Publicystyka filmowa
NAJLEPIEJ obsadzone postaci SERIALOWE
Dobrze obsadzone role w serialach wcale nie muszą być kultowe.
Kultowych seriali było tak wiele, a do zapełnienia jest tylko dziesięć miejsc. W pierwszym odruchu chciałem dać Pedro Pascala z The Last of Us, ale z decyzją poczekałbym jeszcze na kolejny sezon. Co do reszty wyborów, są wśród nich pozycje sentymentalne, są też nowsze, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Niewątpliwie większość z nich zyskała już status kultowych elementów filmowej popkultury, no może z wyjątkiem Steve’a Carella z The Office, co nie odbiera mu statusu świetnie obsadzonej roli w serialu. Tworząc takie zestawienia, powinno się mieć poczucie upływającego czasu i zmian, które na przestrzeni lat zaszły w podejściu do historii opowiadanej w serialowej formie. I takie miałem, upewniając się, że nie był to czas stracony dla sztuki filmowej.
Steve Carell jako Michael Scott w „The Office”
Steve Carell znany jest nam głównie z ról komediowych, lecz zastanówmy się, na czym ta komediowość w wielu przypadkach polega. Carell jest śmieszny, nieporadny, lecz często męczący, wręcz stalkujący, o osobliwych zainteresowaniach, które są trudne do zaakceptowania przez większość ludzi, i skłonności do kompulsywnych zachowań, żeby osiągnąć swoje cele nerwicowca-natręta. Michael Scott jest podobny – to nie jest zły człowiek, lecz cechuje go niestandardowy konstrukt psychiczny, którego wielu ludzi nigdy nie będzie tolerować we własnym otoczeniu. Trudno więc o inny wybór do jego roli niż Steve Carell – alter ego Michaela Scotta.
Peter Dinklage jako Tyrion Lannister w „Grze o tron”
I stało się coś niesamowitego, czego życzyłby sobie każdy pisarz, który myśli racjonalnie, a jego talent podąża za współczesnymi mu zdobyczami techniki przekazu informacji. Pisanie i czytanie to również przekaz informacji. Dbający o poszerzanie grona odbiorców pisarz powinien chcieć wykorzystać do promocji swoich dzieł media, np. takie jak film. Ta niesamowita rzecz, która się stała w przypadku Tyriona Lannistera, polega na tym, że Peter Dinklage stworzył tak doskonałą kreację, że teraz każdy, kto zna prozę Martina, będzie myślał o Tyrionie właśnie poprzez aktora, który go odgrywał.
Co do mnie, to obejrzałem serial dopiero po lekturze serii „Pieśń lodu i ognia” i mimo wszystko dzięki Dinklage’owi zweryfikowałem swoje wyobrażenie postaci Tyriona, które sam sobie stworzyłam na podstawie tekstu.
Bruce Willis jako David Addison w „Na wariackich papierach”
Bruce Willis na początku kariery próbował komedii, aż na stałe osadził się w kinie sensacyjnym jako jedna z jego ikon wspominana do dzisiaj za role m.in. w Szklanej pułapce, Polu rażenia czy Szakalu. Karierę w filmach akcji przekładał mniej zobowiązującymi rolami w komediach, dramatach i fantastyce. Nie zapominajmy jednak, że drzwi do kariery otworzył sobie postacią Davida Addisona w Na wariackich papierach. Był klaunowską przeciwwagą dla Cybill Shepherd, tej poważnej części ich duetu.
To jednak nie oznacza, że rola Addisona to jakaś farsa, wygłupy i pastisz zawodu detektywa. Dla młodego Willisa wtedy było to najlepsze wyjście. Wykorzystał swoją energię, żeby dać postaci Davida tę lekkość i nonszalancję, które pamiętamy jako najważniejsze elementy tworzące niepowtarzalny klimat serialu. Dlaczego nie ma go w żadnym z popularnych serwisów streamingowych?
Steve Buscemi jako Edward Shitshoveler w „Cudotwórcy: Wieki ciemne”
Motto Shitshovelerów brzmiało chyba jakoś tak: Zawsze, wszędzie, nawet dużą. Rewelacyjny tekst, obrazowo prezentujący fach zbieraczy główna w tzw. wiekach ciemnych. Głową biznesu był oczywiście Edward, a ducha w niego tchnął Steve Buscemi. Aktor to niesamowicie zręczny, giętki, z mnóstwem wyrazów twarzy tworzonych niemal na zawołanie. Trudno go sobie wyobrazić w głównej roli, chyba że jest częścią jakiegoś teamu. Taki jest niestety los aktorów charakterystycznych – ich talent marnuje się, jeśli jest wystawiony na pierwszy plan – marnuje się, a może i jest w stanie zmęczyć widza swoją osobliwością.
W przypadku Edwarda oczywiście można by było wyobrazić sobie w tej roli innego aktora charakterystycznego – byle miał dziwny głos, był chudy oraz nieco paralityczny. Tu jednak nie o to chodzi. Edwardem został Buscemi i jest w tej skórze autentyczny, jak postać wyjęta z wieków ciemnych.
Ian McShane jako LoveJoy w „LoveJoy”
Ian McShane powrócił dla szerszego grona widzów w serii John Wick. Ci starsi jednak mogą pamiętać jego zgoła inną twarz, która długo była jego drugą skórą artystyczną. Nie był za jej maską mordercą, nie był też aż tak dystyngowany jak Winston Scott. Był za to niezwykle ciepłym handlarzem antyków z niesamowitym szóstym zmysłem w rozpoznawaniu, co jest warte sprzedaży, a co jest zwykłym falsyfikatem. Młodsza twarz Iana McShane’a dobrze pasowała do tej osobowości filmowej, gdyż z natury było na niej wypisane pewnego rodzaju szelmostwo, ale nie takie stricte podłe, lecz nietuzinkowe, dowcipne oraz szalenie ujmujące. Taki sprzedawca mógł wcisnąć klientowi wszystko, nawet zestaw niepotrzebnych garnków.
Richard Dean Anderson jako MacGyver w „MacGyver”
Po latach docenia się bardziej takie role, głównie dlatego, że powstają nowe wersje z innymi aktorami. Wtedy ma się porównanie i nie tylko sentyment decyduje o tym, że te dawne się lepiej ocenia. W przypadku postaci MacGyvera trzeba było znaleźć aktora lekkiego, charakteryzującego się delikatnością i brakiem typowo męskiej, bezrozumnej brutalności, a z drugiej strony charyzmatycznego i sprawiającego wrażenie silnej osobowości, zdolnej do bycia superbohaterem. MacGyver przecież nie używał broni, chociaż potrafił robić innym ludziom bolesne rzeczy, niekoniecznie ich zabijając. Richard Dean Anderson okazał się idealnie zbalansowany, jeśli chodzi o agresję i delikatność. Najnowszy zaś MacGyver, a więc Lucas Till, jest już wyłącznie delikatny.
Max Wright jako William Tanner w „Alf”
Alf jako postać niezwykle wyrazista, krzykliwa i krnąbrna, potrzebował jakiegoś zrównoważenia w człowieku, żeby widzowie czuli się bardziej docenieni jako ludzie. To musiał być ktoś osobowościowo przeciwny Alfowi, czyli bardziej skryty, spokojny, o gołębim sercu, żeby znieść te wszystkie wyczyny włochatego kosmity. Mało tego, fizyczny wygląd takiego osobnika musiał być dopasowany do dobrotliwego charakteru. William Tanner więc został takim trochę dobrym wujkiem, podstarzałym tatuśkiem, niezbyt atrakcyjnym, wyłysiałym mężczyzną w sile wieku, który trochę znudził się już swoim życiem, więc zaczął patrzeć w gwiazdy. A tu niespodziewanie do jego garażu wpadł kosmita Alf i dał Willowi nową motywację do życia. Przygoda zaczyna się po pięćdziesiątce. Max Wright został idealnie dopasowany do tej roli ojca rodziny.
Kevin Spacey jako Francis Underwood w „House of Cards”
Teraz, po latach, możemy sobie trochę pogdybać, na ile postać Underwooda jest komplementarna z osobowością Kevina Spaceya? Underwood to żądny władzy polityk, który się nigdy nie cofa. Nie mają znaczenia dla niego zasady moralne. Ma znaczenie tylko jego wola, chcenie, decyzja, żeby siebie zaspokoić. Ludzie stojący mu na drodze są jedynie środkami do celu. Mogą się przydać zawsze, a jeśli przydatność będzie oznaczała śmierć, to również taki człowiek się przed nią nie cofnie.
A jak jest z Kevinem Spaceyem? Dostosował się do roli idealnie. W życiu również robił, co chciał, lecz już z taką łatwością jego postępowania nie jesteśmy w stanie ocenić. Popatrzmy jednak na tę wspaniałą, groźną dla emocji widza rolę Francisa Underwooda.
Telly Savalas jako Kojak w „Kojak”
Jestem ciekawy, jak duża część populacji odbiorców Kojaka potrafi wymienić inne role Telly’ego Savalasa. Dla nich (jak i dla mnie) Theo Kojak to Savalas, Savalas to Theo Kojak. Łączyło ich wszystko – greckie pochodzenie, wrażliwość skryta pod szorstkim obyciem, ogromna wiedza o zachowaniu człowieka i siła, którą niewątpliwie miał, jeśli chodzi o ciało. Poza Kojakiem Savalas zagrał Blofelda w jednym z filmów o Bondzie (W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości), sadystę Maggotta w Parszywej dwunastce, sierżanta Wielkiego Joe w Złocie dla zuchwałych, lecz zawsze pamiętać go będziemy z Kojaka z łysiny i okrągłych lizaków.
Don Johnson jako Sonny Crockett i Philip Michael Thomas jako Ricardo Tubbs w „Policjantach z Miami”
Dobrze obsadzone w tym przypadku znaczy, że Sonny i Ricardo są postaciami zupełnie nierealnymi, jak z policyjnej mydlanej opery. Don Johnson i Philip Michael Thomas musieli więc dopasować się do tego kompletnego braku realizmu i świetnie to zrobili. Wyglądali i zachowywali się na planie jak chłopcy z policyjnego żurnala, którego egzemplarze obowiązkowo leżały w każdym klopie na podrzędnych komisariatach, żeby zwykli policjanci mogli sobie chociaż popatrzeć, jakie wyobraźnia może płatać figle, jeśli chodzi o mokre sny mundurowych. I to wcale nie zarzut. Za tę odjechaną koncepcję wyglądu, zachowania i postępowania gliniarzy będziemy kochać ten serial i uznawać go za jeden z najbardziej kultowych produkcji kryminalnych w historii telewizji.
