Ranking

Ile jest OBCEGO w OBCYM? RANKING FILMÓW o ksenomorfie

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Zaczęło się 40 lat temu. A w umyśle H.R. Gigera dużo wcześniej, chociaż nie w postaci, którą zobaczyliśmy w końcu na ekranie. Proces formowania się obcego zajął lata. Giger żył z tym nieuformowanym demonem od dzieciństwa, aż wreszcie go wypuścił równie mentalnie drastycznie, jak w przypadku wydostawania się ksenolarw z ciała żywiciela. To, co się wykluło z umysłu szwajcarskiego artysty, przerosło oczekiwania twórców filmowych. Dzisiaj mamy fanpage, kubki, memy, cosplaye, ksenopedię internetową i setki innych gadżetów, a Ridley Scott zabrał się za wyjaśnianie dla wielu fanów niemal świętej tajemnicy – czym jest i skąd pochodzi ów ksenomorf. Naruszył w ten sposób pewne nerdowskie tabu, bo pierwsza część Obcego w dużej mierze uznana została za arcydzieło dlatego właśnie, że niczego nie wyjaśnia. Owiany tajemnicą przybysz o kwasie zamiast krwi tym bardziej stawał się więc symboliczny i przez to straszny, im mniej o nim wiedziano, a jego sposób rozmnażania wywołał trudne do nazwania, podświadome, entomofobiczne odczucia i seksualne lęki. O sile pomysłu Gigera/O’Bannona świadczy to, że po czterdziestu latach istnienia w popkulturze obcego nie narodził się w gatunku horror science fiction żaden potężniejszy oprawca ludzkości, z wyjątkiem oczywiście niej samej.

6. Obcy: Przebudzenie (1997), reż. Jean-Pierre Jeunet

Podziwiam duet Jeunet/Caro, lecz trudno mi odnaleźć się w klimacie czwartej odsłony Obcego, chronologicznie, jeśli chodzi o sagę ksenomorfa, najpóźniejszą, bo rozgrywającą się aż w roku 2379, podczas gdy USCSS Prometeusz po raz pierwszy przybył na LV-223 w 2093 roku. Z francuskiego duetu przy tworzeniu czwartej części Obcego pozostał Jean-Pierre Jeunet. Zrobił po swojemu nieco brudną, trochę mroczną, czasem surrealistyczną historię z charakterystyczną dla jego filmów rdzawą, ciepłą tintą nałożoną na zdjęcia. Zrezygnował właściwie z suspensu, klimatycznej muzyki, a gigerowskie odniesienia zminimalizował, jak tylko mógł. Zrobił to zapewne dlatego, żeby ochronić swój własny, unikatowy styl, który pasuje do ksenomorficznych opowieści jak zmarznięty pingwin do lasu tropikalnego. Może był to po prostu eksperyment służący sprawdzeniu, czy Jeunetowskie, nieco hiperboliczne widzenie świata przedstawionego sprawdzi się w ciasnych sceneriach kosmicznych z jump scare’ami czyhającymi na bohaterów niemal za każdym zakrętem? Wyszło na pewno niestrawnie dla zagorzałych fanów silnych doznań z pierwszej części. Dla mnie właściwie też, chociaż do strażników kanonu raczej się nie zaliczam.

