publicystyka filmowa

GRINDHOUSE vol. 1: DEATH PROOF. Próba interpretacji kina Quentina Tarantino

Autor: Jacek Kozłowski
opublikowano

Eda Wooda, Johna Watersa, Wesa Cravena, Rogera Cormana i wielu innych reżyserów (…) nakręcało to, czego im brakowało w gładkich, wypieszczonych produkcjach Hollywoodu: seks, przemoc, narkotyki, potwory, zboczenia, okrucieństwo. W ich oczach znajdowało uznanie wszystko to, o czym nie wypadało mówić publicznie, co uznawano za niemoralne, głupie, prymitywne, wulgarne i zakazane.
Mnie interesują podobne rzeczy.

Ja osobiście nie odczuwam czegoś takiego jak grzeszna przyjemność.
Bo nie czuję się winny.

Quentin Tarantino, „Polityka” Nr 28/2007

Na początku był Tadeusz Sobolewski. W swoim tekście o „Grindhouse” pisał on: „Muszę przyznać, że dość późno doceniłem Tarantino jako artystę. Po tym filmie – w pełni”. Dystrybutor filmu czym prędzej wyciął więc ów fragment z recenzji, umieścił w materiałach prasowych i rozesłał do dziennikarzy od morza po Tatry. Tarantino jako artysta? – pomyślałem sobie nagabywany przez Sobolewskiego ze wszech stron – Artysta na pewno. Ale artysta czego? Z jednej strony wykracza Tarantino daleko poza konwencję kina klasy B, taniego kina akcji czy schematycznych thrillerów z lat 80. Wielka jakościowa przepaść wyziera spomiędzy konstrukcji, którą Tarantino buduje z tanich hollywoodzkich klocków, a samymi marnymi gatunkowo klockami, których do budowania konstrukcji używa. Jest więc Tarantino czymś więcej niż Michael Bay czy Joel Schumacher – wykracza poza pojęcie reżysera do wynajęcia i rzemieślnika na usługach producenta.

Ale jest też Tarantino czymś mniej niż Ozon, Polański czy Lynch. Jego nazwisko wybrzmiewa z mniejszą doniosłością. Dla Quentina Tarantino nie ma miejsca na skali, na której krańcach znajdowaliby się Wolfgang Petersen i Pedro Almodovar. Kiczowatość Tarantino jest zbyt przemyślana jak na Petersena i zbyt chłopacka jak na Almodovara. Nie jest więc Tarantino „artystą” o jakim pisał Sobolewski. Nie jest też „nie-artystą”. Kim zatem jest? Odpowiedź, że jest „czymś pomiędzy” równałaby się z brakiem odpowiedzi. Może zatem Tarantino nie jest sam jeden, może Quentinów jest kilku? Jeden Quentin dla pana Sobolewskiego i jego kliki krytyków. Drugi Quentin dla publiczności niewyrobionej, która przyszła posłuchać, jak tu pięknie kurwy lecą i krew się leje po masce samochodu. Trzeci Quentin dla oddanych fanów Quentina, którzy uważnie śledzą fetysze reżysera – obserwują, co się w nich zmienia, co drga, ale nad sensem tego ruchu nie mają ochoty się zastanawiać. Istnieje zapewne jeszcze czwarty, piąty, szósty i trzydziesty szósty Quentin. W przeciwieństwie do Felliniego czy Petersena – Tarantino posiada co prawda przypisany sobie styl i zestaw środków, ale jest twórcą, którego ciężko zaklasyfikować. Jaką miarkę przyłożyć więc do filmów Tarantino? Jak je traktować? Sztuka to już czy jeszcze zabawa?

Tak się składa, że literatura polska zna przypadek autora cierpiącego na tę samą co Tarantino przypadłość. Mówili o nim „artysta”, choć się przed tym bronił. Twierdził, że kultura wysoka go poniża, a sam stawał się jej częścią. Mówił, że woli niskie i niedojrzałe, a wszedł do kanonu literatury. Zawsze przewrotny, czasem nieprzyzwoity. „Miałem zwyczaj, że z moimi wiejskimi krewniakami byłem (żeby ich zdenerwować) artystą, a z artystami byłem (żeby ich rozwścieczyć) obywatelem ziemskim, jak się patrzy” – pisał w swoich Dziennikach. Wśród artystów, ale nie artysta; dla widowni, lecz niekoniecznie z widownią – pomiędzy Witoldem Gombrowiczem a Quentinem Tarantino można poprowadzić zaskakującą oś symetrii. Postarajmy się wskazać podobieństwa pomiędzy tym, jak traktował kulturę Gombrowicz, a tym, jak traktuje ją Tarantino. Jeden z gruntu polski, drugi z gruntu amerykański. Pierwszy literat, drugi filmowiec. Obaj równie niebezpieczni, bo dokonujący rekonstrukcji z dawna okrzepłych mitów swej kultury. Przypatrzmy się zatem poniższej hipotezie oraz temu, co z niej wynika dla obu autorów. Niech to pytanie wreszcie wybrzmi! A zatem: „Czy Quentin Tarantino jest Gombrowiczem Hollywoodu?”.

Podzielmy zatem myśl Gombrowicza na trzy zasadnicze części i postarajmy się zaadaptować Gombrowiczowskie tezy do twórczości Tarantino. Potraktujmy „Grindhouse vol.1” jak pozycję, która doskonale oddaje charakter i styl reżysera, a więc może być świetną ilustracją postawionych tutaj tez. Sprawdźmy, czy da się odnaleźć w nowym filmie Tarantino podstawowe dla twórczości Gombrowicza idee. A były nimi po pierwsze dowartościowanie wszystkiego, co w kulturze młode, niedojrzałe i niskie; po drugie spojrzenie na kulturę rodzimą z perspektywy Innego oraz po trzecie nieustanne poszukiwanie swej tożsamości – słynnego gombrowiczowskiego „ja”.

MŁODY

My kulturze naszej nie możemy wręcz sprostać. (…) W głębi jesteśmy wszyscy chłystkami. (…) Nie zapominajmy także, że człowiek nie lubi dojrzałości – ponieważ lubi młodość swoją. (…) czyż człowiek będący zawsze poniżej wartości, zawsze skompromitowany nie poszuka wyładowania w sferze jemu właściwej, to jest w sferze tandety?

Czy pod każdym z tych zdań wypisanych z „Dziennika” Witolda Gombrowicza – dodajmy zdań dla autora sztandarowych – nie podpisałby się Tarantino? Na pewno zrobiłby to z ochotą. Obaj wszak cenią niedojrzałość i obaj ze swojej niedojrzałości uczynili wartość. Dołączył tym samym Gombrowiczowski (ale także Tarantinowski) „Młody” do wielkich tematów kultury, stanął obok Raskolnikowa, zaczął mu się przyglądać i popukał się w głowę. Jednak Młodego Tarantinowskiego, w przeciwieństwie do Młodego Gombrowiczowskiego, nie należy szukać w warstwie fabularnej. Młodego nie ma w opowieści. Młody nie musi kształtować tu dojrzałego, gdyż dojrzały nigdy dojrzałym nie był. Młody pozostał Młodym. Tym Młodym jest tu sam Tarantino, który ze swoich fascynacji – ze światów kinowego kiczu i tandety – czyni główny temat swych autorskich wypowiedzi. To tymi światami Tarantino się bawi, w tych światach umieszcza opowieści o śmierci, honorze, zemście, a ostatnio o feminizmie. Filtruje je on jednak przez swą chłopacką wyobraźnię, są one percypowane i opowiadane przez Młodego, który nigdy nie wyrósł z komiksów, horrorów i tanich filmów akcji. Zwróćmy uwagę, że gdy Tarantino cytuje w swoich scenariuszach spaghetti westerny czy thrillery w rodzaju „Znikającego punktu”, robi to zawsze w sposób niezwykle natarczywy. To nie jest kino wysmakowane! To kino wyreżyserowane przez Młodego (trzeba przyznać Bystrego Młodego), który cytaty ze swoich ulubionych filmów ostentacyjnie wrzuca do własnych obrazów. I czyni to w sposób niekoniecznie logiczny i uporządkowany. Tak było w „Pulp fiction”, tak było w „Kill Billu”, tak jest i w „Grindhouse”.

Ostatnio dodane