Publicystyka filmowa
AKTORZY, którzy zbudowali swoje KARIERY na filmach SCIENCE FICTION
Odkryj, jak AKTORZY zbudowali swoje KARIERY w światowej fantastyce, tworząc niezapomniane postacie w filmach SCIENCE FICTION.
Są pośród nich dozgonni więźniowie kultowych charakterów, które stworzyli, co nie oznacza, że zabrakło im talentu na inne gatunki filmowe. Są też zdolni artyści, którym fantastyka pomogła wzbić się na ten poziom komercyjnej zauważalności, że dostali szansę zagrania nie tylko w produkcjach science fiction. Często więc korzystają z tej szansy i dopiero po latach wracają do międzygalaktycznych przygód. Przeróżnie pod względem jakości te powroty wychodzą, lecz sentyment z powodu niegdysiejszych dokonań na polu sci-fi zwykle skutecznie chroni ich przed krytyką.
Co do zaś definicji science fiction, jest to tzw. reguła otwarta zgodna ze wskazaniem Damona Knighta – ja jako podmiot żyjący w realnym świecie najlepiej wiem, co się już zdarzyło, a co nie jest jeszcze możliwe, by się wydarzyć. Skoro tak, to ja jako podmiot poznający świat i go nazywający potrafię wskazać, co jest fantastyką naukową, a co nią nie jest. Zatem science fiction jest wszystkim tym, na co wskazuję, mówiąc <to jest fantastyka naukowa>.
Michael J. Fox
Wciąż mam nadzieję, że choroba Parkinsona na chwilę odpuści i zobaczę go w kontynuacji Powrotu do przyszłości. Może to płonne nadzieje wynikłe z legendy, jaka od lat otacza postać Marty’ego McFlya, niemniej dla Foxa pojawienie się jeszcze raz na planie najnowszej odsłony Powrotu do przyszłości byłoby pięknym i wzruszającym zwieńczeniem nie do końca spełnionej kariery.
Owszem, kultowy i wręcz legendarny jest już dzisiaj zagubiony w czasie Marty, a Michael J. Fox zbudował na nim fundament swojej kariery, nagle przerwanej na samym początku XXI wieku. Kto wie jednak, jak by się ona potoczyła, gdyby nie zawiodło go ciało. Byłby wciąż tak sławny czy może mimo wszystko tkwiłby uwięziony w postaci Marty’ego? Wątpliwość pozostaje, szczególnie znając podejście kina do osób niepełnosprawnych, chociaż zakładam, że gdyby nie choroba, Michael J.
Fox wykorzystałby ten świetny początek, żeby zabłysnąć nie tylko w innych produkcjach z gatunku sci-fi. Karierę więc swoją zbudował na fantastyce, jednak z powodów losowych jej do końca nie spełnił.
Sigourney Weaver
Ellen Ripley miała być mężczyzną. Producenci jednak zaryzykowali i powierzyli tę rolę Sigourney Weaver, prawie nikomu jeszcze wtedy nieznanej aktorce na początku swojej walki o sławę. Tym samym zmienił się zupełnie charakter filmu Obcy – 8. pasażer Nostromo. Stał się on feminizującym i niesłychanie erotycznym manifestem wolności płciowej. Kobiety nareszcie dostały w kinie fantastycznym bohaterkę mogącą być wzorem do naśladowania w ich realnym życiu osobistym i w walce o swoje prawa z ksenomorficznie postrzeganą męską, nienaturalną dla homeostazy na planecie Ziemia kulturą. Co ciekawe, po 40 latach od premiery Obcego w kinie sci-fi nie pojawiła się wystarczająco charyzmatyczna konkurentka, żeby Ripley zrzucić z piedestału.
I pomyśleć, że na tę rolę miała również szansę Meryl Streep. Dzisiaj trudno wyobrazić ją sobie z miotaczem ognia w ręce, czołgającą się w klaustrofobicznych przewodach wentylacyjnych w pogoni za kosmicznym mistrzem w zabijaniu oraz przetrwaniu. Meryl Streep poszła w swojej karierze w zupełnie inną stronę, a brak angażu do Obcego okazał się zapewne jedyną tego przyczyną. Sigourney Weaver zaś, nominowana do Oscara za rolę Ripley, rozwinęła swoje aktorskie portfolio o filmy z zupełnie innych gatunków niż fantastyka naukowa.
Udało jej się więc uwolnić od piętna legendarnej Ripley i zapisać się w historii kina także w dramatach, filmach sensacyjnych, komediach oraz produkcjach science fiction spoza uniwersum Obcego (np. w kultowym już dzisiaj Avatarze).
Arnold Schwarzenegger
Z jego pamiętnych kreacji przed Terminatorem był tylko Conan Barbarzyńca.
To jednak rola robota mordercy T-800 uczyniła Arnolda Schwarzeneggera aktorem znanym na całym świecie. Mało tego, stała się odniesieniem dla całego gatunku, jak tworzyć humanoidalne maszyny wrogie lub całkiem dowcipnie przyjacielskie człowiekowi. Po tym, jak Schwarzenegger zagrał robota antagonistę w pierwszej części Terminatora, ktoś wpadł na rewelacyjny dla jego kariery pomysł, żeby ciągle ta sama postać T-800 stała się nagle pozytywna. Od drugiej części filmu zaczyna się tak naprawdę kultowość zarówno Terminatora jako bohatera, jak i Arniego jako aktora. Zanim jednak James Cameron nakręcił kontynuację swojego na wpół niezależnego hitu, Schwarzenegger zdążył już udowodnić, że w kinie science fiction lat 80. tylko on jest godny dożywotniego powierzenia mu roli T-800. A zrobił to m.in. Predatorem, Uciekinierem oraz Pamięcią absolutną. Rzec można, że właśnie nie kino sensacyjne, a fantastyczne wyniosło Schwarzeneggera na sam szczyt, a współcześnie rola Terminatora, jak mało która kreacja siłacza z Thal, wciąż cieszy kolejne pokolenia widzów – nie tylko miłośników sci-fi.
Linda Hamilton
Skoro pojawił się Arnold Schwarzenegger, to musi być również jego partnerka z Terminatora: Dnia Sądu, a w pierwszej części jedyny człowiek, który potrafił przeciwstawić się robotycznemu mordercy. Mowa oczywiście o Sarze Connor i odtwarzającej ją Lindzie Hamilton, aktorce, której kariera nie rozbłysła nawet w jednej setnej tak jak u Schwarzeneggera. Trudno spekulować, dlaczego tak się stało. Pewną niszę dla silnych kobiecych charakterów w kinie science fiction wypełniła w jej czasach już Sigourney Weaver. Może dlatego? Poza tym problemy osobiste i stan psychiczny Hamilton nie oszczędziły jej aktorskiej motywacji, co z pewnością odbiło się na angażach. To dobrze, że po latach wróciła do roli Sary Connor. Przypomniała tym samym widzom, że jest silną kobietą dobrze zgraną z kinem fantastycznonaukowym, mimo że szanse, by wykorzystać tę trampolinę do zrobienia wielkiej kariery, trochę dzięki niezawinionemu losowi zmarnowała.
Will Smith
Zastanawiałem się przez jakiś czas, czy w jego przypadku najważniejszym filmem na początku kariery nie byli Bad Boys. Odpowiedź jest jasna – tak było, niemniej zaraz potem zagrał w Dniu Niepodległości i okazało się, że ma nietuzinkowy talent do grania w filmach z tego gatunku. Po produkcji Rolanda Emmericha stworzył jedną z lepszych kreacji w historii kina science fiction w ogóle – Agent J w serii Faceci w czerni. Wielce zasłużył się tą rolą dla sci-fi, gdyż udowodnił, że wciągające produkcje z tego gatunku nie muszą być buńczucznymi wypowiedziami o potędze człowieka w kosmosie i nierównej walce z obcymi – to samo można opowiedzieć z klasą, a jednak lekko i wyjątkowo śmiesznie.
Dalej jego gatunkowa kariera potoczyła się już ekspresowo – Ja, robot, Jestem legendą, Bright, Legion samobójców. Bez wątpienia zatem można stwierdzić, że Will Smith jest sprawdzoną w akcji marką, która zawsze dobrze sprawdzi się w fantastyce, niezależnie od tego, jak dziurawy będzie scenariusz.
Henry Cavill
Mając wciąż w pamięci jego genialną rolę Geralta z Rivii w Wiedźminie, trudno mi oderwać myśli od tego, jak dobrze Cavill sprawdził się w gatunku fantasy.
Tym bardziej, że, jak może niektórzy z was wiedzą, za postacią Supermana nie przepadam, a poza tym filmy z jej udziałem nie powinny być tak do końca klasyfikowane jako science fiction. Nie jest to może niechęć podobna do tej, którą żywię do Żołnierzy kosmosu, jednak nieco utrudnia, a raczej utrudniała polubienie aktora jako artysty. Pojawił się Wiedźmin i wszystko, dosłownie wszystko, zmienił. Henry Cavill w porównaniu z większością opisanych w tym zestawieniu aktorów jest wciąż na dorobku, lecz już teraz widać, że jego aktorski start dokonał się w filmach powiązanych w ten czy inny sposób z szeroko pojętą tematyką sci-fi.
Na tym etapie kariery, mimo że Cavill kilkakrotnie wcielił się w Supermana, nie zaszufladkował się z tego powodu. Wiedźmin raz na zawsze uwolnił go od Clarka Kenta, co nie oznacza, że w przyszłości jako Superman znów się gdzieś w kinie nie pojawi ani że nie zagra w produkcjach niemających nic wspólnego z fantastyką naukową. Zresztą udowodnił w Mission Impossible: Fallout, że wychodzi mu to rewelacyjnie.
Peter Weller
Kiedy pada nazwisko tego aktora, większość fanów sci-fi od razu rzuca „Robocop”. Oczywiście zgodnie z prawdą, ponieważ rola Alexa J. Murphy’ego w portfolio aktora stanowi kluczową pozycję. Znacznie rzadziej, a może już w ogóle, fani pamiętają o kreacji, którą Weller stworzył kilka lat wcześniej. Film Przygody Buckaroo Banzai.
Przez ósmy wymiar
Jest w pewnym sensie podobny do Lindy Hamilton, z tym że póki co jeszcze nie wrócił do Robocopa. Życzyłbym mu tego na zakończenie niespełnionej do końca kariery, zwłaszcza w stosunku do jego zdolności (świetny pokaz kunsztu np. w Nagim Lunchu).
Chris Hemsworth
Chociaż Thor jest bardziej filmem fantasy z elementami science fiction, to rola w nim utorowała Hemsworthowi drogę do serii Avengers, którą już znacznie bardziej zasadnie można sklasyfikować jako film fantastycznonaukowy. Zresztą serwis IMDb podchodzi do tematu podobnie. Hemsworth zaś wciąż jest młodym aktorem i trudno powiedzieć, jak potoczy się jego kariera.
Do tej pory widać jasno, że angaże do Marvelowskiego uniwersum dają aktorowi główne źródło utrzymania oraz wzmacniają w widzach przekonanie, że nikt inny nie byłby w stanie tak dobrze zagrać Thora. Szufladkowanie Hemswortha już się więc zaczęło i może być niebezpieczne dla jego kariery w przyszłości. Zobaczymy, czy będzie miał na tyle dramatycznej siły, żeby wyrwać się ze szponów Marvela i na stałe zmodyfikować gatunkowy kierunek produkcji, w których gra.
William Shatner
Najprawdziwszy w tym zestawieniu więzień granej przez siebie postaci i niewątpliwie najsławniejszy dowódca gwiezdnego krążownika Enterprise, stanowiący wzór odniesienia dla wszystkich aktorów, którzy zagrają Jamesa T. Kirka po nim. Przeglądając jego aktorskie portfolio, można odnieść wrażenie, że seria Star Trek stanowi jego drobną część, jednak kiedy przeprowadzimy precyzyjniejsze śledztwo, okaże się, że najsławniejsze i w większości główne role to właśnie Star Trek.
Kiedy w roli Kirka zastąpił go Patrick Stewart, pozostała legenda i odcinanie kuponów od sławy, co przełożyło się w jakimś sensie na granie ról drugo- i trzecioplanowych. Przy takiej sławie, jaką Shatner wyrobił sobie dzięki Star Trekowi, nie jest to jakaś porażka, gdyż ról poza uniwersum zagrał bardzo wiele. Można powiedzieć, że na zaszufladkowaniu nie stracił oraz ocalił legendę Kirka w swoim życiu. Niewątpliwie jego kariera została zbudowana na pokładzie Enterprise i chociaż stery przejął po nim równie doświadczony w science fiction Stewart, o nim z kolei nie można powiedzieć, że fundamentem jego aktorstwa była fantastyka (aczkolwiek to ważny element). Stewart był znacznie bardziej znanym aktorem, nim pochłonął go kosmiczny świat stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego, a potem przez Stana Lee.
Leonard Nimoy
Jaki byłby dzisiaj pamiętany Leonard Nimoy, gdyby nie postać Komandora Spocka – trudno powiedzieć. Zawsze stał gdzieś w cieniu, a jego charakterystyczna uroda predestynowała go raczej do ról charakterystycznych niż pierwszoplanowych postaci. Tak się więc stało nawet w Star Treku, do którego powrócił w najnowszej odsłonie serii z Chrisem Pine’em w roli Jamesa T.
Kirka. W porównaniu z Williamem Shatnerem zagrał jednak o połowę mniej ról, zatem Spock jako kultowa postać pozostaje dla Nimoya tym ważniejsza, że nie mógł jej zrównoważyć chociażby ilością innych kreacji, jak to starał się zrobić Shatner. Warto jednak pamiętać, że to on wyreżyserował Star Treka III: W poszukiwaniu Spocka, Star Treka IV: Powrót na Ziemię oraz był blisko wyreżyserowania Powrotu do przyszłości. Kto wie, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby się udało.
Chris Pine i Chris Pratt
Bardzo obawiałem się, jak wypadnie w najnowszym Star Treku.
Kilkanaście minut nowej odsłony uniwersum całkowicie rozwiało moje obawy. Chris Pine stał się mocnym konkurentem dla Williama Shatnera, a Star Trek nareszcie dostał prawdziwą szansę na konkurowanie z odcinka na odcinek podupadającą pod rządami Disneya franczyzą Gwiezdnych Wojen. Czy jednak można powiedzieć, że Pine zbudował swoją karierę na filmach science fiction? Po premierze pierwszej części Star Treka jeszcze nie mógłbym tak powiedzieć. Teraz jednak, gdy mamy ich już kilka, w portfolio Pine’a jest również Wonder Woman i Z jak Zachariasz, a w przyszłości na pewno powstanie kolejny Star Trek, tak, z powodzeniem mogę stwierdzić, że aktor zbudował swoją karierę na gatunku science fiction. Co ciekawe, sytuacja z Chrisem Prattem jest podobna. Wspominam o nim, ponieważ mylę go zwykle właśnie z Chrisem Pine’em.
O Pratcie nigdy nie powiedziałbym, że zbudował swoją karierę na sci-fi, nawet po pierwszej części Strażników Galaktyki. Dzisiaj jednak, mając szerszy ogląd oraz Pasażerów i serię Avengers, już tak nie mogę stwierdzić.
Gal Gadot
Skoro pojawił się Chris Pine, powinna znaleźć się tu również Gal Gadot. W jej przypadku szufladka z podpisem Diana Prince (Wonder Woman) otworzyła się szeroko. Na razie niech tego nie żałuje, gdyż nareszcie w jej karierze pojawiła się szansa zagrania kultowej bohaterki. Fani Marvela się pewnie obruszą, że przecież to uniwersum DC, radzące sobie znacznie gorzej na rynku, co muszę też przyznać z bólem.
Postać Wonder Woman jest dla nich jednak światełkiem w tunelu. Tak mało jest emblematycznych kobiet-superbohaterek. Nawet jeśli jakaś się pojawia, to nie stanowi charakterologiczne (np. Kapitan Marvel czy Jean Grey) konkurencji dla męskich postaci. Scenariusze do filmów są pisane tak, że to superbohaterowie są zawsze tymi najpotężniejszymi i na nich opierają się historie ratowania świata. Film Wonder Woman przełamał ten schemat, a Gal Gadot stała się dla kobiet szansą na zagarnięcie chociaż części zainteresowania widzów.
Ich po prostu trzeba przyzwyczaić do inaczej zbudowanych płciowo akcentów w superbohaterskim kinie science fiction. Tak, wiem, że Wonder Woman to bardziej produkcja fantasy, ale Liga sprawiedliwości przesuwa się w stronę sci-fi, a tam Gal Gadot również odgrywa ważną rolę.Tak więc filarem jej kariery jest postać Wonder Woman.
Bonus
Mark Hamill
Dlatego bonus, ponieważ kłótnie na ten temat będą trwały pewnie w nieskończoność. Mark Hamill jest w tym zestawieniu ze względu na moją definicję sagi Star Wars jako soft sci-fi.
Jest to film wybitnie synkretyczny, ale wciąż zawierający na tyle dużo elementów fantastycznonaukowych, że nie mogę go uczciwie nazwać filmem fantasy. Wracając do Hamilla, nigdy nie postrzegałem go jako wybitnie zdolnego aktora. W sadze George’a Lucasa sprawdził się o tyle, że odegrał napisaną interesująco postać. Sam zaś z siebie nie dał zbyt wiele dramatycznych trików, żeby uwieść widza. Nas, miłośników starych przygód Jedi i Sithów, rozkochała w sobie sama historia, charakterne mięso bohaterów oraz Darth Vader i Han Solo, ale o Fordzie za chwilę.
Hamill pozostał na zawsze Skywalkerem. Zbudował filar swojej kariery, ale fasady już nie dokończył. Współczesny jego powrót do uniwersum Star Wars jest ważny z aktorskiego punktu widzenia, zwłaszcza że widać o wiele lepszy warsztat niż kiedyś, ale to o wiele za późno, żeby ową fasadę dokończyć. To raczej odświeżanie niegdyś zbudowanych na soft sci-fi zagrzybionych fundamentów.
Harrison Ford
Drugim bonusem jest Ford, i to nie tylko ze względu na Gwiezdne Wojny. Co do niego sam mam wątpliwości, czy faktycznie zbudował swoją karierę na filmach science fiction. Spójrzmy na daty. Może wtedy lepiej zrozumiecie, czemu mam zastrzeżenia.
W Gwiezdnych Wojnach, co do których wielu ma wątpliwości, czy należą do gatunku (ja też klasyfikuję je nieco inaczej), zagrał po raz pierwszy w 1977 roku. Potem, w 1980, przyszedł czas na Imperium kontratakuje. Te dwa filmy zapewniły mu milionowe rzesze fanów kosmicznych oper, ale już rok później pojawił się w roli kolejnej, kultowej do dzisiaj postaci – Indiany Jonesa w Poszukiwaczach zaginionej arki.
Aż wreszcie przyszedł czas na rok 1982 i kreację w Łowcy androidów. Z jednej więc strony Harrison Ford zbudował swoją karierę na science fiction łamanym przez fantasy, a z drugiej stał się ikoną kina Nowej Przygody. Trudno więc jednoznacznie ocenić, czy w jego przypadku fantastyka naukowa w sposób kluczowy wpłynęła na jakość kariery. A wy co sądzicie? Dodalibyście jeszcze jakichś aktorów do zestawienia?
