search
REKLAMA
Filmowy profiler

Filmowy profiler #18. Travis Bickle. Taksówkarz

Karolina Chymkowska

24 kwietnia 2017

REKLAMA

Kino przyzwyczaiło nas do wizerunku złamanego życiem, zgorzkniałego i nieprzystosowanego weterana wojny w Wietnamie, dla którego nie ma miejsca w powojennej rzeczywistości i który nie potrafi się odnaleźć, a przeżyta trauma nieustannie zagraża jego kruchej równowadze psychicznej. W wojnie w Wietnamie brało udział dwa i pół miliona Amerykanów. Około sto pięćdziesiąt tysięcy wróciło z ranami, często z amputowanymi kończynami. Dwadzieścia jeden tysięcy z nich było trwale niezdolnych do podjęcia zatrudnienia. Pomoc socjalna i wsparcie medyczne, jakie im zaoferowano, nie były w żadnym razie wystarczające, co więcej, spotykali się też z jaskrawo demonstrowanym ostracyzmem części społeczeństwa. Wedle statystyk około siedmiuset tysięcy żołnierzy wróciło do domów z symptomami stresu pourazowego, jednak zaczęto o tym głośno mówić dopiero w 1979 roku. Dwieście dolarów miesięcznej zapomogi dla niesprawnych weteranów to nie był w żadnej mierze majątek. Wielu się stoczyło, wielu zeszło na drogę przestępstwa – w ciągu dekady po zakończeniu wojny w Wietnamie aresztowano z takich czy innych powodów aż 25% weteranów. Ponad sto tysięcy osób popełniło samobójstwo (wszystkie liczby przytaczam za portalem thevietnamwar.info). Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero w latach osiemdziesiątych. Dobrze mieć w pamięci te dane, analizując postać Travisa Bickle.

W ramach ciekawostki warto dodać, że tak zwany syndrom wietnamski bardzo krótko był używany jako określenie powojennej traumy pojawiającej się u weteranów. Pod koniec lat siedemdziesiątych miał już znaczenie ściśle polityczne, ukute przez Henry’ego Kissingera i spopularyzowane przez Ronalda Reagana. Odnosił się do niechęci Stanów Zjednoczonych do udziału w działaniach zbrojnych za oceanem. Wojna w Wietnamie poważnie podkopała amerykańskie morale, przełożyła się na spadek zaufania wobec rządu i zarysowanie się głębokich społecznych podziałów. Istniała zatem obawa, że jakakolwiek inicjatywa wojenna może być postrzegana jako “następny Wietnam”.

O służbie wojskowej Travisa wiemy bardzo mało. Nie należał jednak z pewnością do tych, którzy pozostawali daleko poza linią frontu. Istnieją pewne różnice między oryginalnym scenariuszem Paula Schradera i interpretacją Martina Scorsesego, przedstawioną w filmie i przywoływaną przez niego w wywiadach. W pierwotnej wersji Bickle należał po prostu “do Armii”, wspomina też, że miał do wykonania “misję specjalną”. W filmie jest identyfikowany konkretnie jako żołnierz piechoty morskiej, a zdaniem Scorsesego to członek jednostki specjalnej. Potwierdza to nóż, którym się posługuje: Ka-Bar. Reżyser, jak wynika z jego dalszych słów, błędnie jednak zakłada, że takimi nożami posługiwały się wyłącznie elitarne jednostki, w rzeczywistości był on standardowym wyposażeniem marines.

W jednej ze scen jest widoczny wycinek z gazety z następującym zdaniem: “Travis Bickle, 26, has been a hack driver for the past six months since he came to New York upon leaving the Services where he fought in a special forces unit in Viet Nam”. Analizujący film sugerowali, że Scorsese mógł utożsamić jednostki specjalne piechoty morskiej (United States Marine Corps Special Operations Capable Forces) z jednostkami specjalnymi wojsk lądowych, czyli Zielonymi Beretami (Army Special Forces), dlatego Bickle jest w filmie pokazany jako weteran marines z powodu wspomnianej w scenariuszu misji. Nie to jest jednak najważniejsze. Liczy się fakt, że – znowu powołując się na słowa reżysera: “doświadczał życia i śmierci podczas każdej sekundy pobytu w południowo-wschodniej Azji… Wietnam wpłynął na niego, dusi to w sobie, aż w końcu eksploduje”. Nie znając szczegółów służby wojskowej Travisa, znamy jednak jej konsekwencje: utrzymującą się depresję, chroniczną bezsenność, nawracające bóle głowy, dręczące bóle żołądka, nawet desperackie próby samoleczenia się przez spożywanie niesamowitych ilości cukru, chwilowego poprawiacza nastroju.

Samozwańczy mściciel

Vigilante w wersji filmowej zazwyczaj jest otoczony nimbem prawości i słuszności, jego postać jest skonstruowana tak, by widownia mogła się identyfikować zarówno z nim, jak i z jego misją. W rzeczywistym życiu jednak problem jest dużo bardziej złożony. Przyjrzyjmy się kilku najbardziej znanym przypadkom. Najsłynniejszym z nich jest chyba przypadek Bernharda Goetza, często porównywanym przez tabloidy z postacią Charlesa Bronsona z Życzenia śmierci. W grudniu 1984 roku Goetz został zaczepiony przez grupę czarnoskórych młodzieńców w nowojorskim metrze. Tak się złożyło, że kiedyś już padł ofiarą napadu i wedle własnej opinii nie doczekał się należytej sprawiedliwości, więc tym razem postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Wyciągnął broń i oddał łącznie pięć strzałów. Najgorzej dostało się Darrellowi Cabeyowi: po pierwszym strzale Goetz skomentował “nie wyglądasz tak źle, masz jeszcze jeden”. Cała czwórka rzekomych napastników przeżyła, Cabey został jednak trwale sparaliżowany. Sprawa Goetza, nazwanego przez gazety “The Subway Vigilante”, wzbudziła sporo kontrowersji, głównie z uwagi na kolor skóry uczestników zdarzenia i wyroku, jaki otrzymał Goetz: osiem miesięcy za posiadanie niezarejestrowanej broni. Nie udało się też ostatecznie stwierdzić, czy faktycznie został napadnięty, czy też może źle zinterpretował sytuację.

Rozważając kwestię aprobaty dla postawy vigilante, trzeba mieć na uwadze kilka rzeczy, które z punktu widzenia realiów filmowych nie mają większego znaczenia: na ekranie obserwujemy motyw zemsty z przyjemnością, ma on efekt oczyszczający, sprawiedliwość się dokonała, chociaż system zawiódł, nie jesteśmy więc wobec niego tak całkiem bezbronni. To zwiększa nasze poczucie siły, daje specyficzne wrażenie komfortu. Samotny mściciel czuwa, a my jesteśmy bezpieczni, bo ktoś opowiada się za nami, jest po naszej stronie. W realnym życiu jednak może dojść do katastrofalnej pomyłki – taką popełnili Gary Sellers i Robert Bell, pragnący wykurzyć z sąsiedztwa mężczyznę ukaranego za posiadanie dziecięcej pornografii. Podpalili jego dom. Faktyczny obiekt zemsty został uratowany z płomieni, zginęła natomiast jego żona, całkowicie niewinna kobieta.

Bernhard Goetz, The Subway Vigilante

Druga kwestia: czy odpowiadając ciosem na cios, pozbawiając ludzką istotę życia, nie stajemy się w gruncie rzeczy podobni do tego, kogo chcemy ukarać? Spójrzmy na przypadek Kena McElroya. W małym miasteczku Skidmore w Missouri wszyscy się go bali. Jednak co trafiał do więzienia, to szybko z niego wychodził, znakomicie bowiem potrafił zastraszać świadków. W 1973 roku czternastoletnia dziewczyna zaszła z nim w ciążę. Nie żałował ciężkiej ręki ani jej, ani dziecku. W 1980 roku zabił sędziwego sklepikarza. I znów wykpił się kaucją. W 1981 roku ktoś wreszcie postanowił położyć temu kres. Świadkami śmierci McElroya, zastrzelonego we własnej ciężarówce, było prawie pięćdziesiąt osób. Nikt nie zadzwonił po karetkę, chociaż w ciężarówce znajdowała się też żona McElroya. Nikt potem niczego nie pamiętał. Żona opisała napastnika, ale nikt nie potwierdził jej słów. Zmowa milczenia panuje w mieście do tej pory.

I wreszcie trzeci problem, czyli nakręcanie przemocy przemocą. Szczególnie widoczne wtedy, gdy do głosu dochodzi motłoch. Motłoch bowiem zmiata wszystko, co napotyka na swojej drodze, często popełniając przy tym błędy. Zlinczowany w 1915 roku Leo Frank kilka lat później okazał się niewinny. Kiedy w 2013 roku zmarła ofiara gwałtu popełnionego przez Santosa Ramosa w Boliwii, tłum dwustu osób zaciągnął go do jej otwartego grobu podczas pogrzebu i zakopał żywcem. W późnych latach pięćdziesiątych oskarżony o gwałt na białej kobiecie Mack Parker – jedynym dowodem przeciwko niemu była niepewna identyfikacja roztrzęsionej ofiary – siedział w areszcie, kiedy pod drzwiami więzienia zjawił się żądny zemsty tłum. Nie musieli się włamywać siłą, szeryf usłużnie otworzył im drzwi celi. Parker został owiązany łańcuchami i wrzucony do rzeki. Dopiero w 2009 roku podjęto próbę udowodnienia jego niewinności i oczyszczenia dobrego imienia.

Zakatowany przez tłum Mack Parker

Nie, swobodnie działający vigilante bynajmniej nie jest gwarancją prawa i porządku. I nie jest też, mimo wszystko, gwarantem sprawiedliwości.

Gniew Travisa nie kieruje się ku wybranej jednostce. Jest gniewem skierowanym w stronę całego miasta, całego kraju, całego systemu. W jego rozumieniu nie ma nikogo, kto byłby skłonny podjąć się posprzątania wszechobecnego syfu i wyrugowania go raz na zawsze. Przede wszystkim nie są do tego skłonni ludzie najbardziej predestynowani, czyli sprawujący władzę. U podstaw działania Travisa leży przede wszystkim poczucie zawodu. Świat go zawiódł, zawiedli go ludzie. Wykorzystano go, przeżuto, wypluto i zapomniano. Tymczasem on nadal potrzebuje o coś walczyć, mieć jakiś cel. Nikt nie przychodzi mu z pomocą, więc znajduje go sobie sam, przeobrażając się w anonimowego vigilante, w niemal mityczną figurę wyłaniającą się z ciemności.

Karolina Chymkowska

REKLAMA