestawieniu, trudno mówić, że ktoś nie spotkał się chociażby z jakimś elementem ich fabuły, która przeniknęła do potocznego języka lub kultury potocznej. Z drugiej strony są takie produkcje SF, których wcześniejsza znajomość historii np.

Advertisement

z opowiadania, mogłaby je na tyle obedrzeć z tajemnicy, że każdy kolejny seans byłby już pozbawiony tych pierwszych emocji. Tak jest właśnie np. z Anihilacją. Zestawienie to jest więc kierowane raczej do widzów, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z ambitnym kinem fantastyczno-naukowym.

„Anihilacja” (2018), reż. Alex Garland

To jest właśnie ten film, którego treści lepiej nie znać. A to ze względu na kulminację historii. Nie, nie, zdania nie zmieniłem, że jest to jeden z lepszych obrazów fantastycznych, jakie widziałem w historii kina. Nie zmienia to jednak faktu, że wolno mi być wobec Anihilacji krytycznym, a to ze względu na kulminację historii, którą uważam za piętę Achillesa całej produkcji. Być może, nawet gdybym ją znał, nie dałbym się tak ponieść drodze bohaterek przez to „ciemne zwierciadło” innego świata, którą władają siły pierwotnej natury. Dlatego najlepiej doświadczyć tej tajemnicy i suspensu, nim doświadczy się rozczarowania, a może będzie zupełnie odwrotnie?

Advertisement

„Westworld” (1973), reż. Michael Crichton

Realizacyjnie daleko Westworldowi do współczesnego kina SF. Film jest raczej z tych, do których większość widzów nie będzie wracać, jak chociażby do Łowcy androidów. W produkcji Michaela Crichtona jest jednak owa magia jednorazowego kawału, który słyszany po raz pierwszy śmieszy najbardziej. Tutaj historia Dzikiego Zachodu może nie śmieszy jak brodaty lub abstrakcyjny żart, a zadziwia. Zadziwia, że w ogóle można było wpaść na taki pomysł – który się właściwie w gatunku nie przyjął. Amerykanie zachowali tu pewnego rodzaju pokorę, bo uznali, że ta część historii ich kraju nie nadaje się na świat przedstawiony w kinie science fiction, więc tej idei nie eksploatują, jak to robią np. z wojną atomową. No i osobliwością jest zobaczyć Yula Brynnera w roli… Gdybym to zdradził, złamałbym naczelną zasadę tego zestawienia.

„Aż na koniec świata” (1991), reż. Wim Wenders

Kto by spodziewał się kina science fiction po Wimie Wendersie? Fanów więc klasycznego science fiction znajomość fabuły wynikająca z opisów na portalach filmowych może nie zadowolić. Bo odnaleźć elementy science fiction będzie w fabule dość trudno. Dobrze jednak, jeśli widzowie się otworzą na ten rodzaj apokaliptycznej fantastyki, bo w fabule nie brak tajemnicy, akcji i ciekawych dialogów oraz fantastycznych zestawień irracjonalnych decyzji bohaterów z racjonalnym osądem, do którego przyzwyczaiło nas życie. Właśnie, życie. Fantastyka społeczna, psychologiczna jest również fantastyką, chociaż kiedy wielu widzów słyszy, że o czymś takim jest film, a futurologia nie jest im podana tak explicite, to natychmiast uciekają.

Advertisement

„Brazil” (1985), reż. Terry Gilliam

Terry Gilliam słynie z kina osobliwego, zaczepnego, mieszającego gatunki, czasem trudnego w recepcji. Brazil jest kinem multirodzajowym. Zawiera nieco fantasy, sensacji, komedii i science fiction. Dlaczego więc w tym przypadku nie polecałbym znać fabuły wcześniej? To znów taki przypadek, o którym wspominałem wcześniej, że pierwszy seans jest najważniejszy, chociaż i kolejne w tym przypadku cieszą niezmiernie.

Ten pierwszy, zwłaszcza jeśli nie znało się za dobrze kina Terry’ego Gilliama, gdy trafi na odpowiedni gust, wgniata w fotel wizualnie i fabularnie. Patrzy się na ten misternie skonstruowany świat i wydaje się on ludzki, a jednocześnie zupełnie obcy. Pierwsze jego doświadczenie przyprawia o zawrót głowy, a losy bohatera wydają się tak doskonale odzwierciedlające nasze zamknięte w głowach marzenia. Polecam ten pierwszy seans, bo każdy kolejny nie będzie już tak magiczny, chociaż warto do filmu wracać.

Advertisement

„High life” (2018), reż. Claire Denis

Córki dancingu

Gdyby zacząć wymieniać filmy, w których Robert Pattinson jest genialny, High life byłby jednym z nich. Sama fabuła opiera się zaś na dość już ogranych tematach, sklejonych ze sobą jednak w zgrabną i poruszającą całość. O ten efekt więc chodzi, a nie o utyskiwanie, że znów korporacja, inseminacja, izolacja w statku kosmicznym przypominającym bardziej atrapę niż poważne dzieło precyzyjnej technologii itp. Najbardziej poruszająca i fantastyczno-naukowa jest prezentacja rozmnażania człowieka, negująca emocje, stawiająca na bydlęcy chów rodem z najbardziej przebrzydłych ziemskich farm, żywiących przepełnioną planetę najgorszym mięsem. Ale i w takim środowisku potrafi się zrodzić coś, co się wymknie wszelkiej moralnej brzydocie. Jeśli chcecie zobaczyć co, obejrzyjcie ten film do końca.

„Stalker” (1979), reż. Andriej Tarkowski

Czy to jest film science fiction? Dla wielu widzów tak, dla wielu zupełnie nie. Wolą oni widzieć w nim kino psychologiczne, jakby miano SF oznaczało coś złego, jakąś deprecjację Tarkowskiego. Tak nie jest. Fantastyka ma wiele twarzy i przeszła od początku kina długą drogę. Tak jak Stalker. Lepiej jednak zbyt szybko nie dowiedzieć się, co jest na jej końcu. Generalnie filmy drogi, niezależnie od gatunku, zostały nakręcone po to, żeby jak najdłużej trzymać widza w niepewności, aż w końcu zagadka się rozwikła, albo i nie. Nie będę teraz zdradzał zakończenia Stalkera, ale warto poczekać, co kryje się w zonie. Warto nic o niej nie wiedzieć i np. skupić się na psie.

Advertisement

„Ciemna gwiazda” (1974), reż. John Carpenter

Zanim jeszcze John Carpenter nakręcił swoje największe dzieła, popełnił coś takiego jak komedia science fiction pt. Ciemna gwiazda. Film specyficzny i nie dla wszystkich, nawet jeśli są miłośnikami fantastyki. Nie do końca nazwałbym produkcję kinem fantastyczno-naukowym, chociaż zawiera jego elementy. Rozumiem, że dla wielu widzów nie do zniesienia będą montażowe dłużyzny, surrealizm w kosmosie, zrobiony ze śmieci instrument – na którym gra jeden z kosmonautów – prycze załogi oraz wyjątkowo niesforne bomby ze sztuczną inteligencją. Niespodziewanie John Carpenter nakręcił klasykę pastiszu fantastyki naukowej, który jest ciągle aktualny, chociaż zapewne dla niektórych zbyt dziwny, żeby okazał się interesujący.

„Niebo o północy” (2020), reż. George Clooney

Kiedy tylko myślę o dobrym, współczesnym kinie science fiction, od razu przypomina mi się Niebo o północy. Polecam więc je każdemu widzowi głodnemu emocji bez strzelania laserami i analiz, jak zaprogramować roboty tak, żeby przeszły test Turinga. To spokojna historia o ludzkich słabościach, które pokonywać uczymy się nieraz całe życie, a udaje się nam ta sztuka dopiero pod jego koniec. Technologia i kosmos są tu uzupełnieniem historii, tłem, tapetą, na której rozgrywa się opowieść.

Advertisement

Lepiej jej nie znać, bo twist kulminacyjny wtedy lepiej zadziała i może chociaż na chwilę wzruszy, jak „niebo o północy” – spoglądając na nie, można poczuć się nieco mniejszym niż za dnia w lustrach przemawiających do nas zadufanym w sobie głosem.

„Rollerball” (1975), reż. Norman Jewison

Wersja z 2002 roku w reżyserii Johna McTiernana nie ma już takiego punkowego i fantastycznego klimatu jak ta Normana Jewisona z połowy lat 70. To były czasy bardzo analogowe jeszcze, a kino science fiction posiłkowało się teraźniejszością w tworzeniu futurystycznych modeli na podstawie zupełnie znanych nam, nieraz zwykłych czynności i aktywności. Rollerball to nie science fiction o robotach i sztucznej inteligencji, lecz bardziej fantastyka społeczna i sportowa. To rodzaje SF mniej znane i poważane, sam film zaś niesamowicie mimo wszystko wciąga. Widza przykuwa do ekranu to połączenie futbolu na wrotkach, wyścigów motocyklowych i starć gladiatorów.

Advertisement

Znajomość tej fabuły jednak aż tak nie wciąga, tym bardziej, jeśli ktoś stara się ją opowiedzieć albo gdy czyta jej streszczenie. Lepiej w tę niesportową walkę zagłębić się z pozycji widza, nic o niej nie wiedząc.

„Za czarną tęczą” (2010), reż. Panos Cosmatos

ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #4

Fabułę tego filmu da się streścić albo niesprawiedliwie szkicowo, albo tak abstrakcyjnie, że będą to jedynie nic nieznaczące słowa, które ktoś może odebrać jako wyjątkowy przerost formy nad treścią. A chodzi o to, żeby swoimi własnymi zmysłami doświadczyć tego oniryzmu, wysmakowania kolorystyki planów zdjęciowych, napięcia w relacji między głównym bohaterem a bohaterką – relacji pan-niewolnica, niewolnik-pan jednocześnie. Wspominałem już o takich filmach, które pozostawiają coś w rodzaju piętna albo miłości, albo nienawiści. Z Za czarną tęczą tak jest. Lepiej nie znać jej fabuły więc, żeby nie ryzykować, że chociaż uzna się tę opowieść za genialną, to nie będzie się chciało do niej wracać.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *