Seriale TV

NAWIEDZONY DWÓR W BLY. Więcej amorów niż upiorów

Jedyna naprawdę przerażająca rzecz w tym serialu to metraż.

Autor: Jan Dąbrowski
opublikowano

To oczywiście kwestia nastawienia, ale po serialu z gatunku dramat/horror ze słowem „nawiedzony” w tytule można spodziewać się, że będzie się czego bać. Zwłaszcza że nie tylko jest tam stara rezydencja, lecz także snują się po niej duchy. Ale to nie one budzą grozę. Najstraszniejsza w Nawiedzonym dworze w Bly jest śmiertelna nuda.

Obsadowe koszmary

Serial bywa błędnie określany jako drugi sezon Nawiedzonego domu na wzgórzu, głównie przez to, że ma podobną obsadę. Powtarza się kilka nazwisk aktorów, z których najbardziej charyzmatyczna jest Carla Gugino. Niestety to wyłącznie narratorka, a na ekranie jest raptem kilkanaście minut. Za to mnóstwo czasu dostała Victoria Pedretti jako guwernantka Dani, która do Bly przyjeżdża, żeby pracować jako au pair, i ma zajmować się rodzeństwem: Florą (Amelie Bea Smith) i Milesem (Benjamin Evan Ainsworth). Trudno powiedzieć, czy Pedretti ograniczał scenariusz czy warsztat, ale poza okazjonalnym drżeniem warg i robieniem miny zbitego psa nie dostarcza zbyt wielu wrażeń. A powinna, bo to właśnie ona na tle innych postaci jest wulkanem emocji jako żywiołowa Amerykanka wśród drętwych Brytyjczyków. Tak w każdym razie się ją przedstawia. Reszta zespołu dbającego o dwór to ogrodnik Jamie (Amelie Eve), gospodyni Hannah (T’Nia Miller) i kucharz Owen (Rahul Kohli).

Najciekawsze w obsadzie serialu są dwa nazwiska, choć nie ze względu na zdolności. Pierwsze z nich to grająca Florę dziewięcioletnia Amelie Bea Smith. W jej aktorstwie nie ma nic nadzwyczajnego, ale część widzów może rozpoznać jej głos, bo dubbinguje Świnkę Peppę. Druga osoba warta wzmianki to zaliczający cameo narzeczonego Greg Sestero, czyli Mark z (nie)sławnego The Room Tommy’ego Wiseau. To najciekawsze, co można powiedzieć o obsadzie tego serialu.

Upiorne lenistwo

Nawiedzony dwór w Bly podobno luźno nawiązuje do opowiadań grozy Henry’ego Jamesa. Bardzo możliwe, ale serial wygląda jak ekranizacja bryka pt. „Horror retro – popularne schematy dla leni”. Wystarczy rzut okiem na wątki. Stary dwór – jest. Snujące się upiory – są. Dziwne dzieci – obecne. Wątek romantyczny – obowiązkowo. Sama obecność tych wątków nie świadczy o lenistwie, a raczej o trzymaniu się ram gatunku. Szkoda, że zamiast przepracować te elementy w ciekawy sposób, twórcy po prostu je odfajkowują.

nawiedzony dwór w bly netflix

Dwór jest stary, ale pięknie zachowany, więc mrok załatwiono niedoświetleniem ujęć bądź ich komputerowym zaciemnieniem, co wygląda paskudnie. Nie przyłożono się do budowania nastroju grozy, bo oszczędzanie na świetle nie wystarczy.

Upiorów są dwa rodzaje. Te starsze, snujące się w koronkach i z zatartymi twarzami, oraz te świeższe, czyli duchy niedawno zmarłych mieszkańców. Na nich zaoszczędzono, bo wyglądają tak samo, jak za życia. Zabrakło dramaturgii przy wprowadzaniu zjawisk nadprzyrodzonych, więc duchy – czy to w koronkach, czy w trenczach – po prostu się pojawiają. Nic nadzwyczajnego, serial o nawiedzonym dworze już na etapie tytułu zapowiada, że będą. Sztuką jest je tak wprowadzić, by nawet, kiedy widz się ich spodziewa, budziły emocje.

Dzieci (Flora i Miles) są dobrze wychowane i grzeczne, choć czasem złym zachowaniem odreagowują tragiczną śmierć rodziców. Poza tym co jakiś czas zaczynają się dziwnie zachowywać, jakby nie były sobą. I to akurat na początku robi wrażenie. Niestety mamy 2020 rok i powstały tysiące produkcji o dziwnych, opętanych albo demonicznych dzieciach, więc taki wątek, o ile nie jest znakomicie poprowadzony, bardzo szybko się nudzi. A Nawiedzony dwór w Bly ciągnie to po linii najmniejszego oporu przez prawie wszystkie odcinki, choć zagadka jest skandalicznie prosta i dość szybko można samemu połączyć kropki.

À propos łączenia. W tym serialu jest więcej par niż tajemnic. Dość szybko okazuje się, że większość scen będzie rozgrywać się w środowisku służby zajmującej się dworem. To zgrany zespół, wewnątrz którego tworzą się pary. Ich historie miłosne są najpotężniejszymi upiorami w serialu, bo z odcinka na odcinek coraz bardziej dominują pozostałe wątki, by na końcu nie było już niczego innego. Z jednej strony to urocze, że twórcy prawie wszystkie wątki muszą zakończyć tak uczuciowo, ale w takim razie serial powinien mieć tytuł Romantyczny dwór w Bly, żeby nie wprowadzać widzów w błąd.

Przeraźliwa nuda

Skoro jest tu więcej amorów niż upiorów, to przynajmniej miłośnicy romansów będą zadowoleni. Reszta już niekoniecznie, bo Nawiedzony dwór w Bly nie oferuje niczego innego. Wszystkie elementy zestawu obowiązkowego dla horroru można odfajkować, ale one nie dostarczają żadnych wrażeń. Dom jak dom, duchy jak duchy, dzieci jak dzieci.

Jedyna naprawdę przerażająca rzecz w tym serialu to metraż. Sztampową historię o nawiedzonym domu rozwleczono do dziewięciu godzin, choć scenarzysta z dobrym piórem i sprawny reżyser zmieściliby tę historię w stuminutowym filmie. Nie byłoby żadnych dłużyzn, a akcja rozwijałaby się na tyle prężnie, że byłoby mniej czasu na wyłapywanie schematów. Zamiast tego twórcy wysmażyli dziewięć dłużących się niemiłosiernie odcinków, z czego bronią się dwa (piąty i ósmy), i to tylko dlatego, że są inne od reszty. Pozostałe siedem odcinków snuje się jak upiory po strychu i nie ma nic do powiedzenia.

Nawiedzony dwór w Bly okazał się przewrotnym serialem. Z pewnością nie udało się w nim wiele rzeczy – wątki nadprzyrodzone, budowanie atmosfery, aktorstwo, dramaturgia. Ale ostatecznie nie można uznać go za serial całkowicie daremny. Bo jeśli w dziewięciogodzinnym horrorze o nawiedzonym domu najciekawszy jest wątek romantyczny, to jednak coś się udało.

Ostatnio dodane