Publicystyka filmowa
OSIECKA. Myśląca komunistka? Refleksje po trzech odcinkach serialu TVP
Serial OSIECKA wciąga w fascynujący świat Agnieszki Osieckiej, ukazując jej skomplikowane relacje z komunizmem i kulturą lat 50.
Niemałe było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że szacowna TVP wypuściła się na obce dla niej, wolnościowe niwy w postaci produkcji serialu o Agnieszce Osieckiej. Na dodatek reżyserią zajął się Robert Gliński (wraz z Michałem Rosą), brat naszego ministra kultury Piotra Glińskiego, dziwnie odstający od oficjalnej linii kulturalnej partii i publicznie wyzywający swojego brata od idiotów. Czyżby przeprosił się z TVP, a może pieniądze nie śmierdzą lub nasza publiczna telewizja postanowiła nareszcie zrobić coś bez historyczno-ideologicznego konfabulowania? Traktuję więc tę sytuację jako chichot losu czy też dziejów w stosunku do TVP.
A po obejrzeniu trzech odcinków zdziwienie wciąż mnie nie opuszcza.
Agnieszka Osiecka jest postacią niełatwą do ideologicznego zmodyfikowania, przekłamania i wykorzystania, dlatego aż tak bardzo się nie obawiałem radosnej, Rydzykoprzymilnej twórczości TVP. Po trzech pierwszych odcinkach jestem nawet częściowo zadowolony, że socjalistyczność bohaterki została przedstawiona tak czysto na tle dwulicowego komunizmu panującego w Polsce w latach 50. Faktycznie za czasów, gdy Osiecka zaczynała współpracę ze Studenckim Teatrem Satyryków, uchodziła za COŚ w rodzaju „relatywnej komunistki” – w rzeczywistości traktowała ideały stalinizmu bardziej racjonalnie, a nie ideologicznie.
Była więc zbyt mało ideowa, czy też jak to inaczej można ująć, ślepa. Jak sama twierdziła z młodzieńczym zapałem, poszukiwała prawdziwego, mądrego życia. Tam jednak, gdzie ono powinno się znajdować, czyli w realnym świecie, nie znalazła go. Dopadło ją za to komunistyczne karierowiczostwo wymieszane z nienawiścią do wszystkiego, co inne i niezgodne z partyjną linią (to jest właśnie ów chichot losu TVP). Z takim komunizmem nie było po drodze Osieckiej. W gruncie rzeczy również Polsce, tyle że staliniści z lat 50. jeszcze o tym nie wiedzieli.
I chociaż po trzech odcinkach ideologicznie nie czuć aż tak bardzo programowej linii TVP, z czego jestem naprawdę dumny, to idealnie również nie jest. A to już nie kwestia historii życia Osieckiej, ale sposobu jej opowiedzenia. Mam w pamięci takie seriale o tuzach naszej kultury jak Bodo czy Anna German. Pamiętam klimat tworzony przez świat przedstawiony w tych produkcjach, chociaż np. Joanna Moro często mnie denerwowała swoim dramatyzmem. Co ciekawe, niektóre odcinki Bodo przecież były reżyserowane przez Michała Rosę, więc w Osieckiej powinien być obecny autentyczny emocjonalny klimat.
Nic zaś takiego nie czuję i nie napiszę, że jak na razie. Jeśli do tej pory nie poczułem, obawiam się, że tak już zostanie. Środowisko, w którym funkcjonuje bohaterka, nie łączy się z nią w sposób konieczny, emotywny. Mówiąc prościej, postać Osieckiej funkcjonuje sama w sobie, a dopiero gdzieś daleko za nią widzimy te polskie lata 50. Najbardziej jest to widocznie w jej relacjach z rodzicami. To źle świadczy o staraniach twórców, żeby opowiedzieć historię poetki tak osadzonej w swoich czasach.
Mam wrażenie, że jest tak z m.in. powodów technicznych. Osiecka padła ofiarą kosztów, podobnie jak np. TVN-owska Belle Epoque. Świat polskiego stalinizmu jest w serialu Glińskiego wąski, oszczędny, bez szerszych planów, z archiwalnymi wstawkami, żeby zająć ekranowy czas. Scenografia jest oszczędna, wręcz biedna, a czasami sztuczna – np. nienagannie czysty, odremontowany autobus, którym Osiecka przyjeżdża do Kazimierza Dolnego w poszukiwaniu Marka Hłaski. A przy tym młodzi aktorzy bardzo sztucznie zaprezentowali ówczesną młodzież i jej jakże europejskie marzenia.
Sztandarowymi przykładami są tu Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela. Dwaj wariaci, ryzykanci, wesołkowie, ale zagrani z takim wysiłkiem w okazywaniu emocji, że pamiętając, jak grali w filmach prawdziwi Cybulski i Kobiela, nie chce się zbyt długo na nich w Osieckiej patrzeć, a zwłaszcza słuchać intonacji wypowiadanych przez nich kwestii.
Trochę lepiej jest z Markiem Hłaską, czyli trzecim uwielbianym przeze mnie twórcą (prócz Kobieli i Cybulskiego), tym razem literackim. Niebezpieczne jest konfrontować swoje wyobrażenia po tylu latach wchłaniania twórczości idoli ze stworzoną przez kogoś fikcją. Obawiałem się zatem zobaczyć Hłaskę i się zawieść. Obawiałem się płytkości w ukazaniu jego namiętnej i agresywnej relacji z Osiecką. Ich kontakty w serialu przypominały teatr, a nie chciałem oglądać teatru, tylko mięsistą grę prowadzoną między dwoma tragicznymi osobowościami. Co jednak chciałbym podkreślić, Jędrzej Hycnar jako Hłasko przekonał mnie bardziej niż Eliza Rycembel w roli głównej bohaterki.
Szkoda, że po trzech odcinkach serialu wciąż nie mam porównania z Magdaleną Popławską, która ma się pojawić, o ile pamiętam, w piątym odcinku. Wątpię jednak, żeby pewne wnioski się zmieniły. Najbardziej rzuca się w oczy niepodobieństwo Elizy Rycembel do Agnieszki Osieckiej, podczas gdy Magdalena Popławska idealnie pasuje do tej roli urodą. Nie wiem, co kierowało twórcami, że wybrali tak różne odtwórczynie bohaterki, zwłaszcza Rycembel. Czyżby popularność uzyskana na fali przereklamowanego Bożego Ciała? Poza tym Eliza Rycembel ma problem z dykcją. Zjada nieraz całe wyrazy.
Mówi na oddechu. Jest sztywna, wycofana, zdaje się przestraszona akurat wtedy, gdy takie emocje nie mają uzasadnienia w odgrywanej sytuacji. Jej postać nie zachęca widza do zaprzyjaźnienia się z Osiecką. Raczej lepiej trzymać się z daleka. Zresztą ten hermetyczny emocjonalnie nimb otaczający serialową, młodą Osiecką dotyczy całej produkcji. Jest ona wyzuta z emocji, okraszona na dodatek jazzującą muzyką, która jeszcze bardziej oddala widza od obrazu. Chociaż to zupełnie inny gatunek, to teraz przypomniał mi się Tenet i panujące w nim zimno zasilane dodatkowo przez muzykę opartą o dudniące, powtarzalne frazy. Niemniej dzieło Christophera Nolana jest o wiele doskonalsze techniczne, co prawda zrobione podobnie bez serca.
Kolejnym problemem jest płynność przechodzenia z jednego wydarzenia do drugiego. Serial przypomina kalendarium. Kręcone są kolejne sceny, ale zbyt mało starań poświęcono ich połączeniu. Pojawiła się migawka z teatru, a potem akcja przeskoczyła na praktyki dziennikarskie w Gdańsku, by za chwilę znaleźć się w zupełnie innym teatrze – Bim-Bom prowadzonym przez Cybulskiego i Kobielę, także na Pomorzu. Zabrakło łącznika, żeby widz odnalazł się w tych zmianach, a sama postać Osieckiej nie była marionetką dla scenarzysty, który ją przestawia z kąta w kąt. Sądziłem, że będę świadkiem filmowej wersji życia Agnieszki, a nie teledysków z poszczególnych zdarzeń, w których brała udział. Opisana wyżej sytuacja nie jest jedyną. Wszystkie trzy odcinki cierpią na tę przypadłość – upakować jak najwięcej wydarzeń z życia bohaterki i iść dalej.
Mam nadzieję, że się to zmieni, gdy na ekranie pojawi się Magdalena Popławska. Teraz jednak Eliza Rycembel nie ma takiej osobowościowej siły. Jej interpretacja aktorska jest płaska i zwodnicza dla młodszego widza. Zawsze na serial może trafić ktoś, kto nie znał twórczości Osieckiej i niestety nie odebrać jej postaci z należytym zainteresowaniem, właśnie przez taki a nie inny sposób jej początkowego zaprezentowania. Czy warto było tak ryzykować? A może nikt nie pomyślał o jakieś poznawczej i edukacyjnej roli serialu. Niestety odwoływanie się do widzów, którzy znają daną postać, zwłaszcza tę już nieżyjącą, a pomijanie innych jest podejściem krótkowzrocznym.
Cieszę się, że dałem radę obejrzeć te trzy odcinki, chociaż dźwięczą mi w głowie słowa Tomasza Raczka, który już tyle samozaparcia w sobie nie znalazł. Trawestując jego słowa, ten zarzygany talerz, którym jest TVP, podał mi szarlotkę na tyle jeszcze świeżą, że przynajmniej z wierzchu nie przesiąkła ona smrodem wymiocin. Zjadłem, lecz trochę mi się jednak odbija. Napisałem to wszystko z nadzieją, że nic złego nie wkradnie się w serialową wizję życia Osieckiej, która przecież dzisiaj byłaby wobec władzy podobnie jednoznaczna, co na zebraniach ZMP w latach 50. A więc jak to stwierdziła, nie uginając się i zachowując godność, „pocałujcie mnie wszyscy w dupę”.
