Publicystyka filmowa
Aktorzy ZMARNOWANI w filmach i serialach STAR WARS
Im bliżej czasów współczesnych, tym takich aktorów więcej.
W pierwszych trzech częściach takiego zjawiska nie było lub było ono marginalne. Może też dlatego, że wtedy podchodzono generalnie do castingów nieco inaczej niż od lat 90. aż do dzisiaj. Teraz w kolejnych produkcjach z uniwersum Star Wars producenci starają się wykorzystać jak najwięcej znanych aktorów, dając im niejednokrotnie role w praktyce małe i niewiele znaczące, chociaż niekiedy z ogromnym potencjałem. Są to zabiegi typowo wizerunkowe, jednak nieraz szkodliwe dla karier wielkich aktorów w stylu np. Benicio del Toro. Poniżej 10 przykładów artystów, którzy pojawili się w uniwersum George’a Lucasa, lecz postaci przez nich zagrane nie zostały wykorzystane w filmach tak, żeby było ich na ekranie więcej. I postaci, i aktorzy je odtwarzający powinni mieć głębszy wpływ na historię walki z Imperium.
Pedro Pascal jako Mandalorianin
Jakiś czas temu nawet sugerowano na podstawie wypowiedzi samego Pedro Pascala, że wszedł on w coś w rodzaju konfliktu lub ostrzejszej wymiany zdań z producentami Mandalorianina w kwestii zbyt rzadkiego pokazywania twarzy. Pascal oczywiście sugerował, że powinien częściej się pojawiać bez hełmu, bo teraz to właściwie zagrać go może jakikolwiek dubler, a widz i tak nie zauważy różnicy. Konflikt Pascala z twórcami serialu oczywiście był bardziej nadinterpretacją mediów, jednak coś w tym jest, że tak znany teraz aktor (sukces The Last of Us) powinien ukazywać się odbiorcom częściej. Rozumiem koncepcję postaci. Nie da się tu uniknąć hełmu, inaczej Mandalorianin straci swój charakter, który wpisał się w popkulturę. Takie podejście jednak separuje aktora od widzów i marnuje talent Pascala. To nie ulega wątpliwości. Sytuacja jest więc z pozoru bez wyjścia.
Benicio del Toro jako DJ
Wspominałem o nim na początku tekstu, bo w tym zestawieniu, jak mało który aktor, jest on zmarnowany generalnie w swojej karierze, która zapowiadała się tak dobrze po 21 gramów, a jednak zwolniła – nie licząc dosłownie kilku ról wartych uwagi od tamtego czasu, czyli 2003 roku. DJ w Ostatnim Jedi pojawia się, owszem, w kilku lokacjach, i nie jest to aż tak krótki epizod, jakim obdarzono np. Sawa Gerrerę, lecz zadziwiająco odarto DJ-a z wszelkich emocji.
Jest postacią najpierw stojącą po jasnej stronie mocy, a następnie po ciemnej, lecz tej konwersji wcale nie widać. Jest płaski, jakby w czasie realizacji zdjęć uświadomił sobie, że to jednak nie jego miejsce. Być może tak było, a del Toro o wiele lepiej radzi sobie na planach mocnych filmów sensacyjnych, a nie szeroko pojętej fantastyki mniej lub bardziej nienaukowej. Co do zaś samej postaci DJ-a, może warto by było coś więcej powiedzieć o jego życiu, a nie traktować jak jakiegoś kolejnego bossa na następnym poziomie do pokonania z ładnym wystrojem lokacji, jak w grze komputerowej.
Thandiwe Newton jako Val
Świetne role we Wszystkich starych nożach u boku Chrisa Pine’a, w Westworld, w Gwiazdorze z Johnem Bon Jovim. Stać ją na bardzo wiele. Potrafi wziąć na siebie ciężar fabuły, zrównoważyć głównego bohatera, pomóc mu wejść w relację z widzem, na co w Hanie Solo z pewnością było stać postać Val, partnerki w złodziejskim fachu Tobiasa Becketta.
A tak pojawiła się na chwilę, szybko dramatycznie zginęła i tyle. Nie pozostał po niej żaden ślad – chociażby ideowy – w fabule, chociaż Beckett zdawał się traktować ją jako kogoś więcej niż partnerkę w zespole i czasem nawet ją wspominał. Z powodzeniem rola Val mogła zostać rozszerzona może nawet na tyle, żeby zastąpić zmarnowaną postać Qi’ry.
Emilia Clarke jako Qi’ra
Nie ukrywam mojego wielkiego sentymentu do Emilii Clarke głównie ze względu na jej rolę Dany w Grze o tron, w Hanie Solo się jednak nie postarała, a może bardziej nie postarali się scenarzyści, żeby tchnąć w postać Qi’ry więcej życia, energii, akcji, wszystkiego tego, co by sprawiło, że stałaby się kobietą, za którą warto wpadać w te wszystkie romantyczne afekty i walczyć. A tak jest nieco papierową postacią dumnie zadzierającą głowę przez większość fabuły, a widz się zastanawia, co tak naprawdę w niej jest ciekawego, że Han Solo potrafi dla niej poświęcić „prawie” wszystko. Może jakaś szansa dla Qi’ry byłaby w kolejnej odsłonie przygód Hana, kiedy jeszcze był młody, a ona przeszłaby na ciemną stronę mocy?
Samuel L. Jackson jako Mace Windu
Samuel L. Jackson w momencie decydowania się na rolę w częściach od 1 do 3 Gwiezdnych wojen był już postacią ikoniczną ze względu na rolę w Pulp Fiction. Powinien się więc zastanowić, czy ten typ kreacji do niego pasuje, a widzowie nie przeżyją zawodu charakterem Mace’a Windu – zachowawczego, statycznego Jedi, członka ślepej na wszystko dookoła papierowej rady, który na dodatek ginie dość marnie. Żeby chociaż twórcy SW wprowadzili do tej postaci jakiś surrealizm, krnąbrność, coś, co sprowokowałoby widza do namysłu, kim jest, co myśli, może coś jednak więcej widzi, a nie zdaje się na szablonowy osąd reszty ślepców z kadry kierowniczej zakonu Jedi. Nic takiego nie nastąpiło, a Samuel L. Jackson jako Mace Windu jest nijaki, niezajmujący i szybko się o nim zapomina.
Gwendoline Christie jako Kapitan Phasma
Sytuacja bardzo podobna do tej z Pedro Pascalem, z tą niewielką różnicą, że Gwendoline Christie aż tak znana jak Pascal wciąż nie jest. Jest jednak bardzo charakterystyczna, a jedyną aktorką, która jej dorównuje tą jedynością wizualną, jest w tej chwili Tilda Swinton. Tak więc Gwendoline Christie została niewykorzystana ze względu na zasłonięcie hełmem, ale i sama Phasma została sprowadzona do prostego narzędzia do siania zniszczenia, a przecież czymś się musiała wyróżniać na tle szturmowców, skoro powierzono jej taką rolę. Czuć tu sprzeczność, jakieś głębokie nieprzemyślenie jej postaci.
Andy Serkis jako Snoke
Andy Serkis jest generalnie zmarnowanym aktorem, jeśli chodzi o swój naturalny wizerunek. Kiedykolwiek się pojawia na ekranie jako on sam, a nie postać wygenerowana cyfrowo, udowadnia, że powinien na tym ekranie zostać o wiele dłużej. Nie inaczej jest w przypadku Snoke’a, z tym że tutaj spodziewałem się, że będzie go jednak więcej, że nie będzie on tak papierową, sztampową postacią, w większości siedzącą na swoim tronie. Przy nim Darth Vader to prawdziwy mistrz chodzenia, prowokowania widza, straszenia wszystkich dookoła, a Snoke to taka zaledwie marionetka bez charakteru.
I nawet tutaj, w ramach samej sztuki wcielania się w cyfrowe postaci, Andy Serkis nie został odpowiednio wykorzystany. Wpisał się więc w nurt postępującej nijakości najnowszych odsłon Gwiezdnych wojen.
Forest Whitaker jako Saw Gerrera
Dałem się nabrać na zawartość zwiastunów. W przypadku Rogue One twórcy postawili na wizerunek, chociaż akurat w przypadku Foresta Whitakera w pełni wykorzystali jego potencjał. Whitaker jest aktorem wybitnie dramatycznym, a jego twarz pasuje do odgrywania najtrudniejszych nawet, granicznych emocji. Tak się stało i w przypadku Sawa Gerrery. Niewykorzystanie lub wręcz zmarnowanie jego postaci postrzegam jako danie mu zbyt małego epizodu do zagrania w porównaniu z możliwościami historii opowiedzianej w Łotrze 1.
Jego śmierć, mimo że sugestywna, w kontekście całej historii nic nie znaczy, w przeciwieństwie np. do śmierci Galena Erso. Gerrera nawet nie zdążył wyjść ze swojej kryjówki, żeby widz obył się z nim w szerszej przestrzeni świata przedstawionego, z wyjątkiem urywka kręconego na planecie Lah’mu. Galen Erso, chociaż również zmarnowany, przynajmniej pokazuje się widzowi w kilku sceneriach.
Mads Mikkelsen jako Galen Erso
To było wizerunkowe zagranie, napompowane marketingowo podobnie jak występ Foresta Whitakera. Obydwaj aktorzy mieli już ugruntowane pozycje w branży. Obydwaj również mogli zatem posłużyć do podwyższenia notowań produkcji ze świata Star Wars. I tak się faktycznie stało. Oglądając zwiastuny, nie spodziewałem się, że aktorzy, których z uporem maniaka tak się w nich powtarza, pozostaną na ekranie zaledwie przez kilka minut. Powinienem być na to przygotowany, lecz dobry marketing omija racjonalny osąd. Mads Mikkelsen spełnił więc swoją rolę.
Uzupełnił lukę w dość nielogicznie przedstawionej zagładzie Gwiazdy Śmierci; czy jednak nie zginął zbyt szybko, nie tłumacząc nam, dlaczego tak faktycznie przeszedł na jasną stronę mocy, bo jakoś nie przemawia do mnie ta przeromantyzowana relacja z córką?
Liam Neeson jako Qui-Gon Jinn
Po tylu latach od pierwszego seansu jego śmierć wciąż boli. A na dodatek niezbyt pozytywnie działa na całą jego postać, na legendę wielkiego mistrza, który całą swoją wiedzę przekazał Obi-Wanowi, a tak łatwo dał się zaskoczyć w walce na miecze świetlne przez Dartha Maula. Oczekiwałoby się czegoś jednak więcej od takiej legendy Jedi, zatem wspaniały talent Liama Neesona został zmarnowany razem z odgrywaną przez niego postacią. Rozumiem jednak, że przy tej konstrukcji historii i potrzebie wprowadzenia Obi-Wana jako samodzielnej postaci, nie było już przestrzeni dla Qui-Gon Jinna.
Niemniej jego śmierć jest jedną z boleśniejszych w całej sadze. Liam Neeson zaś udowodnił, że umie znaleźć się w gwiezdnej operze podobnie swobodnie jak w mocnym filmie sensacyjnym, a tej zdolności wielu miłośników Star Wars mu swego czasu odmawiało.
