Connect with us

Publicystyka filmowa

KOMEDIE, które tak naprawdę są HORRORAMI

KOMEDIE, które tak naprawdę są HORRORAMI ujawniają mroczne oblicza humoru, gdzie śmiech splata się z grozą i niepokojem. Odkryj zaskakujące powiązania!

Published

on

KOMEDIE, które tak naprawdę są HORRORAMI

Komediowy horror to jedna z najbardziej grzesznych kinowych przyjemności, bo nakazuje się śmiać z grozy oraz makabry, nierzadko przełamując tabu „dobrej zabawy”. Ale i w zwykłych komediach łatwo można znaleźć rzeczy, od których włos może stanąć dęba – z pozoru ginące pośród kolejnych udanych żartów i wzięte w oczywisty nawias zgrywy, ale po bliższym przyjrzeniu się będące w istocie niepokojące.

Dzień świstaka

Koszmar jednostki. Robota, której wolelibyśmy nie wykonywać, w miejscu, którego nie cierpimy, i z ludźmi, którzy są nam w najlepszym razie obojętni. Dla wielu to smutna codzienność, która jednakże sprowadza się do pewnej samopowtarzalnej rutyny i powracających jak bumerang momentów lub mijanych twarzy, które z czasem trudno od siebie odróżnić, a co dopiero zapamiętać. Dla pracującego w telewizji Phila Connorsa ta alegoria rzeczywistości staje się jednak dosłowna, gdy śnieżyca zatrzymuje go w małej mieścinie, do której pojechał tylko po to, aby na żywo nadać raport o corocznym, tytułowym święcie.

Advertisement

Na wszystko to ma oczywiście wywalone, a dodatkowo wkurza go niedająca się poderwać nowa producentka. A tymczasem zmuszony jest przeżywać ten sam dzień każdego następnego dnia i następnego, i następnego… Nic dziwnego, że Philowi w końcu puszczają nerwy i zanim decyduje się na zmianę własnego nastawienia do zaistniałej sytuacji, zaczyna serię samobójstw. Ale i te nie stanowią wyjścia z sytuacji… Nic też dziwnego, że ten szkielet fabularny kino potem wielokrotnie przemieliło, także pod postacią autentycznego horroru (Śmierć nadejdzie dziś).

Dzień świra

Nieco inny dzień, ta sama groza. Adaś Miauczyński nie tkwi co prawda w powtarzającej się czasoprzestrzeni, ale nie musi. Codzienność i jej niezmienność oraz stos nawyków i przyzwyczajeń zrobiły swoje – jego życie jest jednostajne, składające się z podążających za sobą zdecydowanie zbyt szybko, jednakowych dni, różniących się od siebie co najwyżej drobnymi szczegółami, z których większość naszego bohatera denerwuje.

Advertisement

A śmierć coraz bliżej… Pod wieloma względami jest to więc obrazek jeszcze bardziej przerażający, mimo iż równie śmieszny. Nie jest on wszak fantazją czy aluzją, a jego bohater nie przebywa drogi i nie zostaje zbawiony. Wszystko jest, jakie jest, a jest dokładnie takie samo za oknem. To szpila wbita wprost w nasz społeczny system, z którego nijak nie potrafimy się wyrwać – ani jako naród, ani jako jednostki. Strzykawka prawdy, lecz zapodana w taki sposób, żeby przede wszystkim bawiła, a nie przerażała. I stanowiła przestrogę dla przyszłych Adasiów. Fakt, iż jest ona najprawdopodobniej iluzoryczna, jest w tym wszystkim najbardziej koszmarny.

Kevin sam w domu

Przy n-tej z rzędu świątecznej powtórce tego nieśmiertelnego hitu zapewne każdy nie raz dostrzegł makabrę ubraną w familijną rozrywkę z happy endem i wigilijnym przesłaniem. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o wyjątkowy pech dwóch złodziei-nieudaczników, którzy w prawdziwym świecie skończyliby w kostnicy już po kilku pierwszych, jakże bolesnych gagach. No cóż, zasłużyli sobie. Kto straszy dzieci, okrada domy podczas nieobecności wybyłych na święta właścicieli i dodatkowo zalewa je wodą, ten zasługuje na lekcję pokory i obite kości. Prawdziwy horror kryje się tu jednak w osobie małoletniego głównego bohatera.

Advertisement

Kevin McCallister jest czarną owcą licznej rodziny, która wydaje się go szczerze nie cierpieć – zwłaszcza że czego by się nie dotknął, to mu to nie wychodzi (pisząc delikatnie). Mamy zatem do czynienia z wyobcowaną pośród własnej krwi jednostką, która jest tak bardzo samotna, że aż wypowiada życzenie straszne samo w sobie – aby tak wszyscy zniknęli. I to się dzieje. Kevin zostaje naprawdę sam, bo… rodzice o nim zwyczajnie zapomnieli. Dzieciak szybko popada więc w konflikt z prawem oraz musi walczyć z bandziorami (to, jak dobrze mu idzie, jest niepokojące samo w sobie), a dodatkowo po godzinach straszy go jeszcze stary dziad z szuflą – podobnie jak on wyobcowany samotnik o wyglądzie seryjnego mordercy i/lub pedofila. W ramach deseru jest też biegająca swobodnie po domu tarantula… Ja tu widzę materiał w sam raz na pełnokrwisty dreszczowiec.

Nic śmiesznego

Znowu ten Adaś, choć o innej twarzy, młodszej jakby, gdzieś tam posiadającej jeszcze jakieś ideały, pragnienia, chęci do rzeczonych zmian. Fatum życia powraca jednak i w tym przypadku – i to nawet bez oglądania się na wcześniejszą przecież datę produkcji. Porównując je obie ze sobą, wydaje się, jakby nic a nic się przez cały ten czas nie zmieniło, co tym bardziej wpisuje Nic śmiesznego w ramy plebejskiej grozy, którą należałoby straszyć dzieci.

Advertisement

A tymczasem bawią się na niej dorośli. Bo cóż im pozostało innego. Pesymizm mocny drzemie w obu tych dziełach – w tym wypadku nastrojony już wszak samym tytułem, zapowiadającym przeznaczenie. Dodatkowo już na wstępie przemawia do nas truposz, który nawet po śmierci nie ma za grosz szczęścia. Nie on pierwszy i nie ostatni, do czego jeszcze powrócimy w podobnym, słodko-gorzkim wykonaniu. Tymczasem tutaj za fasadą przedniej komedii de facto kryje się autentyczna makabra niespełnionego bytu o marzeniach większych niż on sam. No i ten obraz bez dźwięku. Brrrrr!

Toy Story

Wybór dość oczywisty – w końcu sam film raczy nas sceną jawnie horrorową (podobnie jak i część trzecia serii). Mowa wszak o zabawkach, które w rzeczonej sekwencji atakują małego chłopca dla ratowania własnych (i innych) zadków (hmm… czy zabawki mają zadki?). I właśnie w tym tkwi problem. Pomijam już fakt, że chłopiec przedstawiony jest jak przyszły terrorysta, który pewnego dnia mógłby zawitać do szkoły z bombą w plecaku. Agresja, śmierć i zniszczenie to jego chleb powszedni, a dodatkowo nie boi się wykradać zabawek siostrze. No ale właśnie: TO SĄ ZABAWKI. Pixar zrobił wszystko, żeby stały się dla milusińskich wzorem do naśladowania i obowiązkowym zestawem Happy Meal, niemniej to dalej u swoich podstaw bezduszne, plastikowe przedmioty ożywające za pomocą wyobraźni twórców/widzów.

Advertisement

I te przedmioty, niczym dalecy krewni laleczki Chucky, autentycznie atakują małego chłopca. W biały dzień! Czy komuś przyszło do głowy, jak to się dla niego skończy? Ja przewiduję albo wieloletnią terapię przy użyciu mocnych lekarstw i elektrowstrząsów, albo samobójstwo w młodym wieku (lub jedno i drugie). Bo o założeniu rodziny i w miarę normalnym, produktywnym życiu, na które miał szansę po tym, jak niszczenie przedmiotów w końcu by mu się znudziło (serio, przyznać się, kto nie niszczył zabawek za dzieciaka?), na dobre można zapomnieć. W końcu nawet jeśli przygruchałby sobie jakąś Barbie Girl i stworzył z nią udany związek, to przecież jego dzieci z zasady musiałyby mieć bardzo smutne, pozbawione ubarwień dzieciństwo, gdyż w innym wypadku ojcu mogłoby odbić na widok misia i wymordowałby cała rodzinę, jak, nie przymierzając, szuflarz z Kevina. ..

Na tym jednak zabawkowy koszmar się nie kończy. Otóż niepokojący jest już sam fakt, iż Chudy, Buzz i spółka są żywi, będąc nieżywymi. Fakt, że ożywają, gdy nikt na nie nie patrzy. A gdy ktoś patrzy, to one też patrzą, tylko nikt o tym nie wie. Tak, tak… samoświadome zabawki Andy’ego bezustannie go obserwują. Widzą więc, jak dorasta, jak zaczyna interesować się własnym ciałem, oglądać ukradkiem porno na komputerze, ściągać filmy. Słyszą, gdy przeklina, wiedzą, kiedy kłamie lub podkrada rodzicom drobniaki i jak ściąga gotowce na szkolne wypracowania. Znają jego największe, najmroczniejsze sekrety i są milczącymi obserwatorami jego małoletniego życia.

Advertisement

A potem, kiedy Andy wychodzi z pokoju, obgadują to wszystko za jego plecami. A później, gdy los im sprzyja, ci milczący obserwatorzy wszystkie swoje wieloletnie doświadczenia przenoszą na kolejne dziecko… Czy mogę się już obudzić?

W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju

Niepokojącym jest fakt, iż coś tak magicznego jak święta Bożego Narodzenia spowszedniało; jak sprowadzono je do corocznego, wymuszonego, skąpanego w kiczu i tandecie festynu z udziałem bliskich, z którymi generalnie nie mamy ochoty obcować, bo nas krępują lub, co gorsza, żenują, a my zamiast kupować te wszystkie podarki i obżerać się tymi wszystkimi potrawami wolelibyśmy po prostu „grać w grę”.

Advertisement

Ten klimat grudniowego „horroru” od dekad podtrzymują na Zachodzie liczne komedie, nierzadko z elementami grozy jako takiej (Krampus). Najlepiej zobrazowano go jednak w przygodach Griswoldów, którzy ze wszystkich sił starają się coś ugrać na tym odgórnie przegranym okresie roku. Siła filmu tkwi zresztą właśnie w tym, że sprzedany jest on nam z optymizmem i dystansem, a jego magia podkreślona w taki sposób, iż nadal pozostaje wyczekiwaną z utęsknieniem datą w kalendarzu. Niemniej, zgodnie z gatunkowymi wyznacznikami, natłok makabreski, nieprzyjemnych wydarzeń i niepowodzeń, które spadają na naszą rodzinkę (a przede wszystkim na jej głowę, poczciwego Clarka) przez te parę dni – wliczając w to nalot antyterrorystów, usmażonego kota i niezapowiedzianego kuzyna Eddiego – w istocie przybiera formę koszmaru gotowego odwieść od tradycji niejedną osobę. Ba! Przytłoczony tym wszystkim Clark w pewnym momencie ucieka we własne marzenia, jakby wzorem Kevina wymazując z nich rodzinę, co tym bardziej podkreśla powagę sytuacji.

Wysyp żywych trupów

Pastisz kina grozy oraz serii George’a Romero i trafna krytyka konsumpcjonizmu straszy skrytymi pod grubą szyderą relacjami społecznymi – a raczej ich brakiem. Bardziej niż cielesny jest tu obecny rozkład cywilizacyjny, co przeraża tym bardziej, iż mowa o czasach przed panowaniem mediów społecznościowych, pracy zdalnej i smartfonów, w których dziś wszyscy bezustannie przeglądają się niczym w lustrze.

Advertisement

A mimo to widać brak dialogu międzyludzkiego i życiową niezmienność rodem z Dnia Świstaka. Głównemu bohaterowi blisko do naszych rodzimych niezdar filmowych, lecz, w przeciwieństwie do nich, nawet nie za bardzo się stara, aby jakkolwiek zmienić swój los. Tak mocno obrósł wygodnym konformizmem, że nawet gdy przychodzi apokalipsa zombie, nie zauważa krwi na podłodze i ogólnego chaosu, skupiony na codziennych drobnostkach. Tak bardzo weszły mu one w nawyk, iż ludzi wokół siebie traktuje jak element krajobrazu, a nie żywych pobratymców, z którymi można wejść w głębsze stosunki. Większa zażyłość łączy go jedynie z najlepszym przyjacielem, który żyje ze sprzedaży narkotyków – bo nawet nie z dziewczyną, której nie potrafi w podstawowy sposób zadowolić.

Gdy ten zmienia się w nieumarłego, zamyka go w szopie i przykuwa do łańcucha (z pewnością jest gdzieś alternatywne zakończenie, w którym ten eksperyment wymyka się spod kontroli). Gorzej, że przemiany nie przechodzi on sam i jego luba – po pokonaniu hordy zombie i utracie najbliższych oboje radośnie zamykają się w bańce lenistwa i codziennej rutyny, która prowadzi w niebyt. Nawet konfrontacja z nieżywymi nie nauczyła ich życia innego niż zbiór samopowtarzalnych czynności. Przerażające, jak wielu z nas dotyczy to na co dzień, zwłaszcza obecnie. Można tu wręcz pisać o cywilizacji żywych trupów…

Advertisement

Zezowate szczęście

Tak oto wracamy na polski łez padół, do swoistego prekursora (podświadomego mentora?) Miauczyńskiego – Jana Piszczyka. Tak jak i nasz współczesny bohater, tak i Piszczyk nie ma za grosz szczęścia. Albo, jak głosi tytuł, ma je tak trochę odchylone na lewo, niedziałające poprawnie. Ma szczęście, które przynosi mu pecha.

Pozwala uniknąć jednych kłopotów, ale pakuje go zrazu w inne, najczęściej jeszcze większe. Bezustannie pozostawia go przy życiu, samo życie obracając przy tym w prawdziwe piekło. Jana poznajemy zatem w więzieniu, bo tylko będąc już za kratami, pozostaje bezpieczny od własnego losu. Z jego doli nie ma ucieczki aż po kres dni – co w nieco inny sposób charakteryzowało byt Adasia, jako takiego szczęścia w żadnym wydaniu nieposiadającego. Piszczyk chyba nade wszystko wolałby się z nim zamienić, pozostać podobnym szaraczkiem bez szans na świetlaną przyszłość, niż bezustannie być wystawianym na upokorzenie, nierzadko o znamionach historycznych, a co za tym idzie, na oczach tłumów.

Advertisement

I choć on również przykładnie gra w tej boskiej komedii, powodując mimochodem salwy (u)śmiechu u odbiorcy, to jest jakby o wiele bardziej tragiczniejszą personą – wręcz personifikacją Polski jako takiej. Piszczy ona i niczym labirynt zbudowany przez Dedala więzi mentalnie. A i fizycznie jakoś nie idzie się wyswobodzić z tego tkwiącego głęboko w kościach wiecznego umęczenia. Przykład koszmaru na jawie.

Jeśli znacie więcej przykładów, to śmiało komentujcie.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *