Publicystyka filmowa
NA PODŁODZE MONTAŻOWNI. Najdroższe wycięte sceny
NA PODŁODZE MONTAŻOWNI to fascynująca podróż przez wycięte sceny filmowe, które kosztowały miliony, a nigdy nie trafiły na ekran.
Montaż – ostateczna granica. To wtedy decyduje się bowiem o ostatecznym kształcie filmu. Tnąc i dopasowując do siebie kolejne klatki, można zepsuć prawdziwe arcydzieło lub wynieść na piedestał marną fabułę. Nierzadko w procesie tym giną całe sekwencje, przepadają wybitne role, o innych elementach układanki nie wspominając. Przede wszystkim jednak pod nożycami montażysty poległo wiele milionów dolarów wydanych na skomplikowane sceny, których… nigdy nie obejrzeliśmy w kinie. Poniżej kilka najbardziej kosztownych przypadków, kiedy wpompowane w zdjęcia środki nie przełożyły się na finalny produkt, stając się co najwyżej marnym dodatkiem do późniejszego wydania DVD.
Liczniki w dłoń!
Czarnoksiężnik z Oz
Legendarna produkcja z 1939 roku miała zawierać jeszcze jedną sekwencję, którą nazwano Jitterbug. Nazwa pochodzi od kolejnej pułapki, którą Zła Czarownica zastawiła na Dorotkę – a konkretniej od niebiesko-różowych stworów, które atakują wesołą gromadkę w lesie, rozdzielając bohaterów, co prowadzi do kolejnego numeru taneczno-wokalnego (jitterbug był również popularną w tamtych latach odmianą tańca).
Sześciominutowy segment powstawał przez pięć tygodni i kosztował w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze ponad milion dolców. Szybko skończył jednak na podłodze montażowni. Jedynymi śladami po nim są słabej jakości zapis wideo z prób tej sceny oraz nagrana wcześniej muzyka autorstwa kompozytora Harolda Arlena. Segment można znaleźć wśród bonusów na nośnikach DVD.
Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę
Jeśli uważacie, że ten groteskowy film Stanleya Kubricka z 1964 roku przeskakuje rekina, to nie widzieliście wszystkiego. Inni zresztą też nie, bowiem najbardziej kuriozalna scena projektu poszła do kosza. Mowa o finałowej sekwencji, w której rozmowy między światowymi przywódcami miały się posypać, a oni sami zaczęli walkę na… ciasta. Tak jest! Ci wszyscy generałowie i, wydawałoby się, rozsądni, dorośli ludzie, mieli radośnie zacząć obrzucać się kalorycznym jedzeniem. Całość miała zostać nakręcona w jeden dzień ze względu na bałagan, jaki trzeba było potem ogarnąć.
Wedle doniesień zdjęcia trwały jednak blisko dwa tygodnie, a na ich realizację poszło przynajmniej dwa tysiące ciast i ponad dwa miliony zielonych (po uwzględnieniu inflacji). Efekt końcowy wycięto głównie ze względów politycznych, gdyż w międzyczasie doszło do zabójstwa Kennedy’ego, a w scenie tej pada ponoć tekst o tym, że prezydent został „w sile wieku powalony ciastem”. Poza tym reżyser słusznie stwierdził po obejrzeniu materiału, że to jednak przegięcie. Gdzieś w archiwach nadal leży szpula z nagraniem tej szopki, natomiast liczne fotografie z planu oficjalnie okrążyły świat.

Jeden z fotosów odrzuconej sekwencji
Goonies
Jedna z najsłynniejszych odrzuconych scen pochodzi właśnie z tej młodzieżowej przygodówki z 1985 roku. O jej istnieniu dowiadujemy się zresztą z gotowego filmu, pod koniec którego Data wspomina, iż „ośmiornica była bardzo straszna”.
Jaka ośmiornica? Ano taka, której nie zobaczymy w oficjalnej wersji tego dzieła (choć raz przedostała się do edycji telewizyjnej), natomiast miała ona zaatakować bohaterów po tym, jak ci odkryli wrak statku. Wykonany w całości z tandetnej gumy potwór służył tylko i wyłącznie za element komediowy. Dość napisać, że ośmiornica zostaje przepędzona za pomocą walkmana grającego specjalne nagrany na potrzeby filmu popowy hit Eight Arms to Hold You. Cóż, powody wycięcia całości są aż nadto jasne. Choć reżyser Richard Donner po latach przyznawał, że scena powstała, bo ekipa, która pracowała w tym zbiorniku wodnym przed nimi, zapomniała zabrać ośmiornicę ze sobą. Jak by nie było, koszt sceny szacuje się obecnie na około pół miliona amerykańskich dolarów, a zabrała ona przynajmniej dwa dni zdjęć oraz parę tygodni przygotowań.
Krwiożercza roślina
Franka Oza adaptacja broadwayowskiej komedii z 1986 roku pierwotnie miała mieć inne, znacznie bardziej dramatyczne zakończenie. Nie spodobało się ono jednak publiczności testowej tak bardzo, że poszło pod nóż. W finale tym – bezpośrednio zaczerpniętym z oryginalnej historii – tytułowa roślinka pożera dwójkę głównych bohaterów (Ellen Greene i Rick Moranis), a następnie zaczyna terroryzować świat.
Olbrzymia, ponad dwudziestominutowa sekwencja zjadła pięć milionów baksów, rok pracy nad efektami specjalnymi oraz wiele tygodni zdjęć, w których brało udział aż siedemdziesięciu lalkarzy. Czarno-biały materiał można było obejrzeć dopiero po latach, na wydaniu DVD filmu, natomiast na potrzeby wersji reżyserskiej Blu-Ray sprzed paru lat można obejrzeć ją już w pełni chwały.
Powrót do przyszłości
Każdy kinoman wie zapewne, że w tym kultowym saj-faju z 1985 roku główną gwiazdą był początkowo… Eric Stoltz. Aktor, którego kariera od tego momentu równała już tylko w dół, był Martym McFlyem przez jakieś… pięć tygodni zdjęć. Po tym czasie wszyscy zgodnie stwierdzili, że nie czuje on tak dobrze tej postaci i nie jest w niej równie zabawny, jak pierwotny kandydat, Michael J.
Fox, który w danej chwili zobligowany był kontraktem popularnej serii telewizyjnej Family Ties. Postanowiono więc cały dotychczasowy materiał nakręcić od nowa właśnie z nim, co było możliwe tylko dzięki wcześniejszej kłótni twórców z producentem Sidem Sheinbergem, który mocno obstawał przy kandydaturze Stoltza i ostatecznie musiał przyznać się do błędu. Kosztował go on jakieś dodatkowe dziewięć milionów dzisiejszych dolarów. Gotowe sceny ze Stoltzem zamknięto w sejfie i tylko niewielkie ich skrawki można okazjonalnie zobaczyć w materiałach zza kulis. Wystarczą one jednak, by przyznać twórcom rację.
Superman: Powrót
Tutaj z kolei do kosza powędrował cały prolog filmu, będący w dodatku dość kluczowym jego elementem. W nim to obserwujemy tytułowego herosa po dotarciu do resztek rodzimej planety Krypton, gdzie przez moment buszuje. Trwający blisko sześć minut segment wyjaśnia między innymi, czemu statek Supermana rozbił się na farmie Kentów.
Nie pada w nim ani jedno słowo, a tempo jest raczej powolne i bazuje na posępnej atmosferze, co niejako tłumaczy porzucenie go przez włodarzy wytwórni. Koszt tej decyzji szacuje się na około dwanaście milionów zielonych. Efekt możemy podziwiać natomiast w roli dodatku na wydanej w 2011 roku na Blu-Ray antologii przygód Supermana.
World War Z
Kolejna superprodukcja, która jedynie straciła na wycięciu z niej pierwotnych pomysłów – i to nie tylko finansowo. Film Marca Forstera z 2013 roku nie cieszył się bowiem zbyt pochlebnymi opiniami między innymi przez wzgląd na dość nijaki ostatni akt, który w oryginalnym scenariuszu miał być kompletnie inny. I mroczny, czyli raczej niezgodny z polityką wielkich wytwórni filmowych. W nim to przygoda Brada Pitta kończyła się w… Rosji, gdzie nasz bohater dołącza do wybijającej zombiaki armii, podczas gdy jego urocza żonka prostytuuje się w zamian za wikt i opierunek dla całej rodzinki.
Ich związek uległ zresztą rozpadowi. Nie brakuje w tym wszystkim oczywiście epickich walk z hordami wroga, ale czytając podobny opis, można się zastanawiać, jak u licha w ogóle dostał on zielone światło? Jak by nie było, cały finał wycięto i nakręcono od nowa, w oparciu o bardziej przyjazne widowni zakończenie pióra Damona Lindelofa i Drew Goddarda. Kosztowało to studio, bagatela, dwadzieścia pięć milionów dolców, co czyni go bodaj najdroższym w historii odrzuconym segmentem. Do tej pory nie ujrzał on zresztą światła dziennego.

Concept art
X-Men: Przeszłość, która nadejdzie
Dla iks-człeków część przeszłości została z łatwością wymazana przez studio Foxa. Tak powstał słynny już Rogue Cut, w którym – jak zdradza nazwa – prym wiedzie postać Anny Paquin, a nie, jak ma to miejsce w wersji kinowej, Ellen Page. Zdolności tej drugiej były zresztą szeroko komentowane tuż po premierze, co, jak widać, miało swoje uzasadnienie. Różnica pomiędzy obiema wersjami filmu to jakieś siedemnaście minut, które skupiają się głównie na innej interakcji pomiędzy postaciami, a które ostatecznie wypuszczono na domowy rynek ku uciesze fanów. Paquin za swój pierwotnie wycięty występ, który zresztą bardzo czule wspomina, dostała blisko trzy miliony na „drobne” wydatki. A koszt całego poprawiania zamyka się w dwudziestu dwóch milionach dolarów. Na dokrętki poświęcono dwa tygodnie, podczas gdy sceny z Rogue zajęły twórcom… pięć dni. Hollywood…
Wszystko to razem kosztowało w zaokrągleniu siedemdziesiąt siedem baniek, czyli mniej więcej tyle, co jeden film o niemałym rozmachu. Wniosek: kino to prawdziwa loteria, nie dajcie się wkręcić!
korekta: Kornelia Farynowska
