Connect with us

Publicystyka filmowa

Oceniamy wszystkie filmy SAMA MENDESA

Odkryj wyjątkowy świat SAMA MENDESA, reżysera, który zaskakuje i wzrusza, a jego filmy to prawdziwe dzieła sztuki filmowej.

Published

on

Oceniamy wszystkie filmy SAMA MENDESA

Oscary już za progiem, a urodzony 54 lata temu w Reading reżyser ma duże szanse na statuetkę w trakcie ich rozdania. Kolejną w dodatku, bo pierwszego Złotego Rycerza otrzymał przy okazji swojego debiutu. Ciekawe przy tym, że mający swoją premierę w ubiegłym roku ósmy film Mendesa znakuje dwudziestolecie jego kinowych dokonań. Czy ta rocznica zostanie wkrótce uświetniona nagrodą Amerykańskiej Akademii Filmowej? Zobaczymy. W międzyczasie przyjrzyjmy się wszystkim filmom tego twórcy – tym razem ocenianych na jeden głos. Tradycyjnie na końcu czeka na was ankieta!

American Beauty (1999)

Wspomniany już debiut wywołał swego czasu niemałą burzę w Hollywood, gdy zgarnął pięć Oscarów. Po latach zaczęto go trochę bagatelizować, sprowadzając całe clou filmu do opowieści o latającej siatce na zakupy. Bynajmniej ta jedna, ocierająca się nieznacznie o życiowy banał scena nie jest tu wątkiem wiodącym. Ostra satyra, którą Mendes osadził na amerykańskich przedmieściach i obśmiał nią tamtejszy tryb życia, stanowi po latach równie celne, diablo dobre, mięsiste kino.
Advertisement

Skromne, ale zachwycające we wszystkich swoich aspektach. Począwszy od aktorskiej stawki, pośród której króluje niepozorny Kevin Spacey (a z której wyróżnia się urocza Mena Suvari jako tytułowa, niewinna piękność), przez wytrawną stronę wizualną i fantastyczną muzykę Thomasa Newmana, dla którego jest to początek owocnej, trwającej do dziś współpracy z reżyserem, a na świetnym, ciętym scenariuszu kończąc. W American Beauty wszystko wydaje się dokładnie na swoim miejscu i tworzy razem wartościową, zaiste oscarową produkcję. Ale też poszczególne elementy fascynują jakby niezależnie od siebie, stając się sztuką samą w sobie i tym samym hipnotyzując niczym rzeczona siatka zarejestrowana na taśmie wideo.

Droga do zatracenia (Road to Perdition, 2002)

W swoim drugim filmie, osadzonym w latach 30. XX wieku, acz opartym o karty komiksu z lat 90.
Advertisement

, Mendes poszedł w mocno hollywoodzką produkcję, tu i ówdzie, ku niezadowoleniu fanów, upraszczając oryginał. Jest to więc poprowadzona klasycznie i bez większych zaskoczeń, odrobinę staroświecka przypowieść o ludzkich grzechach. Siłą tego filmu jest zatem w pierwszej kolejności jego styl, bajeczna wręcz strona techniczna i wylewająca się z poszczególnych kadrów wyjątkowa atmosfera. To jeden z najpiękniej nakręconych gangsterskich fresków w historii kina – ostatni w życiu wirtuoza kamery, Conrada L. Halla, któremu Mendes wiele tu zawdzięcza. Ale i fabularnie jest to kino wysokiej próby, bez żadnej błędnej nuty.

Reżyser wie, kiedy podkręcić dramaturgię, zainteresowanie bądź emocje. Gra na nich doskonale, czyniąc opowieść spójną i konsekwentną, niemal do samego końca ładnie oddającą dwuznaczność tytułu, który w oryginale jest grą słów. Dziś, w dobie rozbuchanych blockbusterów za grubą kasę, Droga do zatracenia nadal zapiera dech w piersiach, wciąż fascynuje moralnie i zniewala swym klimatem. Poraża też spokojem narracji i towarzyszącą jej muzyką, które czynią zeń na swój sposób magiczne kino. Takie, w które łatwo jest wsiąknąć. Do zatracenia po prostu.

Jarhead.
Advertisement

Żołnierz piechoty morskiej (Jarhead, 2005)

Przypuszczalnie najbardziej rozrywkowy film w dorobku Sama Mendesa. Reżyser w chwytliwy, mocno rockowy sposób uchwycił beznadzieję wojny. Biorąc się jednak za wyjątkowo bezkrwawy konflikt w Zatoce Perskiej, przygląda się jej od tej mniej oczywistej strony, uderzając przede wszystkim w psychologię młodych, nabuzowanych żołnierzy. W jednego z nich wcielił się z sukcesem Jake Gyllenhaal, nadając całości dodatkowej energii – w zamian Mendes uczynił go pierwszoligowym graczem, jakim pozostaje do dziś. Do dziś także Jarhead trzyma fason, stanowiąc fascynującą mieszankę niezapomnianych obrazów (te ujęcia płonących pól naftowych!), nieustającego poczucia beznadziei, która nie ustępuje nawet po powrocie do domu, oraz jawnej zgrywy z koszarowego życia. To prawdziwy kalejdoskop gatunkowy, w którym znalazło się także miejsce na celny przytyk do starego kina antywojennego – przemielone przez popkulturową maszynkę, staje się rozrywką dla mas szukających wrażeń.

Tychże wrażeń szukają na froncie bohaterowie. A wraz z nimi widz, który pośród ekscytacji i chaosu znajdzie tu naprawdę dobre, odrobinę niedocenione dzieło, będące spóźnionym dzieckiem tamtej epoki.

Advertisement

Droga do szczęścia (Revolutionary Road, 2008)

Nie wiem, czy w samym swoim założeniu miał to być dyptyk z poprzednią Drogą…, ale należy docenić tu pewien dualizm. Tam, gdzie mieliśmy zatracenie/potępienie, a nawet zagładę rodzinną, tutaj mamy wpisaną w tytuł radość czy wręcz życiową rewolucję. Lata 30. ubiegłego stulecia zamienione zostały na 50., a gangsterski sznyt na suburban drama. Mamy okres przedwojenny, tonący w przemocy i smutku. I okres powojenny, pełen nadziei oraz dobrobytu. Odzwierciedla to także pogoda – uprzednio głównie deszczowa, tutaj za to mieniąca się słonecznym blaskiem.

Paradoks kryje się w tym, że tam, gdzie gangsterskie porachunki kończyły się ostatecznie spokojem ducha i happy endem, tam z pozoru bezpieczna sytuacja rodzinna okazuje się tragedią bez szans na zbawienie dla przyszłych pokoleń. Mendes nie ma dla widza litości, gdy paruje ze sobą dwójkę aktorów, którzy wcześniej przeżyli wspólnie katastrofę Titanica. W porównaniu z nią po przejściu się Drogą do szczęścia trudno jest się podnieść. To film, który emocjonalnie niszczy, zastygając gdzieś tam głęboko w gardle, a nawet w żołądku.

Advertisement

Trudno go tym samym polubić, zwłaszcza że subtelnością nie grzeszy. Ale nie można nie docenić, bo to rzecz wysokiej próby, nawet jeśli przez wzgląd na swą koszmarnie szczerą naturę raczej do jednorazowego przetrawienia.

Para na życie (Away We Go, 2009)

Chyba najmniej charakterystyczny i pamiętny z filmów reżysera, który tutaj skręca nieco w kierunku kina niezależnego. Opowieść o dwójce młodych rodziców, którzy przed zbliżającymi się narodzinami potomka wybierają się w podróż po kraju z zamiarem znalezienia idealnego miejsca na własny kąt, jest – podobnie jak American Beauty – zgrabnym przekrojem przez amerykańskie społeczeństwo. Nierzadko równie trafnym i ciętym w swoich obserwacjach, doskonale również zagranym (świetny drugi plan, który skrzy się od gwiazd!). Ale jakoś pozbawionym większego pazura.
Advertisement

To urocza historyjka, która jednak ani na moment nie sprawia wrażenia wyjątkowej. Ba! Momentami jawi się jako prosta produkcja powstała dla małego ekranu, a nie angażujący bez reszty film kinowy od twórcy z pierwszych stron gazet. Ma to swój urok i na swój sposób prezentuje się wyjątkowo na tle filmografii Mendesa. Nie jest to zresztą zły pod jakimkolwiek względem projekt. Po prostu brakuje mu autorskiego sznytu reżysera, który pozbawiony wielu kluczowych swoich współpracowników, nakręcił dość błahą rzecz, wydającą się tak bardzo nie w jego stylu.

Skyfall (2012)

Niesamowicie plastyczny film, bez cienia przesady najpiękniejszy z tych o angielskim szpionie. I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o fenomenalne zdjęcia Rogera Deakinsa, ale o wszystko to, co pojawia się na ekranie i można podpiąć pod ogólne pojęcie „kompozycja kadru” – scenografia, kostiumy, światło… Pod tym względem ta odsłona Bonda zwyczajnie powala.

Przy czym jest to Bond nietypowy, bo zarówno hołduje on swej historii, w ramach jej okrągłej rocznicy serwując widzom wiele smaczków i odniesień do poprzednich filmów z cyklu, jak i rozlicza się z nią. Mendes wyraźnie celuje tu w tak zwane kino wyższe, doskonale łącząc je przy tym z typową dla Bonda rozwałką, wywołaną przez szalonego przeciwnika z egzotycznej lokacji, przy pomocy masy bezimiennych popleczników. Jest to więc film kontrastów – z powodzeniem kontynuuje gorzki ton nadany serii przez swoisty reboot w postaci Casino Royale oraz z gracją wprowadza 007 w „nowy, wspaniały świat”.

Advertisement

 Zagrywki dobrze znane od czasów Dr No mieszają się tu z wyjątkowo osobistą wendettą, której intymny wymiar idzie w parze z pogłębioną psychologią pełną ukrytych znaczeń. Być może nie jest to miszmasz do końca udany. Być może takie podejście nie zawsze przekonuje. Dodatkowo całość nie ma też tego rozmachu, co wspomniane Casino…, lecz Mendes nadrabia braki wymownym napięciem, świetnym wyczuciem i wielkimi emocjami.

Spectre (2015)

Ogromny sukces Skyfall wysoko zawiesił poprzeczkę, stawiając Mendesa w pozycji godnej prawdziwej gwiazdy. Zajęty czym innym twórca kazał producentom i widzom czekać na siebie dodatkowy rok, na powrót dając się skusić wyłącznie grubym czekiem. I wyszedł mu film zdecydowanie za długi, zbyt nudny i jakby nieudolnie próbujący naśladować wypracowany w poprzedniku styl.

Owszem, pewne wątki ładnie udało się domknąć, ale poza tym Spectre to podróż na autopilocie całej ekipy. Reżyser koncertowo położył sceny akcji, odzierając je z życia oraz energii. Muzyka momentami przerasta sceny, do których została napisana, jednocześnie zatracając cały swój urok. Nie mają go też zdjęcia, które kompletnie nie przystają do wizji zaprezentowanej w Skyfall – być może przez zmianę operatora. Montaż i dźwięk pozostawiają wiele do życzenia. A sam Daniel Craig wygląda na zmęczonego swoją rolą i przez większość czasu beznamiętnie snuje się po ekranie.

Advertisement

Pozostali aktorzy wydają się niewykorzystani w pełni, a cały wątek tytułowej złej organizacji oraz powrót twórców do słynnego nemezis Jej Królewskiej Mości wydaje się przestrzelony i nie pasuje zbytnio do zaprezentowanego w poprzednich odsłonach, nieco bardziej realistycznego podejścia do szpiegowskiego materiału. Rozczarowanie jest faktem – to film pozbawiony charakteru poprzednika, jego klasy i odpowiedniego rytmu. A już najbardziej brakuje mu duszy.

1917 (2019)

Po blisko pięciu latach przerwy Mendes prezentuje wizję wziętą wprost ze wspomnień własnego dziadka. Jego frontowe opowieści z okopów I wojny światowej reżyser przekuł w być może swoje opus magnum, będące czystą magią kina i porywającym przeżyciem audiowizualnym. Co ciekawe, twórca podąża tutaj trochę śladami Avatara oraz Grawitacji, prostą jak budowa cepa fabułę czyniąc fascynującą przede wszystkim pod względem technicznym. Lecz forma idealnie zazębia się tu z treścią, a treść dostaje dokładnie taką formę, jakiej potrzebowała i całość nie jest jedynie jednym wielkim popisem technicznych możliwości. Ambicje Mendes ma zresztą zdecydowanie większe, gdy uderza w metafizyczne tony tej podróży do jądra ciemności. Człowiek stoi tu w samym centrum wojennego przeżycia, które dzięki specyficznej metodzie realizacji staje się jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem.

To totalna immersja, pokazująca potęgę X muzy i towarzyszących jej doznań. Tu nie ma błyskotliwych dialogów, ciągłych wolt scenariuszowych czy postmodernistycznych zagrywek. Za to są wielkie emocje i autentycznie przejmujące kino, które po prostu chłonie się jak gąbka. I chociaż parę pomniejszych elementów i/lub scen może budzić wątpliwości, a narracja jest, mimo wszystko, dość bezpieczna, to dzieło Mendesa pozostaje kompletne w swym przekazie, jak i pokazie sił. Ostatecznie to jeden z tych filmów, w które się wsiąka i doznaje, a nie analizuje.

Advertisement
A waszym zdaniem trzy najlepsze filmy reżysera to…? Zapraszamy do zabawy!

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *