Publicystyka filmowa
Najbardziej INTELIGENTNI złoczyńcy z HORRORÓW
Odkryj NAJBAARDZIEJ INTELIGENTNYCH złoczyńców z HORRORÓW, którzy zaskakują sprytem w świecie strachu i grozy. Zaskakująca lista!
Chyba dla wszystkich kinomanów jest jasne, że złoczyńcy i potwory z horrorów zwykle nie grzeszą inteligencją, podobnie zresztą jak ich ofiary. Widać to najczęściej po ich sztandarowym zachowaniu – ofiary uciekają zawsze po linii prostej, nawet, gdy ściga je rozpędzone auto, a potwory zamiast atakować, najpierw muszą sobie pokrzyczeć, dając ofierze czas na ucieczkę (albo atak). Takie podejście do inteligencji bohaterów ma w horrorach uzasadnienie – prócz straszenia muszą one w pewnym sensie zapewniać rozrywkę. Widz nie może podświadomie czuć, że filmy grozy przedstawiają rzeczywistość.
Zdarzają się jednak postaci antagonistów nieco mądrzejsze niż inne. Co ciekawe, częściej występują w produkcjach sklasyfikowanych nie jako stricte horrory, co thrillery lub inne gatunki, w których zostały wykorzystane elementy potęgujące grozę. Rozszerzyłem więc nieco definicję gatunkową horroru dla celów zestawienia. Inaczej niewiele by inteligentów pozostało.
Peter Quint (Oliver Jackson-Cohen), Nawiedzony dwór w Bly (2020), twórca: Mike Flanagan
Z dość dużą rezerwą podszedłem do serialu, zwłaszcza po recenzji mojego redakcyjnego kolegi, Jana Dąbrowskiego, który skwitował produkcję stwierdzeniem, że zawiera ona „więcej amorów niż upiorów”. Kiedy jednak zacząłem ją oglądać odcinek po odcinku, zrozumiałem, że wcale nie potrzeba tam wyjadających mózgi zjaw, żeby poczuć typowo horrorowy niepokój. Duchy uwięzione w swoich uczuciach niespełnionych do końca miłości są równie straszne, a przoduje wśród nich Peter Quint.
Jest jedną z najinteligentniejszych postaci w serialu, a przy tym zarówno żywy, jak i martwy był jednakowo zły, egoistyczny, nigdy nie patrzył na innych, byle tylko wygodnie umieścić siebie w życiu. Zaś po śmierci, chcąc uciec piekłu niekończącego się przenoszenia do wspomnień rozegranych kiedyś w Bly i w życiu osobistym, posunął się nawet do morderstw. Jego ludzka, a nie potworna, jak to w horrorach bywało, powłoka jest dodatkowym atutem w postrzeganiu go jako nieprzeciętnie inteligentnego i podłego.
Pinhead (Doug Bradley), Hellraiser (1987), reż. Clive Barker
Metodologię, niezależnie co ona opisuje, mogą rozumieć i stosować wyłącznie jednostki wybitne.
Pinhead jako naczelny kapłan, przewodnik duchowy i administrator zakonu cenobitów okazał się niezastąpiony i niesłychanie kreatywny, gdy chodzi o metodykę zadawania cierpienia. Zalążki owych sprawności musiał zdradzać jeszcze, nim stał się szatańskim mnichem. Zapewne dlatego ciemne siły zwróciły uwagę na kapitana Elliota Spencera (Pinheada), osobnika, którego ziemskie życie na tyle nie zadowoliło i równocześnie wyczerpało, że przyjął na siebie rolę naczelnego sadomasochisty w piekielnym wymiarze. Inteligencja Pinheada, prócz zdolności organizacyjnych i przywódczych, przejawiała się również w tym, że to ofiary same lgnęły do zakonu, chciały cierpieć, pragnęły śmierci, chociaż nie zawsze ją otrzymywały. Dla niektórych przeznaczone było wieczne doświadczanie bólu, co według cenobitów niesamowicie rozwija duchowo.
Hannibal Lecter (Anthony Hopkins), Milczenie owiec (1991), reż. Jonathan Demme
Mistrz estetyzacji aktu przemocy, przez co stał się dość ambiwalentnie odbieranym złoczyńcą czy też potworem w ludzkiej skórze.
Lecter poza tym nim kogoś zabił, starał się logicznie to uzasadniać, co wielokrotnie nosiło znamiona jego wielkiej, życiowej mądrości oraz gruntownego wykształcenia. Dlatego jako psychopata Lecter mimo wszystko potrafił funkcjonować w społeczeństwie dłużej niż inne zaburzone jednostki. Jego inteligencja potrafiła kontrolować falami narastający w nim lęk przed światem, znajdujący swoją kulminację i rozładowanie w mordowaniu i symbolicznym zjadaniu mięsa ofiar. Hannibal Lecter jest niewątpliwie strasznym symbolem grozy, chociaż nie ma w nim nic nadnaturalnego, jak to zwykle zdarza się w większości horrorów. Wreszcie, jest on niebezpiecznie sympatyczny, właśnie dlatego, że posiada niebywale rozwinięte płaty czołowe w mózgu.
Diabeł (Wojciech Pszoniak), Diabeł (1972), reż. Andrzej Żuławski
Nasza polska wizja diabła generalnie nigdy nie powalała wizualnie. Szatan najczęściej przybierał formę człowieka, i to dość zwykłego, bez żadnych cech stricte demonicznych, które można rozpoznać po wyglądzie. Polscy twórcy, tacy jak np. Andrzej Żuławski, starali się ubrać w maskę diabła coś więcej niż starożytnego demona.
W tamtych czasach, gdy jeszcze nie zgasło wspomnienie obnażającego nasz polski antysemityzm roku 1968, diabeł był doskonałym nośnikiem krytyki totalitarnych idei. Jako postać sugerująca, że jednostka może zaprowadzić sprawiedliwość za pomocą radykalnie pojętej przemocy, nawet gdy doświadczą jej jedynie naprawdę winni, stał się symbolem totalności, wszelkich radykalizmów, niezwykle inteligentnym wirusem, który wkraść się może do każdego, nawet mądrego umysłu. Za tę metaforykę Diabeł Żuławskiego został nagrodzony stopniem pułkownika i rozpoczął leżakowanie na półce w archiwum. Niedawno odszedł o nas Wojciech Pszoniak. Warto z tej okazji przypomnieć sobie, jak przebiegłym był władcą piekieł, chociaż szkoda, że bez krzty efektów specjalnych.
Jigsaw (Tobie Bell), np. Piła (2004), reż. James Wan
Mało w historii horroru jest takich filozofów, teologów, psychologów i generalnie specjalistów od kwestii ostatecznych. Mało jest również postaci równie strasznych, co nieprzeciętnie logicznych. Jigsaw w kwestii swoich egzystencjalnych wywodów jest bardzo spójny. Można mu zaufać, że poznał życie i chciał je przeżyć jak najlepiej i jak najprawdziwiej. W rzeczy samej, Jigsaw jest zwolennikiem i niewolnikiem prawdy. Chce zmusić innych wszelkimi możliwymi środkami, żeby również stanęli w jej świetle, niemal jak robili to kościelni spadkobiercy Jezusa w szeregach Inkwizycji czy inni religijni fanatycy np.
z Bliskiego Wschodu. Czy można więc nazwać Jigsawa prorokiem? W pewnym sensie tak. Piekielny z niego prorok, a zarazem techniczny geniusz. Spokojnie można by go zatrudnić w steampunkowej sali tortur ubiegającej się o jakiś rekord Guinnessa.
Dr Heiter (Dieter Laser), Ludzka stonoga (2009), reż. Tom Six
Świat horroru gore stracił niedawno Dietera Lasera – aktora o fizjonomii idealnie dopasowanej do grozy, jaką roztaczała wokół siebie postać doktora Heitera. Śmiało można powiedzieć, że Heiter jest jedną z najinteligentniejszych postaci w historii horroru, nie tylko ze względu na zdobyte wykształcenie oraz makabryczny eksperyment w formie ludzkiej stonogi, ale właśnie na to, w jaki sposób potrafił żyć i zachowywać się poza salą operacyjną.
Uchodził za człowieka na poziomie, przywiązującego uwagę do zewnętrznej ogłady, którą posiadają w tej formie jedynie ludzie o wysoko rozwiniętych zdolnościach refleksji i abstrakcji, a zasady są abstrakcyjne. Może też dlatego w głowie Heitera zrodził się szalony pomysł, żeby porzucić zaakceptowany przez większość faktyczny stan medycyny i jak to się mówi po korpoludzkiemu, wyjść z pudełka. Wyszedł najbardziej kontrowersyjnie, jak tylko mógł, wykorzystując ludzkie analno-fekalne lęki. Bo w Ludzkiej stonodze tak naprawdę nie przeraża cierpienie ofiar, a doświadczenie wstrętu połączenia ust z czyimś odbytem.
Henry Lee Lucas (Michael Rooker), Henry – portret seryjnego mordercy (1986), reż. John McNaughton
Czy ktoś jeszcze pamięta tę znakomitą rolę Michaela Rookera? Problemem wielu postaci złoczyńców w horrorach, thrillerach, a nawet filmach akcji jest to, że są spychani na drugi plan przez scenarzystów. Przez to wydają się instrumentami dla pierwszoplanowych bohaterów.
Mało tego, instrumentami niezbyt rezolutnymi. Rzadko kiedy reżyser dopuszcza do głosu złego na pierwszym planie i pozwala mu przemówić do widza. Większość filmów kręci się po to, żeby były etyczne, a tu niespodzianka. Henry Lee Lucas jako główny bohater Portretu seryjnego mordercy mruga do widza z poziomu zarówno mordercy kobiet, jak i pokrętnego obrońcy tej jednej. Tylko co jej finalnie zrobi? Pokocha na swój sposób czy zdekapituje?
Victor Frankenstein (Kenneth Branagh), Frankenstein (1994), reż. Kenneth Branagh
Kiedy byłem dzieckiem, nazywałem go legendą nowoczesnej chirurgii. Pewnie uważałem, że to, co wyprawiał z martwymi ciałami, będzie niedługo możliwe. Dzisiaj wydaje się, że szybciej osiągniemy ten poziom zaawansowania, na którym ciało człowieka będzie modyfikowane elementami sztucznymi, a nie budowane od nowa z elementów pobranych ze zwłok. Wracając do Victora, raczej nikt nie ma wątpliwości, że był inteligentny, ale czy mądry, roztropny i co najważniejsze – dobry? Odnosząc się do literatury, powiedziałbym, że nie był zły, raczej przypominał desperata, który utracił percepcję granicy moralnej w eksperymentowaniu z ciałem człowieka.
W kinematografii z tego, co pamiętam, bywało z tym różnie. Victor pokazywany był nie tylko jako ofiara monstrum, które stworzył, ale również niebezpieczny szaleniec. W wersji Branagha szaleństwa w Viktorze jest o wiele za mało, żeby straszył. Szkoda.
Ksenomorf, Obcy – 8. pasażer Nostromo (1979), reż. Ridley Scott
Przetrwa w każdych warunkach ze względu na proces rozmnażania zawierający formy przetrwalnikowe i organizmy wymagające żywiciela do dalszego przepoczwarzania.
Ksenomorf jest połączeniem najlepszych zdolności i odporności zwierząt znanych nam z Ziemi. Teraz wydaje się to takie proste, gdy wiem, kto stworzył 8 pasażera, ale wtedy, przed Prometeuszem, gdy oglądało się kolejne części, kto się mógł tego domyślić? Żądni nierozwiązywalnych tajemnic widzowie chcieli wręcz podtrzymywać tę legendę niestworzoności Ksenomorfa, bo wydawał się im dzięki temu jeszcze bardziej potężny. A tu niespodzianka. David, twór naszego robotycznego geniuszu, sam zdołał zaprojektować Obcego. Chociaż wydaje się on maszynką do zabijania, jego zachowanie należy do wybitnie inteligentnych, zwłaszcza na pokładzie Nostromo.
Hrabia Dracula (Gary Oldman), Dracula (1992), reż. Francis Ford Coppola
Wydaje mi się, że nawet gdy był prezentowany jako niedorajda w przeróżnych filmowych pastiszach, to i tak zachowywał wystarczającą dozę wiekowej estymy, żeby uznać go za mądrego wampira.
Może nie brzmi to zbyt ładnie, lecz trudno nie nabyć ogłady i nie zdobyć wiedzy, gdy ma się na jej zgłębianie setki lat. Już samo to, a nie wrodzone zdolności, stawia wampiry wyżej niż ludzi. Stąd Dracula mógł tak długo przetrwać, rządzić ludźmi, polować na nich, aż w końcu potknął się, jak zresztą każdy niezależnie od ilorazu inteligencji, o kobietę. Jakież to banalne. Nikt jednak nie twierdzi, że taka nie jest prawda – a my za wszelką cenę chcemy uciec przed nią w kinową fikcję. W przypadku Draculi, podobnie zresztą, jak w kwestii Victora Frankensteina, nieprzeciętna inteligencja nie szła w parze z emocjonalną mądrością.
