Publicystyka filmowa
Filmy, które już przed premierą wzbudzały NEGATYWNE EMOCJE
Wszystkie te produkcje pokazują środkowy palec zakłamaniu, populizmowi i moralnej dulszczyźnie.
Jest ich wiele, lecz wybrałem złotą dziesiątkę najbardziej emblematycznych i w tej chwili znanych w Polsce. Wszystkie te produkcje pokazują środkowy palec zakłamaniu, politycznemu populizmowi, moralnej dulszczyźnie i wąskim intelektualnym horyzontom, a to wzbudza agresję, bo prócz niej nie ma innych argumentów ze strony ludzi tak słabych, że owe krytykowane w filmach tematy zdołały w ich umysłach rozgościć się, jako „prawdziwe” wersje otoczenia, w którym żyją. Nie poprzedziła tego procesu żadna racjonalna refleksja, jak zwykle powinna, nim przyjmiemy model sterujący na tak podstawowym poziomie naszym zachowaniem.
Było tylko coś na kształt socjalizującej tresury, a potem już ujadanie wygłodniałych psów; albo – jak trafnie określił społeczeństwo jako całość w wywiadzie dla „The Independent” Tim Burton – atak wściekłych wieśniaków z widłami. Tak więc poniżej 10 produkcji, które owi „wieśniacy” chętnie nabiliby na swoje rolnicze narzędzia. Polskę reprezentują dwie produkcje idealnie oddające, jak władza wysługuje się religią i strachem przed mniejszościami, żeby sterować swoim „twardym” elektoratem.
„Zielona granica” (2023), reż. Agnieszka Holland
Jak stwierdziła Agnieszka Holland, to jest szambo nienawiści, i co najgorsze – szambo nienawiści sterowane przez obecną polską władzę, a to wiele zmienia. Hejt w sieci jest zjawiskiem powszechnym, odkąd ludzie o niewykształconych prawidłowo reakcjach społecznych uświadomili sobie, że jest takie miejsce, gdzie można właściwie bezkarnie nękać innych. Czymś innym jest jednak hejt z zapleczem, czymś w rodzaju systemowego uzasadnienia, przyzwolenia ze strony tych, których zadaniem jest kształtowanie prawa, a więc systemu zasad, które potencjalnie powinny wpływać na uporządkowanie relacji w społeczeństwie, żeby funkcjonowało ono lepiej, ergo było dla jego członków bezpieczniejsze.
Hejt na Zieloną granicę jest właśnie hejtem z zapleczem, poduszką, na którą hejterzy mogą wygodnie upaść, żyjąc w przekonaniu, że realizują plan obrony swojego kraju przed wyimaginowanym atakiem ze strony Niemiec. Nazywanie reżyserki mianem „Agnes Höchland”, zestawianie jej na memach z nazistowskimi zbrodniarzami, a nawet sugerowanie, że po wyglądzie jej obrońcy zdają się tacy, a tacy, i wypadałoby się ich „pozbyć”, jest wyrazem neonazistowskich zapędów polskich środowisk prawicowo-religijnych, które teraz się gwałtowniej uaktywniły, ale są z nami od lat w postkomunistycznej RP.
Władza zastrasza uczniów, dyrektorów szkół, a nawet próbuje wpłynąć na kina, a to oznacza, że jest przerażona filmem i nie ma argumentów, żeby go skrytykować. Kino, czyli sztuka tworzenia fikcyjnych światów, które mają za zadanie dawać rozrywkę i zmuszać do refleksji widzów, znów okazało się tą dziedziną sztuki, której boi się PIS-owska władza, jak niegdyś bali się kina komuniści. Gdyby jeszcze u steru byli na dokładkę konfederaci, mielibyśmy już zestaw wybitnie destrukcyjny, niszczący polską tożsamość narodową i moralność na elementarnym poziomie, a tak jest jeszcze nadzieja. Mnóstwo osób ciągnie do kin, a hejterzy jak zwykle w swojej głupocie nie dostrzegają korelacji między intensywnością formułowanych przez nich kalumnii (tylko świnie siedzą w kinie) a rosnącą popularnością hejtowanego filmu.
„Kler” (2018), reż. Wojciech Smarzowski
Nie milkną echa kolejnej orgietki, tym razem na plebanii w Dąbrowie Górniczej, a więc warto przypomnieć głośny swego czasu film Kler, piętnujący obłudę kościoła katolickiego na poziomie zarówno parafialnym, jak i tym najwyższym, biskupim. Film wzbudził liczne kontrowersje. Wśród katolików zawrzało, a część z nich, jak od wieków wobec krytyki religii ze strony różnych dziedzin sztuki, wpadła w agresywną histerię. Jak zawsze też w ramach tzw. polskiego sojuszu sutanny z królewskim berłem, odezwali się politycy z wiadomej części sceny politycznej, sądząc, że nastąpił właśnie koniec ich dusznego świata, bo ktoś odważył się napiętnować katolicką hipokryzję.
Nie było jednak aż tak źle, jak w przypadku Zielonej granicy, chociaż kina odmawiały puszczania Smarzowskiego, jako reżysera wrogiego nie tylko religii, ale i polskiemu państwu, jakby państwo, religia i polskość były semantycznie tożsamymi pojęciami. Spójrzmy jednak na problem nieco szerzej, bardziej ludzko. Zacznijmy od tej nieszczęsnej orgietki w Dąbrowie Górniczej. Może kiedyś stanie się ona tematem jakiegoś epizodu w komedii na temat polskiego grajdołka, ale na razie wypowiedzi kościelnych hierarchów są nieco przesadzone, histeryczne – chcą coś wyrywać z korzeniami, karać, bynajmniej nie przenosić na inną parafię itp.
, a przecież uczestnicy tej imprezy byli dorośli, nikogo niewinnego nie krzywdzili, a wręcz odważnie zdecydowali się zrobić nareszcie coś dla siebie, zrealizować swoje naturalne potrzeby. Żadna sutanna, jak to sobie wyobrażają katoliccy puryści, tego nie zablokuje, względnie uczyni z takiego człowieka osobę zaburzoną i nieszczęśliwą. Podziwiam ich więc za odwagę myślenia o sobie, natomiast zapewne skrytykuję za dwulicowość, bo opowiadają swoim owieczkom zupełnie coś innego, niż robią. Podobnie jest u Smarzowskiego w Klerze.
Ci księża również starają się robić coś dla siebie, może przy tym krzywdzą innych, ale reżyser w żadnej z trzech postaci księży nie pokazał kogoś tak naprawdę godnego potępienia – ksiądz Tadeusz Trybus (Robert Więckiewicz) finalnie zrzucił sutannę, ksiądz Leszek Lisowski może i podle, ale osiągnął swój karierowiczowski cel, szantażując jeszcze podlejszego arcybiskupa Mordowicza (Janusz Gajos). Najmniej jasna, aczkolwiek dramatyczna sytuacja wydarzyła się w przypadku księdza Andrzeja Kukuły, który popełnił samobójstwo.
Jego historia uczy, że niekiedy warto wstrzymać się z wydaniem przedwczesnego wyroku, bo dosłownie można kogoś nim zabić. Dlaczego więc film został tak oprotestowany, skoro pokazał tylko, jak bardzo zdegenerowaną i na wskroś złą organizacją jest kościół rzymski? Bo uświadomić sobie właśnie to, że jest się częścią tak brudnej eklezji, oznacza przyjęcie na siebie części tej winy, za te wszystkie ofiary, oszustwa i przestępstwa, nie tylko wobec świeckich ofiar, ale i księży, którzy zakładając sutanny, nieraz nie zdają sobie sprawy, jakie piekielne i deprawujące wrota przekraczają. Liczba widzów w kinach przekroczyła najśmielsze oczekiwania, bo jak zawsze hejterzy dali produkcji darmową reklamę – bezcenni są.
„Żywot Briana” (1979), reż. Terry Jones
No cóż, chłopakom z Monty Pythona udało się sprowokować nie tylko chrześcijan, ale i Żydów, i Arabów. W sumie jednak są to systemy religijne czerpiące z siebie, kopiujące własne symbole i ryty, więc wszystko zostało w „rodzinie”, nawet gniew. Jak to celnie ujął John Cleese, Żywot Briana wcale nie jest heretycki. On tylko pokazuje prawdę, czyli to, jak wyznawcy przeinaczyli nauki twórców poszczególnych religii oraz zawłaszczyli nawet pojęcie Boga, żeby dopieprzyć sąsiadowi, który np.
w niego nie wierzy. Oczywiście te wnioski wyciągane przez Cleese’a również należy traktować prześmiewczo, jak taki żart w żarcie oparty na kolejnym dowcipie. Jeden z najsłynniejszych filmów Monty Pythona więc od samego początku został znienawidzony przez katolików, protestantów, Żydów i pewnie również Arabów. Ich najświętsze symbole zostały zbrukane do cna. Sprzeciw był tak wielki, że znalazły się kraje, które zakazały wyświetlania Żywotu Briana, a ich nazwy mogłyby współcześnie zaskoczyć, bo kojarzą się nam z wysokimi standardami życia, zarówno tego materialnego, jak i intelektualnego.
Polska nie jest więc aż takim zaściankiem Europy, jak się niektórym wydaje. Niektóre zakazy wyświetlania zdjęto dopiero w XXI wieku, a więc nienawiść się chyba z czasem zmniejsza, przynajmniej w części środowisk. Dzisiaj Żywot Briana jest jednym z symbolicznych filmów zwłaszcza dla młodego i zlaicyzowanego pokolenia, które uwielbia śmiać się z „ukrzyżowanka dla każdego”, albo/i „kutasa wielgusa”.
„Ksiądz” (1994), reż. Antonia Bird
Pamiętam, jak księża ostrzegali przed tym „ohydnym” filmem obrażającym naznaczonych łaską naśladowców Jezusa w postaci księży. I znów większość krytykantów nawet produkcji nie obejrzała, no bo przecież nie wolno oglądać czegoś, co jest zakazane. Kiedy film Ksiądz pojawił się w Polsce, byliśmy jeszcze całkiem nieopierzoną demokracją. Ja byłem nastolatkiem, który po kryjomu szukał w osiedlowych wideotekach filmów o czarnych jak smoła, foliowych okładkach, zasłaniających to, co najbardziej interesujące. Dobrze, że byłem już wtedy na tyle wysoki, żeby dostać się do najwyższych półek, gdzie sobie owe filmy w kupce siedziały i czekały na lepkie od nerwowego potu ręce.
Czarna okładka Księdza przypomina mi tamte czasy i wciąż gdzieś podświadomie sugeruje obecność erotycznego tabu, którego tak naprawdę nie ma w filmie zbyt wiele. Kilka męskich pocałunków, jedna dłuższa scena seksu i tyle. O co kruszyć więc kopie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy dostęp do materiałów pornograficznych ma każdy z poziomu własnego smartfona. Dla Polaka-katolika jednak nie tyle ten seks był w Księdzu wstrząsającym przeżyciem, ile stosunkowo nowe dla polskiej rzeczywistości katolickiej stwierdzenie, że duszpasterz może chodzić na bok z kolegą poznanym w klubie dla gejów.
Przypomnę wam teraz jedną ze scen z Księdza, od której film się zaczyna. Sfrustrowany zwolnieniem z posługi ksiądz Ellerton naciera jak rozjuszony byk na jedno z okien w siedzibie biskupa. Trzyma w rękach pokaźnych rozmiarów krucyfiks, który służy mu za taran. Cofnijmy się jeszcze kilkanaście sekund do momentu, kiedy Ellertona otaczają bawiące się przy ognisku robotnicze dzieci. Dotykają go, krzyczą, idą za nim, zupełnie jak zabiedzeni apostołowie za swoim mistrzem Jezusem. Po drugiej stronie społecznej barykady, za szybą w zdobnym oknie, stoi ksiądz biskup. Zadbany, nakremowany, w idealnie wyprasowanym mundurku gapi się na krzyczącego ojca Ellertona.
Co ten skostniały hierarcha ma wspólnego z tym światem biednych robotników, obdartych dzieci, kryptogejów z darkroomów, bitych przez sutenerów dziwek, alkoholików, ćpunów i innych społecznych farfocli? Wszystko, co umie powiedzieć Elletronowi, to „Czas iść dalej”. Księdzu Gregowi za to, kiedy ten po próbie samobójczej leży w szpitalu, oświadcza: Najlepiej przysłużysz się Bogu, spieprzając z mojej diecezji.
Zza koloratki trudno poczuć smród prawdziwego życia, skoro mateczka kościół dosłownie pierze ci majtki, a przy okazji do nich zagląda.
„Egzorcysta” (1973), reż. William Friedkin
Nawet dzisiaj film ten dla niektórych środowisk jest kontrowersyjny. Trudno, żeby nie protestowali, jeśli opętana nastolatka wielokrotnie dźga się krzyżem w genitalia. Dziwne sytuacje na planie, pożary i kontuzje skłoniły reżysera Williama Friedkina do pobłogosławienia miejsca kręcenia jego „przeklętego” filmu przez księdza. Cenzorzy narzekali na podprogowe przekazy ukryte w kadrach. Linda Blair przez wiele miesięcy potrzebowała ochroniarza. To film, który wywołał gwałtowne reakcje, mało tego: uważa się, że jest przeklęty. Tak więc śmierć dopadła kilka osób niedługo po skończeniu zdjęć, co wcale aż takie osobliwe nie jest, lecz działa na wyobraźnię.
Zmarli np. Jack MacGowran, który grał Burke’a Denningsa, i Vasiliki Maliaros, która wcieliła się w matkę księdza Damiena. Zmarł również technik systemu chłodzącego w pokoju opętanej Regan oraz dopiero co urodzone dziecko asystenta kamerzysty. Sama zaś Linda Blair, która grała opętaną, nabawiła się kontuzji kręgosłupa z powodu awarii jednego z mechanizmów przytrzymujących ją na łóżku, gdy ta się miotała dręczona przez demona. Kontuzja dopadła także Ellen Burstyn. Aktorka złamała kość guziczną.
„Pasja” (2004), reż. Mel Gibson
Miałem wyjątkową nieprzyjemność być na tym filmie w kinie, oczywiście przywołany licznymi kontrowersjami, które snuły się wtedy w środowisku medialnym i raczkującym dopiero hejcie internetowym. To jednak, że miałem wyjątkową nieprzyjemność, nie oznacza, że uważam obraz wyreżyserowany przez Mela Gibsona za zły czy też szkodliwy. Owszem, to kino pełne przemocy, naturalistyczne, manifestujące ofiarę i czyniące z tej ofiary jedyny sposób przedostania się dalej, do szczęścia, zbawienia, wiecznego życia, nieważne, dalej, za kotarę pełnego śmierci świata fizycznego. Mało tego: uświęconym narzędziem okazały się narzędzia tortur takie jak np.
krzyż, flagrum, sznur do wiązania rąk, wszelka inna broń użyta do zamęczenia Jezusa. Mel Gibson jako tzw. tradycjonalista (odłam KK) paradoksalnie nakręcił werystyczny obraz religii chrześcijańskiej, której maską jest miłosierdzie, natomiast korzenie są wybitnie pogańskie, czego zresztą przykładem jest uświęcenie krzyża, narzędzia tortur i śmierci. Świetnie to pokazał właśnie Mel Gibson i dziękuję mu za tę produkcję – jakże prawdziwą, tak oprotestowaną przez środowiska, co ciekawe, nie katolickie, a żydowskie.
Przypomina mi się w tym kontekście celne stwierdzenie interesującego się filmem krakowskiego profesora filozofii Jana Hartmana, który stwierdził, że nie ma żadnych powodów, żeby chrześcijańskie wierzenia traktować inaczej niż mity greckie czy skandynawskie. Melowi Gibsonowi się udało. Potraktował wiarę chrześcijańską jak system wierzeń pogańskich, za co trzeba go docenić, chociaż zapewne zrobił to nieintencjonalnie.
„Zadanie specjalne” (1980), reż. William Friedkin
Protestują nie tylko konserwatyści, ale i środowiska wolnościowe, tęczowe i liberalne. Może nie robią tego aż tak efektownie jak prawica, ale ich głos potrafi być ciężki do zniesienia przez filmowców, jak w przypadku Zadania specjalnego. Po Egzorcyście William Friedkin nie odpuścił. Nakręcił kolejny kontrowersyjny obraz tym razem o karkołomnym, wydawać by się mogło, zadaniu, które znakomicie zrealizował detektyw Steve Burns (Al Pacino) – udawał homoseksualistę, żeby złapać mordercę homoseksualistów.
Kiedy Lorimar Film Entertainment ogłosiło plany wyprodukowania adaptacji powieści Geralda Walkera Cruising w reżyserii Williama Friedkina, alternatywne media w Nowym Jorku wpadły w histerię. Nim jeszcze ktokolwiek film zobaczył, zaczęto twierdzić, że nowy tytuł Friedkina będzie najbardziej opresyjnym i bigoteryjnym spojrzeniem na homoseksualizm, jakie kiedykolwiek pojawiło się na ekranie. Mało tego: aktywiści gejowscy namawiali Nowojorczyków, aby zrobili wszystko, co w ich mocy, żeby zrujnować zdjęcia w West Village. Niestety wielu ich posłuchało. Rzucali butelkami, używali gwizdków podczas ujęć, a nawet próbowali zakłócać pracę kamer, odbijając światło słoneczne na aktorów za pomocą lusterek (zajączki).
„Ostatnie kuszenie Chrystusa” (1988), reż. Martin Scorsese
Martin Scorsese zręcznie połączył w filmie trzy elementy: seks, przemoc i Jezusa. Jest to jakże nowatorskie spojrzenie na powieść Nikosa Kazantzakisa o ludzkim Synu Bożym. Eksperci ją potępili. Watykan i liczni chrześcijanie głośno sprzeciwili się wydłużonej sekwencji, w której Jezus wyobraża sobie alternatywne życie dla siebie (w tym skąpane w słońcu sceny seksu) z prostytutką Marią Magdaleną. Jedna z francuskich grup fundamentalistów wrzuciła koktajle Mołotowa do paryskiego teatru, raniąc kilku widzów. A w niektórych krajach zakazano oglądania filmu (nadal nie można go wyświetlać na Filipinach ani w Singapurze).
Jeśli coś się w tej sprawie zmieniło, dajcie znać. W historii kina pozostał jednak rzetelnie nakręcony i udźwiękowiony film, który cieszy oko, ale i prowokuje do myślenia. Ostatnie kuszenie Chrystusa to dzieło ludzi, których życiem jest naprawdę kino, którzy w nie wierzą, w humanistyczną moc podtrzymywania w dobrym stanie naszego człowieczeństwa, na przekór religijnym mitom pasującym do swoich dawnych czasów, ale już nie do naszego świata.
„Dogma” (1999), reż. Kevin Smith
Trudno w to uwierzyć, lecz formy wiary u ludzi są nieraz bardzo nieinstytucjonalne, ale emocjonalne, więc przyjmuję ten fakt. A więc scenarzysta i reżyser Dogmy Kevin Smith jest praktykującym katolikiem, który w swoich filmach często porusza kwestie wiary, tyle że robi to z dystansem, i nieraz bardzo prześmiewczo. Niektórym się to jednak nie spodobało. Nie zrozumieli konwencji. Uznali, że film jest atakiem na ich ukochany kościół. Dogma, bogata w wulgaryzmy satyra na współczesną religię, doczekała się przez nich dwóch dat premiery i dwóch dystrybutorów, zanim zadebiutowała wśród burzy protestów. Do jednej z protestujących grup w New Jersey dołączył incognito sam Kevin Smith. Film odniósł znaczny sukces, a kościół katolicki wciąż istnieje.
„Guru miłości” (2008), reż. Marco Schnabel
Z pewnością oglądaliście tę komedię i nie przyszło wam do głowy, że można przeciw niej protestować. To jest właśnie dowód na to, jak nieobiektywnie działają grupy protestujące, których motywacja zrelatywizowana jest do czegoś, co powinno być jedynie nakładką na człowieczeństwo, a nie to człowieczeństwo definiować – kultury. Komedia Mike’a Myersa przedstawia go jako jednego z najlepszych guru w Indiach, tyle że jest on białym chłopcem ze sztuczną brodą, głupim indyjskim akcentem i dziwną tendencją do otaczania się slapstickową przemocą. Tak więc społeczność hinduska, rzecz jasna ta co bardziej konserwatywna, rozpoczęła protesty.
Kilka indyjskich i amerykańskich gazet, stron internetowych donosiło o gniewie, protestach, petycjach i próbach bojkotu ze strony Hindusów, koncentrując się na tym, jak film kpi z hinduizmu i lekceważąco odnosi się do świętej relacji guru–uczeń. Warto jednak zauważyć, że większość protestów wydaje się sprowadzać do jednego bardzo aktywnego inicjatora: samozwańczego rzecznika hinduskiego Rajana Zeda, prezesa Universal Society Of Hinduism (grupa najwyraźniej powstała w czasie, gdy Zed rozpoczął swoje protesty). Wiem, że nie czujemy tego w ogóle. To nie nasza kultura, ale mechanizm protestów podobny.
