Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmy, które POWINIENEŚ obejrzeć, jeśli jesteś fanem STAR WARS

Odkryj FILMY, KTÓRE POWINIENEŚ OBEJRZEĆ, JEŚLI JESTEŚ FANEM STAR WARS i zgłębiaj mitologię Jedi oraz Sithów w niezapomnianych produkcjach.

Published

on

Filmy, które POWINIENEŚ obejrzeć, jeśli jesteś fanem STAR WARS

Jako dozgonny fan Gwiezdnych wojen przy każdej nadarzającej się okazji będę powtarzał, że Disney zniszczył wiekopomne dzieło George’a Lucasa. Chłam, jakim jest zakończenie sagi w postaci Skywalkera: Odrodzenia pozostawia na długo w głowie kompletne niezrozumienie i ciągle dźwięczące pytania: dlaczego nie wykorzystano takiego potencjału? Dlaczego już na samym początku filmu opowiedziano jego zakończenie? Dlaczego w ogóle nakręcono taką szmirę? Dla fanów „starej” sagi zestawione poniżej produkcje mogą być więc odskocznią od disnejowskiej tragedii, bo zapewne znają oni mitologiczne źródła Jedi i Sithów.
Advertisement

Dla widzów dopiero wchodzących w ten świat owe tytuły plus trochę literatury pozwolą zrozumieć, jak w głowie Lucasa w ogóle zrodził się pomysł na jedną z najbardziej znanych w popkulturze opowieści łączącej western, romans i science fiction. Dla mnie odkrywanie motywów, które stoją za Star Wars, było czasem naprawdę zaskakujące, a ich współczesne interpretacje nieraz dosłownie przyprawiają mnie o ból głowy i zażenowanie.

Chodzi mi tu głównie o próby całościowo subwersywnej interpretacji Lucasowskich mitów, inaczej zwane za Umberto Eco „partyzantką semiologiczną”.

Oczywiście teoria dotyczy wszelkiego dzieła artystycznego, a nie tylko Gwiezdnych wojen, natomiast, co widać w dzisiejszej kulturze, zaczyna być popularna, a raczej nieświadomie stosowana jako model zachowania interpretatorów rekrutujących się z grona do tej pory trzymających się raczej z dala od popkulturowej działalności liberalnych artystów. Głębiej zainteresowanym tematem polecam książkę Umberta Eco pt. Semiologia życia codziennego, wydaną w połowie lat 90. przez Czytelnika. Warto tę pozycję znać, żeby poszerzyć swoją świadomość w zakresie wpływu interpretacji na ocenę dyskutowanego dzieła.

Advertisement

Umberto Eco

Metoda jest stara, chociaż w teorii semiotyki opisana niedawno. Nagminnie używali jej cenzorzy w Polsce za czasów PRL, architekci stalinowskich represji i mordów w postaci Ławrientija Berii, co bardziej znani i obeznani w erystyce filozoficznej inkwizytorzy jak np. Robert Bellarmin, a także mistrzowie propagandy w typie Josepha Goebbelsa. Co jednak ciekawe, teoria Umberto Eco stawia wyraźne granice subiektywizmowi. To znaczy można uprawiać „partyzantkę semiologiczną” i oszukiwać wszystkich dookoła, ale z czasem stanie się to widoczne. Nie każdy da się zwieść. Interpretacja dzieła nie jest bezgranicznie subiektywna.

W przypadku Gwiezdnych wojen nie można racjonalnie zatem wymyślać kosmicznych teorii na ich temat, bo zawsze jest gdzieś ta warstwa obiektywnej wartości lub bezwartościowości dzieła. Zbyt odjechane interpretacje mogą dokonać kłamliwej subwersji, jak np. wnioski posła Grzegorza Brauna, w których Darth Vader i Imperator mają coś z Żołnierzy Wyklętych, a rycerze Jedi (SB) realizują spisek na ich życie ku uciesze Yody, który tak naprawdę jest Żydem. To wszystko oczywiście wbrew Bogu (Mocy, szmocy itp.), który potrafi zapładniać zamężne kobiety za pomocą midichlorianów. Ot, kwintesencja semiotycznych podchodów realizowanych na prawicy, która chce być za wszelką cenę gitowa, cool i fancy, by przyciągnąć do siebie młodych.

Advertisement

Podobnie subwersywne przesunięcie znaczenia wystąpiło u niektórych grup czytających Harry’ego Pottera, a raczej słuchających tych, co go podobno przeczytali i z zacięciem godnym inkwizycji krytykują. Hello Kitty również się dostało, podobnie jak Teletubisiom czy reniferowi Nico na łamach „Frondy” od Tomasza Terlikowskiego. To wszystko oczywiście nie świadczy o tym, że po przeciwnej stronie barykady leśni chłopcy nie eksperymentują ze znaczeniem.

Taki np. Slavoj Žižek, gdy bierze „na warsztat” sagę George’a Lucasa, wymyśla ciekawe historie, jednak on ma świadomość semiotyczego przesunięcia znaczenia i trzyma się jednak racjonalnie sprawdzalnych granic. A Braun, Terlikowski i np. taki Oko? Ten pierwszy jako polonista powinien przynajmniej znać prace Umberto Eco o wykorzystaniu semiotyki w kulturze. Cóż to za specjalista od języka, który nie zna teorii jednego z największych nowożytnych semiologów i mediewistów? Skąd więc te moje wątpliwości? Pewnie przez te midichloriany krążące w płynie mózgowo-rdzeniowym posła.

Advertisement

Jak widać, ten podział na „lewe” i „prawe” interpretacje wyraźnie mówi, że takie dzieło jak Gwiezdne wojny warto i powinno się analizować, żeby wykorzystać je ideologicznie. Nieważne, ile przy tym powstanie wyssanych z palca teorii. Sława Zakonu Jedi okazuje się tak wielka, że każda z funkcjonujących w obrębie naszej kultury ideologii czuje się w obowiązku zinterpretować ją na swój sposób. Nawet jeśli pewne środowiska będą negować sagę Lucasa jako „wielką narrację” ponadczasowo oddziałującą na świadomość kolejnych pokoleń, to i tak będzie to oznaczało, że odniosła ona sukces.

Advertisement

Dlaczego to wszystko o semiologii Star Wars, zwłaszcza tej prawicowej, napisałem? Po pierwsze dlatego, że to dla mnie nowe odkrycie. Nie sądziłem, że i moje ukochane Gwiezdne wojny podzielą los Diabłów Kena Russella, Kodu Da Vinci Rona Howarda czy też Dogmy Kevina Smitha. Po drugie fani Gwiezdnych wojen powinni mieć świadomość, co ideologizowanie w imię absolutnych doktrynalnie zasad może zrobić z ludzką rozrywką jako taką. Tak naprawdę gdyby dopuścić owe krytyczne narracje do głosu i dodatkowo uzasadnić je prawnie, nasz świat zamieniłby się w najbardziej totalne państwo, o jakim pisali np. Orwell, Vonnegut, Locke, Popper i Mill. Sztuka zostałaby zakazana, o ile nie pełniłaby zadań ideowych, a wszelka niejednomyślność zostałaby spenalizowana. Niebezpieczeństwo tyczy się również lewej strony – wszystkich skrajnych semiotyk.

Bo zarówno lewa, jak i wyjątkowo odleciana w swoich twierdzeniach prawa strona interpretatorów powinny uważać z narzucaniem Gwiezdnym wojnom nowej semantyki w myśl partykularnych interesów bazujących na potrzebie usilnej weryfikacji wzorców światopoglądowych, w które się wierzy. Lepiej ufać Popperowskiej teorii falsyfikacji, niż na siłę szukać dowodów na swoje mokre sny.

Advertisement

Francis Ford Coppola i George Lucas

Jako jeden z fanów sagi Lucasa, który nie poprzestał na samych filmach, ale sięgnął do obszernej literatury przedmiotu swojego zainteresowania, wiem, że motywy wymyślenia Gwiezdnych wojen były tak przyziemne jak potrzeba zjedzenia obiadu, która codziennie rodzi się w podwzgórzu pana Grzegorza Brauna. Gdyby nie zachowanie Francisa Forda Coppoli, wieloletniego przyjaciela George’a Lucasa, Lucas najprawdopodobniej zająłby się na poważnie pisaniem Czasu apokalipsy.

Coppola, jak zawsze z wężem w kieszeni, nie chciał oddać części swoich udziałów do tytułu Columbii. Firma producencka musiałaby je zabrać Lucasowi, na co ten nie wyraził zgody. Oddał więc Czas apokalipsy w całości Coppoli. Pozostając jednak wciąż pod wpływem tematyki wietnamskiej, wykorzystał wszelkie motywy fantasy i science fiction, jakie znał, i wymyślił Star Wars, które są opowieścią z wieloma indochińskimi nawiązaniami. Lucas wcale nie ukrywał, że we wczesnej wersji scenariusza Imperium było Stanami Zjednoczonymi z lat 50.

i 60., mocarstwem przypominającym ZSRR, któremu daleko do przestrzegania praw człowieka, a tym bardziej potrzeb mniejszości, zaś Wietnam Północny reprezentowała wycięta w późniejszych wersjach planeta Aquilae, gdzie urodziła się księżniczka Leia. Aquilae jest więc protoplastką planety Alderaan, gdzie Leia spędziła dzieciństwo pod opieką Brehy i Baila Organów.

Advertisement

Co do motywów powstania Star Wars, warto jeszcze dodać, że w owym czasie Lucas miał sporo długów. Postprodukowane Amerykańskie graffiti było jeszcze wielką niewiadomą, jeśli chodzi o zyski, a reżyser musiał się wywiązać z umowy na dwa filmy z Universalem. Napisanie Gwiezdnych wojen było zatem biznesową koniecznością. Nie było to proste. George Lucas z wielkim trudem oddawał kolejne wersje historii. Z początku brnął przez wymyślanie i kręcenie kosmicznej opery bez głębszej motywacji, aż w końcu zrozumiał, że kręci przede wszystkim, by zaspokoić swoją dziecięcą naturę oraz dać światu alternatywę, chociażby fikcyjną. Sam mówił: „Dotarło do mnie, że istnieje inny wymiar, nawet ważniejszy – marzenia i fantazje – to, by pozwolić dzieciom uwierzyć, że istnieje coś innego niż rynsztok i zabijanie, kradzież kołpaków samochodowych i tak dalej – że można też usiąść i pomarzyć o dalekich stronach i dziwacznych potworach.

Kiedy zacząłem pracę nad Gwiezdnymi wojnami, wyraźnie zobaczyłem, że to straciliśmy – całe nasze pokolenie wyrosło bez bajek. Bajek po prostu już nie ma, a przecież bajka to najlepsza rzecz pod słońcem – przygody w odległych stronach. To zabawa”.

Advertisement

Flash Gordon (1936), reż. Ray Taylor, Frederick Stephani

Oprócz filmu oczywiście komiksy Flash Gordon (i ich filmowe adaptacje) w ukochanej przez Lucasa konwencji gwiezdnej opery czy też westernu. Odegrały one kluczową rolę w nakierowaniu twórcy Gwiezdnych wojen na stworzenie filmu o takim, a nie innym stylu czy też mieszance gatunkowej. To, że Flash stał się źródłem inspiracji np. dla postaci Imperatora (Charles Middleton jako Bezlitosny Ming), księżniczki Lei Organy (Priscilla Lawson jako Księżniczka Aura) czy samego Hana Solo (Buster Crabbe jako Flash Gordon), jest jednak na drugim planie. Gwiezdne wojny nigdy nie miałyby tak charakterystycznego klimatu gatunkowego, gdyby nie komiksowa postać stworzona przez Alexa Raymonda, a potem sfilmowana przez Taylora i Stephaniego. We Flashu dopatrywałbym się również jednego z wielu źródeł filozoficzno-religijnego konstruktu tzw. Mocy. W produkcji z lat 30. magia miesza się z osobliwym podejściem do technicznego futuryzmu. W połączeniu ze skłonnościami Lucasa do buddyzmu oraz wszelkich rodzajów panteistycznych wizji świata oczywiste zdaje się takie, a nie inne podejście do niematerialnych elementów filozofii Jedi i Sithów.

Joseph Campbell

To jednak nie oznacza, że Lucas od razu wpadł na koncepcję jasnej i ciemnej strony Mocy. Mocował się z nimi po swojemu, czyli przedzierał się przez swoje mgliste pomysły jak dziecko zgubione we mgle, by w końcu dzięki pomocy innych osiągnąć sukces. Bardzo pomógł mu w tym Joseph Campbell (praca Bohater o tysiącu twarzy) i jego koncepcja monomitu, który leży u podstaw każdej wyznawanej na Ziemi religii. Każda z nich jest więc „prawdziwa”, gdy chodzi o podstawy, a może lepiej powiedzieć, że jednakowa lub tożsama. Bezsensem jest więc twierdzenie tak popularne i stanowiące credo religii monoteistycznych, które w rzeczywistości są jedynie ukrytymi politeizmami, że każda z nich ma monopol na prawdę.

Lucas o tym wiedział, więc stwierdził, że ani chrześcijaństwo, ani judaizm, a tym bardziej islam nie nadają się na podstawę dla Gwiezdnych wojen, gdyż są wyznaniami siejącymi agresję i cierpienie na świecie oraz antagonizującymi ludzi. Dokonał więc przesunięcia semiologicznego w stronę Dalekiego Wschodu. Moc więc pierwotnie nazywała się „Mocą Innych”, nie wiadomo jakich. Moc była odwieczna, bezosobowa, ulepiona na kształt przenikającej świat harmonijnej, życiodajnej siły, zgodnie ze światopoglądem twórcy. Owa pierwsza Moc wymyślona przez Lucasa dzieliła się na tę dobrą (Bogan) i tę złą (Ashla), tyle że doświadczenie obydwu było za słabe bez katalizatora w postaci kryształu Kyber. Brzmi skomplikowanie? Tak w istocie jest. Z czasem Lucas uprościł swoje koncepcje filozoficzne, co wyszło na dobre całej gwiezdnej sadze.

Advertisement
Ukryta forteca (1958), reż. Akira Kurosawa

Generał Rokurota Makabe

Rok 1973 był bardzo ważny dla Gwiezdnych wojen, gdyż to wtedy powstał pierwszy, ręcznie napisany, 14-stronicowy opis podstawowych założeń sagi, który agent Lucasa, Jeff Berg, zawiózł do United Artists.

Jak sam otwarcie stwierdził, nic z tej historii nie zrozumiał, chociaż sam Lucas uparcie twierdził, że jest to wciągający, ekscytujący film przygodowy. Jak jednak wiemy, Lucas nie potrafił zanadto sprawnie pisać, stąd mglistość tworzonych przez niego z początku fantastycznych historii. Potrafił za to doskonale kompilować, a ten wstępny draft zawierał już wszystko, co miało zostać później jedynie rozwinięte do finalnej wersji scenariusza Star Wars. Przejawem owej kompilacyjnej zdolności było wykorzystanie postaci generała Rokuroty Makabe (Toshiro Mifune) z Ukrytej fortecy, który został pierwowzorem Luke’a Skywalkera. U Kurosawy eskortował on księżniczkę Yuki wraz ze złotem przez terytorium wroga, a podczas wyprawy napotkał dwóch biednych, dowcipnych i nieporadnych chłopów, którzy mieli wielką chrapkę na ten skarb. U Lucasa zaś generał Skywalker eskortował księżniczkę na planetę Aquilae, a po drodze spotkał tym razem dwóch – równie dowcipnych i nieporadnych co u Kurosawy – urzędników, którzy uciekli z kosmicznej fortecy. Razem udali się do portu galaktycznego, żeby znaleźć tam pilota i dostać się na planetę Ophuchi.

W międzyczasie Skywalker rekrutował i szkolił grupę młodzików, księżniczka została pojmana, a stary generał Jedi (czy też w pierwotnym znaczeniu Bendu) musiał napaść na imperialne więzienie. Co do Taheia i Matashichiego, czyli dwóch chłopów rozładowujących u Kurosawy napiętą atmosferę, czy nie są oni zalążkiem pomysłu na wprowadzenie do historii Star Wars C-3PO i R2-D2? Wtedy to jeszcze sam Luke miał być pilotem nieistniejącego Sokoła Millennium.

Advertisement

Potem jednak Lucas spostrzegł, że jego pies, wielki malamut o imieniu Indiana, siedząc w samochodzie z jego pierwszą żoną, Marcią, dotykał podsufitki. Tak zrodziła się postać Chewbakki. Co do Hana Solo, to powstał on znacznie później i wielokrotnie ewoluował. Najpierw był zielony i miał skrzela, potem upodobnił się do Francisa Forda Coppoli, by na końcu swojej artystycznej podróży stać się gwiezdnym korsarzem i buntownikiem w typie Jamesa Deana gadającego z emfazą Humphreya Bogarta.

Kacze opowieści (1987–1990), reż. m.in. Alan Zaslove, David Block

Trudno uwierzyć, że George Lucas mógł mieć kiedyś problemy finansowe, zwłaszcza że wywodził się z dość zamożnej rodziny. Jego ojciec, George Senior, zaczynał w Modesto od zwykłego sprzedawcy w L.

Advertisement

M. Morris Company, by zaledwie siedem dni przed śmiercią właściciela stać się jej nowym szefem. Młodemu Lucasowi więc dzieciństwo upłynęło pod znakiem dostatku, niemniej dzisiaj jego majątek wycenia się na prawie 6 miliardów dolarów, zatem trzeba było go jakoś samemu zarobić. Na początku łatwe to nie było, zwłaszcza przed premierą Amerykańskiego graffiti. Potem jednak los się odwrócił i faktycznie George Lucas z roku na rok zaczął przemieniać się w jednego z bohaterów kreskówek, które bardzo lubił i którymi się inspirował.

Bajecznie bogaty Sknerus, może nie aż tak skąpy, jak głoszą legendy, na starość wciąż pozostał młodym duchem uczłowieczonym kaczorem, dysponującym tak wielkimi środkami, że mógł organizować przeróżne eskapady i funkcjonować trochę jak dziecko, które nie chce opuścić swojego pięknego snu. Zapłacił za to pewnego rodzaju separacją od społeczeństwa oraz najbliższych. Dlatego tak usilnie próbował ubogacić swoje kontakty z siostrzeńcami, Hyziem, Dyziem i Zyziem. Samotność Sknerusa była jednak faktem i tego nie dało się nigdy do końca zmienić.

Advertisement

Co do zaś George’a Lucasa, mimo tak ogromnego majątku w końcu rozstał się ze światem Gwiezdnych wojen, powierzając je Disneyowi. Najpierw jednak wycofał się z mediów społecznościowych po hejcie, jakiego doświadczył za sprawą premiery Mrocznego widma. Fani najwidoczniej nie zdawali sobie sprawy, co może zrobić z wieloletnią sagą Disney, a tak narzekali na części 1–3.

Dzisiaj już to wiedzą, a Lucasowi pozostała jedynie legenda oraz pieniądze. Dziecięce marzenia zostały spełnione i jednocześnie nie zostały. Lucas może wylegiwać się na złocie, ale czy jest do końca zadowolony? Czy Sknerus był szczęśliwy? Samotność bogaczy jest ich wspólnym doświadczeniem.

Advertisement

Tora! Tora! Tora! (1970), reż. m.in. Toshio Masuda, Richard Fleischer

Prócz wnikliwego analizowania filmów dla dzieci, które Lucas namiętnie pochłaniał podczas pisania Gwiezdnych wojen, poszukiwał on również inspiracji do kosmicznych bitew. Na szczęście kino amerykańskie już w latach 60. i 70. wydało na świat kilka świetnych produkcji. Tora! Tora! Tora! wciąż jest jedną z lepszych technicznie prezentacji starć między pilotami, jak również po mistrzowsku obrazuje naloty na cele naziemne, a więc lotniska, samoloty, które jeszcze nie zdążyły wystartować, i wielkie okręty wojenne. Dla poszukującego inspiracji George’a Lucasa taki film o wojnie był kopalnią inspiracji.

Wystarczyło przenieść je niemal jeden do jednego i zmienić tło z nieba na kosmos. Niedawno obejrzałem ponownie Tora! Tora! Tora! i mam przed oczami atakujące Pearl Harbor samoloty japońskie, a naraz wydaje mi się, że to myśliwce TIE podczas bitwy o Endor atakują fregatę medyczną Nebulon B. Kiedy Amerykanie z trudem podrywają swoje nielicznie ocalałe samoloty ze zniszczonego lotniska, widzę z kolei rebeliantów startujących swoje T-65 X-Wing i śmigacze śnieżne T-47 z lodowej powierzchni księżyca Hoth. Ileż tych pomysłów znalazł Lucas w starciach z II wojny światowej.

Advertisement
THX 1138 (1971), reż. George Lucas

Gdyby nie wspominany już wcześniej Francis Ford Coppola, wiele zdarzeń w życiu George’a Lucasa potoczyłoby się zupełnie inaczej, nawet w przypadku THX 1138. Znany ze swojego skąpstwa producent Coppola obniżył koszty realizacji filmu do poziomu niecałych 800 tysięcy dolarów, co odbiło się na wizualnej formie debiutu Lucasa.

Na szczęście jednak ostatecznie nie zepsuło tytułu, który został zapamiętany jako jeden z ciekawszych antyutopijnych obrazów w historii gatunku science fiction. Na nim to Lucas testował i ulepszał swój warsztat filmowca kręcącego filmy fantastyczne. Wracając do Coppoli, tak się wszystko z tym jego skąpstwem i autorytarną osobowością jednak poukładało, że trudna przyjaźń z Lucasem zaprocentowała. Bez twórcy Czasu apokalipsy być może w ogóle nie byłoby Gwiezdnych wojen, a już na pewno wątku z księżniczką Leią. Swego czasu Lucas był tak zafascynowany dwójką nieporadnych wieśniaków z Ukrytej fortecy Akiry Kurosawy, Taheiem i Matashichim, że dla odpowiadających im postaci w scenariuszu Gwiezdnych wojen, Threepio i Artoo, chciał nawet zdegradować księżniczkę Leię do drugorzędnej kuzynki Luke’a albo całkiem ją wywalić. Coppola się nie zgadzał. Uważał, że to właśnie relacja Luke’a i Lei powinna być jednym z głównych wątków historii. Na szczęście Lucas się ugiął.

Advertisement

Co do THX 1138, kontrola umysłu oraz emocji, na których zbudowano społeczeństwo przyszłości, ma swoje echa w mocy Jedi i Sithów, tyle że na sposób odwrotny. Z kontroli nad emocjami, zwłaszcza tymi uznanymi za złe, Lucas uczynił zaletę. Ciemna strona zaś stała się siedliskiem wszystkich tych uczuć, które nowoczesne społeczeństwo chciałoby kontrolować, przynajmniej w założeniu, bo jak wiemy z THX 1138, początkowa kontrola złych emocji rozszerza się na kontrolę wszelkich emocji, tak żeby uczynić z ludzi pożytecznych niewolników. Koncepcja magii umysłu jednak od czasów THX będzie żyła w umyśle Lucasa, żeby ostatecznie przybrać formę metafizycznej relacji członków zakonu Jedi z midichlorianami.

Ewoki: Bitwa o Endor (1985), reż. Jim Wheat, Ken Wheat

Znalazłem go jako dziecko w najmniej znanej wypożyczalni wideo po drugiej stronie rodzinnego osiedla. W tych czasach było ciężko nawet o Gwiezdne wojny: Nową nadzieję, nie mówiąc już o Powrocie Jedi.

Advertisement

Postaci Ewoków nie można pomijać chociażby z tego względu, że miały ważne znaczenie podczas bitwy o Endor. Niestety spotkałem się z dość niewielką znajomością filmów o nich, a przecież narodziły się one jako pokłosie popularności Star Wars. Warto to zmienić i polecać zarówno Przygodę wśród Ewoków (1984), jak i Bitwę o Endor (1985). Obydwie te produkcje były dla Lucasa czymś w rodzaju piaskownicy. Już nie reżyserował, ale mimo to wręcz rozpisywał na nowo niektóre sceny i wiecznie życzył sobie większej ilości wybuchów. Przy realizacji obydwu filmów odezwało się w nim coś w rodzaju wewnętrznego dziecka.

Ewoki miały być produkcjami bardziej telewizyjnymi niż kinowymi i skierowanymi do młodszego grona widzów. Lucas miał również plany nakręcenia trzeciej części, lecz rynek i niewielka popularność tematu zmusiły go do zarzucenia tych planów. Podobno Smerfy okazały się popularniejsze i zajęły tę niszę, którą powinny w założeniach zagospodarować Ewoki.

Advertisement

Saga Star Trek

Tak z przymrużeniem oka. Pamiętam, że kiedyś świat fantastyki (bynajmniej nie tylko tej naukowej) dzielił się na Star Treka i Star Wars. Były to dwa cykle, na które czekało się z otwartymi ustami. Z tego, co pamiętam, to Star Trek za mojego dzieciństwa pojawiał się chyba częściej. Na szczęście były kasety wideo. Złośliwym fanom Lucasa, a jednocześnie antyfanom kapitana Kirka seanse Star Treka z pewnością dawały satysfakcję z niedoinwestowania efektów specjalnych. Akurat do nich nie należę i nie dzielę ludzi na tych spod znaku Federacji i całą resztę, lecz mnie również czasami wydawało się okropnie nudne to wieczne siedzenie na mostku USS Enterprise.

Niemniej dla fana Gwiezdnych wojen znajomość konkurencyjnego cyklu powinna być wartościowa m.in. ze względów gatunkowych. Star Trek miał coś, czego Star Wars nie posiadały, chociaż wielu ich miłośników usilnie starało się te cechy w nich dostrzec – naukowość. Oglądanie przygód Kirka uświadamiało, że Hanowi Solo wraz z jego Sokołem Millennium naprawdę niewiele brakuje do najbardziej naukowego elementu całej sagi. Lucas postawił jednak na Nową Przygodę i kosmiczny western, a nie latające z nadświetlną laboratorium badawcze. Dzisiaj, gdy znamy już zakończenie sagi, nie ma to znaczenia. Nawet gdyby Han Solo żył, nie przywróciłby do życia franczyzy, z której faktycznie startrekowi nerdzi mogą śmiać się do rozpuku.

Advertisement
Kosmiczne jaja (1987), reż. Mel Brooks

Mam wrażenie, że Mel Brooks miał zamiar nakręcić raczej prześmiewczą komedię z akcją co chwilę zatrzymywaną na absurdalnych gagach, a wyszła mu jednak całkiem przygodowa historia.

Na całe szczęście. Amerykanie lubią pod tym względem przesadzać. Często również przekraczają granice dobrego smaku. Mel Brooks również to w pewnym sensie zrobił, bo niemiłosiernie wyśmiał najważniejsze postaci i ideały Gwiezdnych wojen. Nie poszedł jednak w zwykłe ekranowe chamstwo. Stworzył opowieść komediową, ale i równie bajkową, co Star Wars, a jak wiemy, przede wszystkim owa baśniowość i oddanie hołdu dziecięcym marzeniom przyświecało George’owi Lucasowi, gdy pisał kolejne wersje scenariusza swojej sagi. Mel Brooks zaś nadał tej opowieści prześmiewczą formę i wymieszał ją z wątkami znanymi z innych produkcji science fiction.

Advertisement

Jak widać, Star Wars czują się świetnie w obecności Obcego, Odysei kosmicznej czy Star Treka. Subwersja w czystej postaci.

Mój własny wróg (1985), reż. Wolfgang Petersen

Tego znakomitego filmu nie ogląda się dla efektów specjalnych w postaci wymyślnych kosmicznych bitew. Ogląda się go przede wszystkim dla znakomitej gry aktorskiej Dennisa Quaida (pilot Willis Davidge) i Louisa Gosseta Jr. (pilot Draców Jeriba Shigan). Dzięki nim relacje człowiek–obcy zostają przeniesione na zupełnie nowy dla kina science fiction poziom ukazywania psychologii postaci.

Advertisement

A gdy pojawia się dziecko obcego i rozpoczyna walka o jego przetrwanie i wychowanie, nie można już oderwać się od ekranu. Jest gęsto od analogii do naszego społeczeństwa, a fani Gwiezdnych wojen może dostrzegą jakieś dalekie echo podobieństwa między losami pilota Davidge’a i Luke’a Skywalkera. Obydwaj na początku swojej drogi są pełni lęku i nienawiści. Większość fabuły Mojego własnego wroga dzieje się w studyjnej scenerii bardzo podobnie zbudowanej pod względem stylu do pamiętnej planety Dagobah, na którą udał się w Imperium kontratakuje Skywalker, żeby pod okiem Yody dokończyć szkolenie Jedi.

Ujęcia kamery, sposób gry aktorów oraz prezentacji fantastycznego świata pasują również do najwcześniej nakręconych trzech części Gwiezdnych wojen. Z pewnością fani Lucasa odnajdą się w tej wizji Wolfganga Petersena, której próżno szukać w dzisiejszym, pełnym CGI kinie sci-fi.

Advertisement

Gwiezdne jaja: Część 1 – Zemsta świrów (2004), reż. Michael Herbig

Niektóre ujęcia są faktycznie jak w Gwiezdnych wojnach, z naprawdę dobrze zrobionymi efektami specjalnymi. Dla fanów Gwiezdnych wojen to, że klimat filmu jest mocno gejowski, zapewne nie będzie problemem, o ile nie są miłośnikami wywodów pana Brauna. Nie ma jednak w Gwiezdnych jajach tęczowych flag, a szkoda, lecz wtedy jeszcze pewnie Niemcy nie zdawali sobie sprawy, że symbol ten będzie tak w Polsce popularny. Produkcja Michaela Herbiga powinna zadowolić również miłośników Star Treka. W końcu głównymi bohaterami są kapitan Kork i pierwszy oficer Spuck.

Pojawia się również Imperator, a nawet ktoś w rodzaju Dartha Vadera z astmą. Oglądając film, można odnieść wrażenie, że aktorzy dobrze się bawili na planie. Niech jednak gwiezdnowojenni nerdzi uważają. Legendy sagi George’a Lucasa są przez Niemców traktowane z dużym przymrużeniem oka.

Advertisement
Tureckie gwiezdne wojny (1982), reż. Çetin İnanç

Podobnie jest u Turków. Z tym że oni byli jeszcze bardziej pomysłowi, po turecku oczywiście. Zaproponowali ciekawe rozwiązanie problemu braku środków na realizację drogich sekwencji rozgrywających się w kosmosie. Wykorzystali po prostu oryginalne nagrania z Gwiezdnych wojen.

Wygląda to zgoła dziwnie, gdy na tle szarżujących TIE-fighterów – co oznacza dosłownie ekran, na którym jest wyświetlany z rzutnika film Lucasa – pojawiają się głowy pilotów w hełmach, którzy udają, że walczą. Na tym nie koniec dziwów. Sama fabuła jest równie odjechana co odwaga realizacyjna Turków. Wyobraźcie sobie, że Ziemię zamieszkuje bardzo zaawansowana cywilizacja Ziemian, czego w sumie po nich aż tak bardzo w filmie nie widać. Nagle w kosmosie pojawia się brodaty złoczyńca i chce za wszelką cenę Ziemię podbić. Nie może jednak tego zrobić, bo Ziemianie wymyślili pole siłowe, otaczające naszą planetę niemal jak osłona planety Scarif z Łotra 1. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że owo pole siłowe zrobione jest z komórek mózgowych, a brodaty najeźdźca mózgu nie posiada. Tak, dokładnie, nie ma mózgu. Dlatego też musi schwytać któregoś z Ziemian, żeby wypreparować jego mózg, Wtedy pokona ziemskie osłony. Niezły odjazd, naprawdę. Wisienką na torcie są walki, niemal jak we wczesnych filmach o klasztorze Shaolin.

Advertisement

A na koniec wyjaśnienie dwóch pojęć (dokładnie rodzajów wnioskowania czy też racjonalnego dyskursu), które nawet w ramach samej krytyki filmowej, literackiej czy też teatralnej są stosowane nader często, zwykle przez krytyków nieświadomie. Definicje nie są encyklopedyczne, a tak skrojone, żeby ich znaczenie było jak najbardziej przydatne w temacie, którym się zajęliśmy – interpretacji sztuki filmowej.

Subwersja – jest odczytaniem dzieła na nowo, zwykle z założonym wcześniej przesunięciem znaczenia na tory zupełnie inne niż interpretacja uznawana przez większość, a nawet przez autora interpretowanego dzieła. Co ważne, ten, kto stosuje subwersję, z początku całkiem dobrze utożsamia się z dziełem. Bynajmniej nie krytykuje go ex post, tylko odkrywa je na nowo. To pewnego rodzaju maska, żeby uspokoić wyczulonego na krytykę odbiorcę.

Advertisement

Tak naprawdę to utożsamienie się z ocenianym czy też dyskutowanym dziełem jest pozorne. W głębi procesu ocennego konstytuuje się nowa interpretacja dzieła, często z początku niemożliwa do zauważenia przez widzów. Aż w końcu wybucha z całą mocą i budzi kontrowersje, albo i nie. Zależy to od celu interpretatora, czy chce szokować, czy może woli działać skrycie, podprogowo. Subwersja nie ma żadnego kolorytu politycznego. Mądrze stosowana pozwala na uniezależnienie się w interpretacji od zastanych symboli i stereotypów. Niemądrze stosowana staje się niebezpiecznym narzędziem propagandy, która może zburzyć stary porządek, budując za jego pomocą nowe mechanizmy semantycznej kontroli, zwłaszcza w stosunku do recepcji historii i narodowych mitów.

Partyzantka semiotyczna – można powiedzieć, że subwersja jest jednym z jej podstawowych narzędzi. Jest to przejawiający się na zewnątrz akt sprzeciwu wobec aktualnie dominującej narracji, dokonywany często w imię partykularnych interesów jednej grupy społecznej, która uzasadnia swoje postępowanie wiarą w ideę bądź obecność istoty doskonalszej od człowieka. Semiotyczna partyzantka jest skrytą dekonstrukcją przyjętych znaczeń. Odbywa się nie wprost, jakby na tyłach „wroga”. Partyzantka semiotyczna podobnie jak subwersja nie ma żadnego kolorytu politycznego czy ideologicznego, natomiast jest wykorzystywana przez grupy dysponujące wielkimi narracjami, co widać np.

Advertisement

w naszej polskiej rzeczywistości – deprecjacja symbolu tęczy, uzależnianie moralności od poglądów religijnych czy też – w ramach krytyki filmowej – często spotykane próby dewaluacji tytułu filmowego z powodu takiego, a nie innego nazwiska reżysera.

Nie wspominałem o tym wcześniej, ale uważam to za oczywiste, że fani Star Wars orientują się w niezależnych projektach z tego uniwersum, np. Troops, Contract of Evil, George Lucas in Love czy Star Wars: Revelations. Ale to wszystko powyżej to zaledwie drobny zarys tych wszystkich pomysłów, relacji, przyczyn i interpretacji, które doprowadziły do powstania Gwiezdnych wojen oraz ciągle wywołują powstawanie coraz to nowych pomysłów na formę ich obecności w naszej popkulturze. Mam nadzieję, że kiedyś starczy mi czasu, żeby wrócić do tematu.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *