Connect with us

Recenzje

BYĆ JAK STANLEY KUBRICK. Gorzka satyra na barani pęd do popularności i kariery

BYĆ JAK STANLEY KUBRICK to gorzka satyra na pogoń za popularnością, w której oszust z talentem zyskuje uznanie w artystycznym świecie.

Published

on

BYĆ JAK STANLEY KUBRICK. Gorzka satyra na barani pęd do popularności i kariery

Mimo nazwiska w tytule, to nie film o Kubricku. Wymieniane są tytuły, rozbrzmiewa muzyka, pojawiają się parodie pamiętnych scen, lecz historia Alana Conwaya to przede wszystkim gorzka satyra na barani pęd do popularności i kariery. Oszust używał sobie na wszystkich: początkujących muzykach, narcystycznych artystach i przebrzmiałych gwiazdach o wybujałym ego. Nabierał każdego, kto miał pieniądze, za cienkie plecy lub za mało talentu własnego, by samodzielnie dać sobie radę. 

Advertisement

– Co teraz kręcisz, Stan?
– Fantastyczny komediomelodramat przygodowy osadzony w przyszłości.
Super. A jak się nazywa?
– „Całonocne recepty”.

Kiedyś nie było problemu ze zgarnianiem profitów za powiedzenie o sobie, że się jest artystą filmowym. Nawet najmniejszego sortu. Jak żartobliwie wspominał dawno temu w znakomitych felietonach do „Cinemy” aktor Bene Rychter, kiedy za czasów Gierka czy Jaruzelskiego do miasteczka przyjeżdżała ekipa, to ojcowie otwierali lodówki, a matki wysyłały córki do kąpieli. Himilsbach i Maklakiewicz w kultowym Jak to się robi podawali się za literata i reżysera, co wystarczało, żeby Halina Kowalska (ta, którą Balcerek u Barei zwyzywał od artystek) mdlała na widok Maklakiewicza na ośnieżonym stoku Kasprowego Wierchu. Teraz takie gadki wystarczają na poziomie produkcji klasy C, D i aż do końca alfabetu. Lecz na początku lat 90. w Londynie pojawił się niejaki Alan Conway, były agent turystyczny, który wielu ludziom z różnych środowisk i profesji skutecznie wmówił, że jest samym Stanleyem Kubrickiem. Conway urodził się w 1934 roku jako Eddie Alan Jablowsky. Choć był rodowitym Brytyjczykiem, mówił o sobie, że jest polskim Żydem, który uniknął Holocaustu.

Advertisement

Ożenił się, miał syna, potem zmienił nazwisko i orientację seksualną. Pod koniec lat 80. jego partner zmarł na AIDS, agencję turystyczną szlag trafił, była żona zmarła, syna umieszczono w domu dziecka, a Conway zaczął staczać się w alkoholizm i patologiczne fantazje. Jedną z nich był Stanley Kubrick.

Znając prawdziwą historię stojącą u zarania scenariusza, trzeba przyznać, że podawanie się za Kubricka to dowód wyjątkowo zaburzonego mózgu. W swojej mistyfikacji Conway posuwał się do rażącej niekompetencji – nie znał w podstawowym stopniu filmografii Kubricka, bez mrugnięcia okiem mylił faktografię czy nazwiska i, co najważniejsze, absolutnie nie był do reżysera podobny. Słowem był antyprzykładem do tej roboty, a mimo to potrafił wielu ludziom wcisnąć tę bzdurę. Alan Conway upatrzył sobie genialnego reżysera z dwóch powodów. Pierwszym było nazwisko, przy którym śmiech zamierał na ustach, a mózgi skołowanych interlokutorów na przemian stawały w poprzek i produkowały taśmowe litanie pochwał i próśb o poparcie.

Advertisement

Perspektywa posiadania za przyjaciela największego z wielkich wówczas jeszcze żyjących mistrzów kina, skutecznie otwierała wszystkie drzwi i portfele. Drugi powód podsunął sam Kubrick, który, choć stawiał warunki największym amerykańskim wytwórniom, od początku lat 60. żył w odosobnieniu w podlondyńskich posiadłościach, kontaktował się tylko z rodziną i zaufanymi współpracownikami, kręcił filmy w tajemnicy przed mediami, a zdjęcia z jego podobizną stanowiły cenne trofeum. Wszyscy znali jego filmy, a zaledwie garstka wiedziała, jak Kubrick aktualnie wygląda.

Fantastyczny John Malkovich zrobił wszystko, by jego Conway budził wręcz obrzydzenie swoją nachalnie obnoszoną, oślizłą, galaretowatą, tanio wypindrzoną ciotowatością. No, ale jak ktoś podaje się za Kubricka, chętnie podamy mu rękę, choćby uścisk dłoni przypominał ugniatanie gówna. Patrzenie na czołobitność, łatwowierność i serwilizm kolejnych ofiar Conwaya przypomina śledzenie swego czasu popularnego reality show Wszystko o Miriam, gdzie kilku sunny-boyów smaliło cholewki do pięknej panienki, która jak panienka wyglądała, ale ze starannie ukrywanym męskim przyrodzeniem się nie rozstała.

Advertisement

Oni nie wiedzieli, widz owszem. Obserwacja tych z góry skazanych na porażkę podchodów prowokowała jednocześnie śmiech i zażenowanie. Także pogardę dla kiepsko ukrywanej chęci zwykłego przelecenia Miriam pod pozorem zgłębiania walorów jej osobowości. Kiedy w finale wyszło dosłowne szydło z worka, zwycięzca nie miał już ochoty na kontemplowanie umysłowych powabów niedawnego bóstwa. Wiadomo dlaczego. Zrobieni metodą „na Kubricka” zazwyczaj nie tracili materialnie aż tak wiele, bo i sam Conway był naciągaczem raczej skromnym. Tu drink, tam gotówka na wódę i fajki, jakiś drogi hotel, przyjęcie, przejazd limuzyną, ewentualnie czasem jakiś chłopaczek zaciągnięty na chatę.

Aby przeżyć kolejne dni, nie plamiąc się pracą. Rajcowało go robienie ludzi w balona za pomocą banalnie prostych sztuczek, których drugiego dna nie widziały zamroczone perspektywą obcowania z Kubrickiem miernoty. Przeżywał radochę z wywoływania wydłużonych min, wytrzeszczonych oczu, miękkich nóg i przede wszystkim otwartych portfeli. I to wszystko za pomocą dwóch słów, którymi się przedstawiał.

Advertisement

Komediowa forma filmu Briana Cooka, portretowanie Conwaya niemal jak niewinną ofiarę choroby psychicznej (takie połączenie Forresta Gumpa z Hannibalem Lecterem) nie przesłania faktu, że Conway czynił swój proceder bezwzględnie i bez skrupułów. Mniejsza o przekręty materialne, w których Conway – oprócz kilku wyjątków – nie przesadzał. Z dziecinną beztroską niszczył naturalne w sumie marzenia swych ofiar o sławie i bogactwie. Omamił nawet brytyjskiego piosenkarza Joe Longthorne’a, który w filmie nazywa się Lee Pratt. Jakby tego było mało, grający piosenkarza Jim Davison też swego czasu padł ofiarą Conwaya.

W ramach maksymy „Nie liczy się co wiesz, tylko kogo znasz” oferował chwilę spędzoną u boku Wielkiego Nazwiska, na moment troskliwie otulał iluzją wielkiego świata filmu, by następnie rzucić delikwenta o glebę. Delikwenta, który zdążył już poprzestawiać moralnie swój własny świat, zdążył swojemu dotychczasowemu szefowi powiedzieć „a mnie to lotto!”, zdążył wszystkim naopowiadać o przyjaźni z Kubrickiem, a potem został z tym bałaganem na grzbiecie, bo to zły Kubrick był. Alan Conway z jednej strony pozuje na wytrawnego prześwietlacza ludzkich słabości, na których wystarczy subtelnie zagrać dla żądanego efektu, a z drugiej jest pozbawionym moralności przebiegłym cynikiem, ścielącym swą drogę przetrąconymi psychikami. A trzecia strona jego psyche to bawiące się światem schizofreniczne dorosłe dziecko, robiące wielkie oczy na oskarżenia pod własnym adresem. Gdzie aktorska poza, a gdzie rzeczywista przypadłość?

Advertisement

Reżyser filmu nie rozwodził się nad nieszczególną przeszłością Conwaya, czyniąc z jego choroby psychicznej (lub tak intensywnego udawania choroby psychicznej aż do stanu jej rzeczywistego pojawienia się) zaledwie środek uwiarygadniający działania oszusta w Londynie. Reszta to niezła komedia, zakończona szelmowskim uśmiechem Alana Conwaya, który zabawił się kosztem wielu osób, został złapany, a i tak wyszedł na swoje. Ci, którzy znali prawdziwego Alana Conwaya potwierdzają, że był to człowiek bardzo nieszczęśliwy, a schizofreniczne konfabulacje to owoc tychże nieszczęść.

Conwaya droga w dół zaczęła się od zaczepienia Franka Richa, słynnego dziennikarza z New York Timesa. Rich z żoną sprawdzili wygląd prawdziwego Kubricka, skonsultowali się z prawnikami reżysera i rozpoczęli prasowe spekulacje. Prawdziwego Kubricka przypadek Conwaya bardzo zainteresował, w przeciwieństwie do Christiany Kubrick, przerażonej myślą o ześwirowanym dublerze jej męża. Oszust w 1995 roku poddał się skutecznej terapii alkoholowej. Pewnego dnia syn Alana odnalazł jego dziennik ze szczegółowym opisem kolejnej fikcyjnej osobowości. Conway zmarł 5 grudnia 1998 roku na zakrzepicę sercową, zostawiając synowi w spadku niespłacone długi, choć w testamencie szastał dziesiątkami tysięcy funtów. Stanley Kubrick zmarł trzy miesiące później.

Advertisement

Osobnym zajęciem podczas oglądania filmu jest wyłapywanie „kubrickizmów”, świadomie łatwo identyfikowalnych. Najważniejszym są osoby twórców. Reżyser Brian W. Cook i scenarzysta Anthony Frewin byli stałymi asystentami Stanleya Kubricka od lat 70. (Frewin jeszcze wcześniej, bo od połowy lat 60. i realizacji 2001: Odysei Kosmicznej). Pierwsze kadry angielskiej ulicy z dwoma średnio ubranymi młodymi ludźmi, w takt utworu z opery „Sroka złodziejka” Rossiniego, wystylizowano na Mechaniczną pomarańczę. W kolejnej scenie siedzący w fotelu dziadek pyta „Czy to ja, czy krzyżówka?” – w Full Metal Jacket pierwsze słowa Jokera brzmiały „Czy to ty, Johnie Waynie, czy to ja?”. Jednominutowe ujęcie z Conwayem idącym w dziurawych skarpetkach z domu do pralni, zabawnie zilustrowano motywem najodleglejszym skojarzeniowo z tak banalną scenką, czyli „Also sprach Zarathustra” z 2001: Odysei Kosmicznej.

Jeden z członków metalowej kapeli, kolejnej zbiorowej ofiary Conwaya, przypomina z twarzy młodego Malcolma McDowella. Jego uwaga o pirackich kopiach Mechanicznej pomarańczy odnosi się do surowo egzekwowanego zakazu rozpowszechniania tego filmu w Wielkiej Brytanii, wydanego przez samego Kubricka. Syntezatorowa wersja uwertury z „Wilhelma Tella” Rossiniego, oryginalnie ilustrująca przyspieszone harce Alexa z panienkami, tutaj została wykorzystana do raczej statycznej sceny robienia w balona taksówkarza, którego Conway naciągnął na kurs gratis, obiecując statystowanie w filmie. Z rozmowy dwóch gejów wychodzi na jaw, dlaczego HAL-9000 zabił astronautę Poole’a – bo obdarzony ciepłym głosem HAL to też gej, który chciał zostać z Bowmanem sam na sam.

Advertisement

Conway opowiada, że zrobi „3001: Odyseję kosmiczną” z… Johnem Malkovichem w roli głównej, oraz że w Spartakusie zagrała młoda aktorka Kirk Douglas (!). W kilku scenach zagrała Marisa Berenson, pamiętna Lady Lyndon z Barry’ego Lyndona (1975). Zdemaskowanie Conwaya przez piosenkarza Lee Pratta uzupełniła adekwatna muzyka Waltera Carlosa z początku Mechanicznej pomarańczy. Kiedy w sali szpitala psychiatrycznego Conway mówi, że jest Kubrickiem, jego psychiczni koledzy jeden za drugim wykrzykują, że to właśnie oni są Kubrickiem – to z kolei parodia wspaniałej sceny ze Spartakusa.

Pobyt Conwaya na odwyku zilustrowano piosenką z napisów końcowych Lśnienia. I jeszcze dwie ciekawostki. Współproducentem filmu był Luc Besson, zaś oryginalną muzykę i piosenki napisał i wykonał „kanadyjski Springsteen dla ubogich”, Bryan Adams.

Advertisement

Mimo nazwiska w tytule, to nie film o Kubricku. W jednej ze scen ktoś znajduje zdjęcie reżysera, lecz na ekranie jego podobizna się nie pojawia. Wymieniane są tytuły, rozbrzmiewa muzyka, pojawiają się parodie pamiętnych scen, lecz historia Alana Conwaya to przede wszystkim gorzka satyra na barani pęd do popularności i kariery. Oszust używał sobie na wszystkich: początkujących muzykach, narcystycznych artystach i przebrzmiałych gwiazdach o wybujałym ego. Nabierał każdego, kto miał pieniądze, za cienkie plecy lub za mało talentu własnego, by samodzielnie dać sobie radę.

Wykorzystując ludzką naiwność, Alan Conway sprzedawał pięciominutowe marzenia. Niestety, kac po przebudzeniu trwał dużo dłużej. Lecz powiedzmy sobie szczerze – świadomość kaca jakoś nie odstrasza od otwarcia butelki.

Advertisement

Tekst z archiwum film.org.pl (21.03.2007).

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *