search
REKLAMA
Zestawienie

Filmy, które najpierw POKOCHANO, a potem ZNIENAWIDZONO

Odys Korczyński

24 kwietnia 2021

REKLAMA

Titanic (1997), reż. James Cameron

Czy jest ktoś dzisiaj, kto publicznie, w sensie w towarzystwie, będzie nucił piosenkę z Titanica? Wątpię. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że z tak legendarnego filmu w okolicach premiery dzisiaj niewiele pozostało, prócz obciachowości. Ileż memów zrobiono z pamiętnej sceny na dziobie okrętu z udziałem Leonardo i Kate. Film Camerona nie przetrwał próby czasu, a wręcz stał się synonimem melodramatycznego kiczu. Co mogło więc pójść nie tak? Czyżby aż tak zmienił się gust publiczności? Raczej nie. Po prostu od zarania Titanic był produkcją ziejącą pustką. Kiedy Oscarowy kurz opadł, stała się ona widoczna. Zdawało się, że chociaż pod względem formalnym produkcja jakoś przetrwa – taka była przecież super – jednak to również się nie udało. Dzisiaj Titanic ze swoimi blueboxami wygląda zadziwiająco tanio. Krępuje pretensjonalność historii, a dramat umierania DiCaprio w zimnym oceanie śmieszy. Akurat w przypadku tego filmu nie mówiłbym o jakimś znienawidzeniu, a o niechęci, cringe’u, obciachowości.

Batman Forever (1995), reż. Joel Schumacher

Wizja Batmana Joela Schumachera faktycznie zaskoczyła wszystkich swoją odmiennością, gdyż przed nim był tylko Tim Burton z tych najbardziej wpływowych dla popkultury interpretatorów tej postaci DC. Zaskoczenie było tak wielkie, że nie wszyscy zdołali zaakceptować wizję reżysera, ale nie było jeszcze tak źle. Może faktycznie nie można mówić o jakiejś wielkiej miłości, ale szansy na nią zwłaszcza ze strony młodszych widzów oraz zwolenników wielkich, kolorowych, filmowych przedstawień, a nie mrocznych wizji noir. Val Kilmer uratował film swoją wciąż świecącą popularnością, chociaż osobnikiem łatwym do współpracy nie był. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby zagrał jeszcze raz w Batmanie i Robinie, historia obu tych produkcji potoczyłaby się zgoła inaczej – nie byłyby dzisiaj tak znienawidzone, a wręcz odwrotnie. Batman Forever padł ofiarą hejtu na Batmana i Robina. Wydatnie przyczynił się do tego również sam George Clooney, otwarcie wyrażając żal, że zgodził się zagrać w „takim filmie”. Rola Arnolda Schwarzeneggera również nie należy do wybitnych. I tak gdzieś wśród tych utyskiwań na Batmana i Robina, na reżysera, na Clooneya, zagubił się sam tytuł produkcji, a w świadomości hejtujących, jak to bywa, ograniczonych w pewnym sensie do papugowania wniosków innych, podmienił na Batmana Forever.

Hot Shots! (1991), reż. Jim Abrahams

Tego typu żarty już nie śmieszą, męczą, a nawet żenują lub irytują, ale to wszystko można by jeszcze znieść, gdyby nie Charlie Sheen. Od 1991 roku bardzo się postarał, żeby widzowie sobie go obrzydzili. Na początku lat 90. wydawał się wschodzącą gwiazdą, a jego skłonność do bycia niegrzecznym, przynajmniej jawnie, nie przybierała tak złowrogich kształtów. O wielu rzeczach z jego przeszłości po prostu nie wiedziano. Z czasem przestał się kontrolować. Stał się damskim bokserem, furiatem, a gwałcicielem właściwie był od lat. Od aktora, zwłaszcza tego stojącego na świeczniku, będącego motywacją dla fanów, twarzą reklam, filmów itp., powinno się wymagać odpowiedniej postawy w życiu prywatnym, inaczej na nic ta sztuka wcielania się w pozytywnych bohaterów. Staje się ona kłamstwem rzuconym w twarz widza jak gnijące mięso, o które biją się zdesperowane bezpańskie psy. Tak więc Hot Shots! zestarzał się niespecjalnie, chociaż dawał tak wielkie nadzieje w chwili premiery.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy (2015), reż. J.J. Abrams

Najbliższe dziesięć lat pokaże, czy mam rację, ale widzę pewien trend w przypadku Przebudzenia mocy. Po latach przerwy naprawdę przyjemnie było iść do kina i popatrzeć na dalszy ciąg historii, gdyby tylko ktoś przemyślał jej zakończenie, a nie kierował się wyłącznie odcinaniem kuponów od pomysłów George’a Lucasa. W Przebudzeniu mocy tego jeszcze nie widać, chociaż i tak Rey już nazbyt dużo biega i „wie wszystko”, a raczej „czuje wszystko”. To, co jednak pokazano w kolejnych częściach, a zwłaszcza ostatniej, jest tak płytkie, że krytyka rykoszetem uderzyła w całkiem niezłe i mające szansę na kultowość Przebudzenie mocy. Sytuacja z hejtem na ostatnią część może doprowadzić do tego, że Przebudzenie mocy z filmu ocenianego przez miłośników Star Wars na osiem–dziewięć stanie się częścią znienawidzonego wora, gdzie od lat już przebywa np. Atak klonów.

Bill Cosby Show (1984–1992)

Legenda upadła. Na koniec robię wyjątek, gdyż to sitcom w zestawieniu, gdzie są filmy pełnometrażowe, ale Bill Cosby Show był dla mojego pokolenia jednym z ważniejszych sitcomów. Tworzył klimat telewizji w moim dzieciństwie, a teraz trudno mi nawet pomyśleć, ze względu na te kilkadziesiąt ofiar Cosby’ego, że mógłbym śmiać się z gagów tego człowieka, przestępcy seksualnego figurującego w specjalnym rejestrze dla takich ludzi. Mam nadzieję, że każdy uczciwy odbiorca, który niegdyś kochał ten serial, ma podobne odczucia.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA