Publicystyka filmowa
Najbardziej PRZESADZONE momenty w filmach o JAMESIE BONDZIE
Jest ich znacznie więcej, dlatego uważam, że seria filmów o Jamesie Bondzie wielokrotnie zahacza o elementy science fiction oraz fantasy.
Jest ich znacznie więcej, dlatego uważam, że seria filmów o Jamesie Bondzie wielokrotnie zahacza o elementy science fiction oraz fantasy. James Bond to bohater absolutny – heros z nadludzkimi możliwościami. Dopiero tak naprawdę Daniel Craig uczynił Bonda bardziej ludzkim, śmiertelnym, aż w końcu udowodnił, że agent 007 potrafi umrzeć. Zajęło to twórcom jednak całe dziesięciolecia, tym bardziej jestem ciekawy, co będzie dalej. Jakim charakterem będzie James Bond po Danielu Craigu.
Nim jednak widzowie się tego dowiedzą, warto prześledzić, jak fantastycznymi wyczynami wybrukowana była ta droga do śmierci Bonda. Ile razy mógł zginąć, bo wydawało się to logiczne, ale jednak wychodził z tych wypadków oraz starć bez jednego zadrapania. Przesadzone więc w tym kontekście oznacza, pozbawione jakiegokolwiek realizmu, co pociąga za sobą kolejne cechy np. kiczowatość, słabą techniczną realizację itp.
Ratowanie życia gadżetami, „Casino Royale”, 2006, reż. Martin Campbell
Le Chiffre, kiedy uświadomił sobie, że może jednak przegrać, postanowił otruć Bonda. Truciznę o wdzięcznej nazwie „digitalis”, czyli skondensowany wyciąg z naparstnicy, wlała agentowi 007 do drinka kochanka antagonisty. Digitalis to substancja oddziałująca bardzo silnie kardioaktywnie na mięsień sercowy, więc Bond najpierw dostał tachykardii, potem arytmii, a następnie zatrzymania krążenia. Próbował się ratować płukaniem żołądka solą, a także zestawem, który miał ukryty w samochodzie. Wstrzyknął sobie lidokainę, która prócz właściwości miejscowo znieczulających (np. u dentysty), działa antyarytmicznie, lecz nie miał już siły podłączyć elektrod do defibrylatora.
Zrobiła to dopiero Vesper. O ile pamiętam, jeden strzał wystarczył i Bond już wstał na nogi, żeby grać. Musiał tylko zmienić koszulę. Przesada tej sceny polega na tym, że nikt nie wziął pod uwagę trucizny jako środka chemicznego obecnego we krwi Bonda, którego działanie nie kończy się z powodu elektrowstrząsu. Bond nie mógł więc nagle ozdrowieć. Lidokaina może wspomogła resuscytację, lecz nie zniwelowałaby tak szybko działania digitalisa.
Małpi gaj na żurawiach, „Casino Royale”, 2006, reż. Martin Campbell
Filmy o Bondach zwykle miały wspaniałe sceny otwierające, po których rozpoczynały się równie pamiętne czołówki ze szczegółowymi napisami. Casino Royale, które uważam za Bonda wszech czasów, pod tym względem również wypada rewelacyjnie. W prologu Bond ściga dosłownie do utraty tchu jednego z zamachowców wynajętego przez Le Chiffre’a. Ściga go tak długo, że widz zaczyna się zastanawiać, jak to możliwe, nawet na stałym lądzie, a co dopiero na wysokości. Przeskakiwanie po żurawiach, może i efektowne, wydaje się z perspektywy czasu mocno przesadzonym pomysłem.
Skok na bungee, „GoldenEye”, 1995, reż. Martin Campbell
GoldenEye jest najlepszym Bondem z Pierce’em Brosnanem, chociaż nie ustrzegł się naciąganych scen. W jednej z nich Bond skacze na bungee z jednej z najwyższych zapór w Europie. Tama w Verzasce ma 220 metrów, więc skok niewątpliwie był emocjonujący. Bond poradził sobie z nim, jakby wykonał takich skoków setki, i to właśnie z tej zapory. Sam skok oddany przez kaskadera to jeszcze nie wszystko, ale trafienie w platformę, zaczepienie w niej haka, żeby wyhamować, to inna kwestia. James Bond to nadludzko sprawny człowiek.
Bitwa na lasery, „Moonraker”, 1979, reż. Lewis Gilbert
Problemem tej sceny nie jest samo użycie laserów, ale sposób realizacji kosmicznego starcia. Przeciwnicy z racji otoczenia poruszają się niezwykle wolno, a strzelają paradoksalnie szybko i bez zastanowienia. Manewrują zupełnie bez sensu. Jest to najbardziej statyczna walka w kosmosie, jaką widziałem. Godna kina klasy B, a nie serii o Jamesie Bondzie.
Szybkość podrywu, wszystkie części serii
Seria o Jamesie Bondzie to jedne z najbardziej seksistowskich filmów, które jak na razie jednak skutecznie oparły się krytyce środowisk feministycznych. Warto jednak zauważyć, jak bardzo nierealna w stosunku do kobiet jest postawa Bonda – nierealna oraz jednocześnie przesadzona. Kobiety muszą być również niezwykle przerysowanie stereotypowe, żeby dawały się nabrać na sztuczki agenta 007, które wcale nie są w zakresie podrywu wyszukane. Naprawdę widzowie mają uwierzyć, że kobiety do łóżka zaciąga się ładnym ubraniem, pracą agenta obcego wywiadu i pieniędzmi? Może niektóre tak, ale ten sam model stosowany od kilkudziesięciu lat w serii już się zużył. Na szczęście Daniel Craig z nim efektownie zerwał. Stał się o wiele bardziej realnym Bondem jako człowiekiem.
Flaga na spadochronie, „Szpieg, który mnie kochał”, 1977, reż. Lewis Gilbert
Jest to sekwencja otwierająca, w której Bond ucieka przez zaśnieżone zbocza górskie przed napastnikami. Dwóch go goni aż do samej krawędzi, za którą rozpościera się już przepaść. Bond – jak przystało na tajnego agenta – jedzie do samego końca i skacze. Widać go jak na dłoni, gdyż ma na sobie żółty strój i czerwony plecak, co już samo w sobie jest kuriozalne. Najlepszy jest jednak skok. Bondowi odpadają narty. Robi w locie fikołka, aż w końcu otwiera spadochron, którego czasza ma wymalowaną flagę Wielkiej Brytanii.
Półsamochód, „Zabójczy widok”, 1985, reż. John Glen
Z tą sceną łączy się zabawna historia, została ona bowiem wymyślona przez koordynatora sekwencji kaskaderskich, pochodzącego z Francji Rémy’ego Julienne’a. John Glen jednak po francusku mówił szczątkowo, podobnie jak Julienne po angielsku. Nie mogli się dogadać, co do szczegółów, więc jedynym wyjściem były rysunki. I tak się zrodził pomysł, żeby Bond chwilę jeździł po Paryżu połową samochodu. A było to renault 11. Bond „pożyczył” taksówkę w pogoni za May Day. Najpierw auto straciło dach, a potem tylną połowę. A teraz zastanówcie się, jakim sposobem mogło dalej jechać?
Dlaczego Blofeld od razu nie rozpoznał Bonda? „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”, 1969, reż. Peter R. Hunt
Jeśli go faktycznie nie rozpoznał, w kontekście tego, co wiemy o nim z całej serii, to jest to mocne niedopatrzenie ze strony twórców. W tej części cyklu Bond i Blofeld spotkali się w ośrodku wzniesionym na wypiętrzającym się na wysokość 2970 m n.p.m. szczycie Schilthorn. W tym miejscu, w szwajcarskich Alpach, w bazie Piz Gloria Blofeld zbudował instytut zajmujący się badaniem alergii, a tak naprawdę programowaniem ludzi na przyszłych zamachowców. Bond udawał w tej części sir Hilary’ego, a Blofeld nie miał pojęcia, kim jest naprawdę jego gość, a przecież spotkali się twarzą w twarz już w Żyje się tylko dwa razy. Blofeld więc nie mógł zapomnieć. Mógł co najwyżej udawać, że zapomniał, ale w jakim celu?
Niewidzialny samochód i tsunami, „Śmierć nadejdzie jutro”, 2002, reż. Lee Tamahori
Dokładnie był to aston martin vanquish, który – jak dokładnie wyjaśniono w filmie – był wyposażony w urządzenie maskujące. System ten bazował na systemie współpracujących ze sobą kamer, które za pomocą projektorów wyświetlały obrazy zasłaniane przez karoserię auta od strony patrzącego. To sprawiało, że samochód był niewidoczny gołym okiem. Lepiej by jednak było napisać, że był trudniej dostrzegalny. Mam nadzieję, że prawidłowo opisałem ten gadżet, który jest jednym z najbardziej krytykowanych wynalazków MI6 dla Bonda w historii serii.
Śmierć Kanangi, „Żyj i pozwól umrzeć”, 1973, reż. Guy Hamilton
Na koniec scena, która miała być dramatyczna, lecz okazała się śmieszna. Twórcy przesadzili z efektami specjalnymi. Śmierć Kanangi przypomina pęknięcie zbytnio nadmuchanego balonu. Złoczyńca po krótkiej bijatyce z Bondem, rozgrywającej się częściowo pod wodą, zostaje przez agenta 007 zmuszony do połknięcia czegoś w rodzaju pastylki ze sprężonym gazem. Gaz wtłoczony pod ogromnym ciśnieniem wyrzuca złoczyńcę w górę, aż w końcu jego ciało pęka na setki kawałków. Problem w tym, że nie widać żadnej krwi, mięsa itp. Na planie wystrzelono tylko zwykłego manekina. Lepszym pomysłem byłoby pozwolić Kanandze eksplodować pod wodą.