Dziwną, niedopracowaną atmosferę dopełniły także postaci. Sklonowana Ellen Ripley (Sigourney Weaver) zachowuje się bardziej jak pies, a nie sparzony z ksenomorfem człowiek. Jej na wpół ludzkie dziecko popiskuje jak szczeniak zaraz po tym, jak miażdży głowy przerażonych ludzi. Dobrze opracowanych czarnych charakterów właściwie nie ma. Jedynie Ron Perlman stara się grać twardziela z niezłym skutkiem. Poza tym seria o obcym zawsze słynęła z dobrze skrojonych postaci robotów – pamiętny Ash (Ian Holm), Bishop (Lance Henriksen) czy chociażby znakomity David (Michael Fassbender). W tym przypadku stopień pretensjonalności zarówno mentalności androidki Annalee Call (Winona Ryder), jak i przedstawienia jej rozterek oraz motywów działania jest tak wysoki, że większość scen z nią odstrasza. Call jest typowym robotem ćwokiem. W filmie pada stwierdzenie, że właśnie taka ma być, ale reżyser powinien jednak odpowiednio zbalansować tę nieporadność, żeby widz nie czuł zażenowania. Z efektami specjalnymi na tle reszty części również nie jest za dobrze. Nadęty brzuch królowej obcych przypomina mokry od deszczu worek na śmieci, a jej ręce wyginają się jak mechaniczne prowadnice. Podobnie język nowej formy ksenomorfa o genotypie z domieszką ludzkiego DNA przypomina kawałek gumy. Sekwencje kosmiczne, zwłaszcza lądowanie frachtowca przemytników na ziemi, sprawia wrażenie, że oglądam film science fiction klasy najwyżej B. Nie jest to wszystko ani straszne, ani efektowne, a co najwyżej niekiedy obrzydliwe.

5. Obcy: Decydujące starcie (1986), reż. James Cameron

Po pierwszym genialnym wejściu na rynek kinowy dalsze losy ksenomorfa i walczącej z nim Ripley przejął James Cameron. Był wtedy głodnym sławy reżyserem na początku swojej kariery, ale już dwa lata po sukcesie pierwszej części Terminatora. Chciał zawalczyć o trochę nowy rodzaj widza, który uwielbia się bać, ale jest nieco sentymentalny i lubi kino akcji. Wykorzystanie dorobku pierwszego Obcego marketingowo okazało się znakomitym posunięciem. Wystarczyło nie spartolić kwestii formalnych zaprojektowanych przez Ridleya Scotta, H.R. Gigera i Dana O’Bannona. Cameron jako doskonały rzemieślnik wywiązał się z tego zadania znakomicie. Wykorzystał elementy science fiction i wzbogacił je o linię narracyjną typowego slashera i kina akcji, nie dodając przy tym nic nowego pod względem formy, a nawet nieco ograniczając widzowi dawki suspensu w porównaniu z 8. pasażerem Nostromo. Wyszedł z tego koktajl typowo komercyjny bez żadnych pretensji do filmu przecierającego nowe szlaki w horrorze czy też fantastyce naukowej.

Kiedy oglądałem Obcego: Decydujące starcie, odniosłem wrażenie, że od czasu genialnej produkcji Ridleya Scotta w sequelu niewiele się zmieniło. Oglądam w sumie ten sam film, tyle że zrobiony o wiele bardziej pod publikę. Z ekranu pada grad kul, sylwetki ksenomorfa tryskają na lewo i prawo kwasową krwią, a bohaterowie po kolei giną, a raczej najpierw krzyczą, a później efektownie umierają, stając się siedliskiem nowych malutkich obcych. Pod względem ideowym również jest bardzo płytko, zwłaszcza w porównaniu z propozycją Finchera. Owszem, Cameron wprowadził na scenę dużo mocniej element złej korporacji Weyland-Yutani oraz nową postać – matkę-królową obcych, jednak finalne jej starcie z Ellen Ripley wypada dość sztampowo. Co do korporacji, jej przedstawiciel (Carter J. Burke – Paul Reiser) jest tak szablonowo zły, że wygadywane przez niego frazesy trudno brać na poważnie. Naczelna, ludzka bohaterka, mimo że jest kobietą, wciąż tkwi w swojej konserwatywnej roli matki i walczy o to, by nią zostać dla przybranej córki Newt. W sumie o to samo bije się królowa obcych. Obie są więźniarkami ról, jakie narzuciło im konserwatywne myślenie filmowców. Najlepiej skonstruowaną postacią wydaje się Bishop (Lance Henriksen), wierny android o twarzy psychopaty, który tym razem nikogo nie chce zgwałcić oralnie jak Ash (Ian Holm) z pierwszej części Obcego. No właśnie, tej dwuznacznej symboliki freudowskiej również u Camerona brak.

Ostatnio dodane