Szybka piątka
Najlepsze filmy naszych ULUBIONYCH reżyserów
Najlepsze FILMY NASZYCH ULUBIONYCH REŻYSERÓW odkrywają nieoczywiste skarby kina, które zaskoczą zarówno fanów, jak i krytyków.
Szybka Piątka #143
Dzisiaj przyszedł czas na jedną z naszych najbardziej subiektywnych szybkich piątek. Nie dość, że ulubieni reżyserzy, to jeszcze najlepsze ich filmy. Jak przekonacie się poniżej, nasze typy nie zawsze pasują do ogólnie przyjętych opinii zarówno u widzów, jak i krytyków. Co byście zmienili?
Maciej Niedźwiedzki
1. Martin Scorsese: Wściekły byk – psychologiczny portret nie mniej fascynujący niż ten z Taksówkarza. Spojrzenie w szerszej perspektywie na całe środowisko oddane z zapałem znanym z późniejszych Chłopców z ferajny. Robert De Niro w szczytowej formie. Scenariusz balansujący na granicy przypowieści i wiarygodnej, reportażowej relacji. Martin Scorsese po prostu nigdy nie nakręcił niczego lepszego.
2. Ridley Scott: Gladiator – pewnie nie aż tak legendarny jak Obcy czy Łowca androidów i nie aż tak błyskotliwy jak Thelma i Louise. Mimo wszystko z całej filmografii Ridleya Scotta najczęściej wracam do Gladiatora, niepozbawionego scenopisarskiej finezji, złożonych i dynamicznych postaci oraz autentycznego inscenizacyjnego rozmachu. Kino w stanie czystym.
3. Joel i Ethan Coen: Fargo – moralizatorska przypowieść, najwyższej próby groteska, wzorowy pastisz kryminału, perfidia i dowcip zespolone w natchniony sposób i przegląd wyrazistych postaci na każdym z planów. Najlepszy film lat 90. Ciągle najlepszy w znakomitym dorobku braci Coen.
4. Christopher Nolan: Mroczny Rycerz – najbardziej zwarty i z najmniejszą ilością ekspozycji scenariusz Christophera Nolana. Mroczny rycerz imponuje sekwencjami o dużym rozmachu (napad na bank) i dopracowanymi scenami dialogowymi (przesłuchanie Jokera). Wciąga konsekwentnie podnoszoną stawką i zajmującym konfliktem postaw oraz proponuje nowe ujęcia na ikoniczne postaci Jokera i Batmana. Film do wielokrotnego użytku.
5. Miloš Forman: Amadeusz – trudno wybrać wyraźnie najlepszy film spośród takich pereł jak Pali się moja panno, Lot nad kukułczym gniazdem, Skandalista Larry Flint czy Amadeusz. Stawiam jednak na ten ostatni tytuł. Pełna reżyserskiej werwy, ironii i groteski refleksja nad powinnościami i statusem artysty. Kilka wybitnych aktorskich kreacji i jeden z najlepiej napisanych charakterologicznych konfliktów w historii kina.
Filip Pęziński
1. Quentin Tarantino: Pewnego razu… w Hollywood – zdaję sobie sprawę, że nazywanie Quentina Tarantino swoim ulubionym reżyserem jest bardzo wyświechtanym stwierdzeniem, ale też nie mam zamiaru kryć się specjalnie z faktem, że uwielbiam kino szalonego Amerykanina.
Pewnego razu… w Hollywood to moim zdaniem pewnego rodzaju podsumowanie ponad ćwierćwiecza jego twórczości. Doskonałe kino o miłości do kina i telewizji. Wizualnie wysmakowane, aktorsko pełne, emocjonalnie oczyszczające.
2. David Fincher: The Social Network – w Hollywood debiutował w tym samym roku co Tarantino i chociaż tworzy filmy zupełnie odmienne, to podobnie jak on już ćwierć wieku uwodzi i przyciąga widzów, a każda kolejna premiera jego produkcji to wielkie wydarzenie świata kina. Jeśli komuś wydawało się, że twórca Siedem nie jest już w stanie przeskoczyć swoich największych dzieł, w 2010 roku zaprezentował kinomanom historię powstania Facebooka, zamieniając je w doskonałą opowieść o cieniach amerykańskiego snu.
3. Władysław Pasikowski: Pokłosie – nie jestem przesadnym fanem polskiego kina, ale spytany o ulubionych reżyserów bez zająknięcia wymieniam Władysława Pasikowskiego (debiutujący w pełnym metrażu rok przed Tarantino i Fincherem, ale przełomowy dla jego kariery film – kultowe Psy – również zagościł na ekranie w 1992 roku, co za rok!). Uwielbiam jego styl i podejmowaną tematykę, co najmocniej i najciekawiej wybrzmiało w znakomitym Pokłosiu.
4. Zack Snyder: Człowiek ze stali – postać z zupełnie innej bajki niż wymienieni wyżej twórcy, ale znów – nie mam zamiaru wstydzić się swojej miłości do stylu Snydera. Jego filmy nie są pozbawione wad, ale też mogę oglądać je bez końca. Najwyżej oceniam Człowieka ze stali – głupie (bo głupie!), ale mimo to niemal perfekcyjne widowisko.
5. Jordan Peele: Uciekaj! – wiem, wiem, Peele nakręcił dopiero dwa filmy i dopisanie go do listy ulubionych reżyserów jest dużym kredytem zaufania, ale oba – Uciekaj! i To my – to jedne z moich zdecydowanie ulubionych, najwyżej cenionych. I mimo że To my pierwotnie zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie niż debiut Peele’a, to właśnie Uciekaj! wydaje mi się z perspektywy czasu filmem absolutnie wyjątkowym – arcydziełem naszych czasów.
Jacek Lubiński
1. John Hughes: Samoloty, pociągi i samochody – wyjątek w generalnie skupionej na nastolatkach twórczości, odrobinę od niej dojrzalszy, ale też nie mniej zwariowany. Klub winowajców również mógłbym tu umieścić, zwłaszcza że wydaje się w ogólnym rozrachunku ważniejszym dziełem, jednak, mimo wszystko, wyżej cenię duet Steve’a Martina z Johnem Candym.
2. Luc Besson:Wielki błękit – zdecydowanie opus magnum reżysera, jego najdoskonalsze dziecko. Perfekcyjna wizja pobudzająca wyobraźnię i doskonałe widowisko.
3. Wes Anderson: Grand Budapest Hotel – styl reżysera w pigułce, ostatecznie chyba jednak bardziej Andersonowski w formie, treści i klimacie niż Genialny klan, który też można by tutaj spokojnie wpisać. Oba są przy tym właściwie bezbłędnym kalejdoskopem postaci i miejsc skąpanych w nostalgicznej otoczce.
4. Brian De Palma: Nietykalni / Mission: Impossible – trudny orzech do zgryzienia, bo oba te filmy reprezentują zupełnie inny rodzaj kina. Gangsterska epopeja jest bardziej klasyczna, spełniona i stanowi jedno z tych dzieł, do którego trudno się mocniej przyczepić (stąd w kajeciku ma u mnie wyższą ocenę). Z kolei szpiegowska gra z widzem to perfekcyjne zespolenie wizualnych sztuczek i atrakcji z pretekstową fabułą, którą reżyser wspaniale zagrał wszystkim na nosie, blockbusterowy przepych łącząc z autorską, niepodrabialną wizją.
5. Steven Spielberg: Imperium Słońca – bez dwóch zdań mój faworyt, z pewnością bardziej przygodowy od późniejszej Listy Schindlera, ale też bardziej trafiający do serca, bardziej porywający i przejmujący oraz pozbawiony tej kapki nieznośnego patosu.
Honorowa wzmianka: James Cameron – za całokształt, z którego po prostu nie potrafię wybrać tego jednego, najlepszego, bo wszystkie takie są.
Odys Korczyński
1. Ridley Scott: Łowca androidów – obraz uznany w gatunku za tak legendarny, mało kto już kwestionuje jego pozycję. Chociaż w gronie młodszych odbiorców spotykam się coraz częściej, co nie oznacza, że nagminnie, że Łowca androidów jest po prostu nudny. Za mało w nim akcji, a za dużo długich cen i skomplikowanych dialogów.
2. Andrzej Wajda: Ziemia obiecana – jedno z najważniejszych osiągnięć naszej kinematografii, w którym panuje idealna harmonia między każdym elementem go współtworzącym – scenariusz aktorzy, muzyka, zdjęcia. Aż trudno uwierzyć, że powstał w Polsce, zwłaszcza gdy odniesiemy go do dzisiejszych „superprodukcji”.
3. Wojciech Has: Sanatorium pod klepsydrą – co pomyślał główny bohater, Józef, gdy udało mu się wrócić z tej fantastycznej podróży poza czasem? Szoah, Szoah… Jak, do cholery, udało się człowiekowi przetrwać, mimo popełniania takich zbrodni? Ludzki ród musi być chroniony przez jakiegoś złowrogiego, szatańskiego Boga albo po prostu Boga nie ma.
4. Stanley Kubrick: Oczy szeroko zamknięte – jeden z najlepszych filmów o patrzeniu, odwołujący się do naszych wstydliwych skłonności do podglądania innych. W skrytości przed wszystkimi, za społecznymi maskami, ciągle udajemy, że nie podglądamy, aż tu nagle… Co byśmy zrobili, gdyby ktoś dał nam bilet na imprezę, gdzie maski można ściągnąć, ale jak na ironię założyć taką prawdziwą, zakrywającą twarz?
5. Sydney Pollack: Pożegnanie z Afryką – ten film jest jak niekończąca się przygoda i chociaż opowiada o zjawiskach trudnych w życiu człowieka, jest tak zrealizowany, że nie przygnębia. Pozwala na refleksję nad emocjami, a jednak nie doprowadza do rozpaczy czy zdołowania, jak przeciętny melodramat. Powiedzieć można, że Pożegnanie z Afryką ma w sobie dużo z kina Nowej Przygody.
Agnieszka Stasiowska
1. Peter Weir: Pan i władca na krańcu świata – niejednokrotnie już na tym portalu wyrażałam swój zachwyt nad dziełami Weira. Jego niepodrabialny styl rozpoznaję w mgnieniu oka, a jego nazwisku ufam bezgranicznie.
Australijczyk ma na koncie wiele wybitnych filmów, ale ja najwyżej cenię sobie właśnie Pana i władcę na krańcu świata. Uważam, że sfilmowanie tej właśnie historii tak, żeby nie wyszła z tego przeciętna przygodówka ani nudna, hermetyczna marynistyczna powiastka, było nie lada osiągnięciem.
2. Barry Levinson: Rain Man – ten specjalista od sprzedaży emocji ma w moim serduszku specjalne miejsce ze względu na doskonały w formie i treści dramat Uśpieni. Ale to Rain Man jest w mojej opinii jego najlepszym filmem. Na jego planie spotkało się dwóch znakomitych aktorów – Dustin Hoffman pokazał swój niezwykły kunszt, niezwykle wiarygodnie grając osobę dotkniętą autyzmem, Tom Cruise zaś objawił swój talent, pokazując młodego człowieka zamkniętego w szczelnej, bezpiecznej skorupie, który nieoczekiwanie otwiera się na dotąd sobie obce uczucia.
3. Stephen Frears: Niebezpieczne związki – na bogato. Kostiumy, klejnoty to znak rozpoznawczy brytyjskiego reżysera. Ale pod tym całym przepychem czai się zawsze jakiś niepokój, coś nieładnego, coś niewygodnego. Czasem coś obrzydliwego, jak w tej słynnej historii o dwójce cyników bawiących się ludzkimi losami jak pionkami na planszy. Niebezpieczne związki mają swoje wady, ale dzięki hipnotyzującym rolom Glenn Close i Johna Malkovicha ta ekranizacja nieco przykurzonej klasyki tworzy historię kina.
4. Ron Howard: Piękny umysł – Howard ma na koncie filmy niezmiennie sympatyczne, takie jak Plusk czy Spokojnie, tatuśku, za które bardzo go lubię. Swojego pierwszego złotego rycerza przytulił jednak za opowieść o matematyku Johnie Nashu, w którego wcielił się także nominowany do nagrody Akademii za tę rolę Russell Crowe. Co prawda Howard potraktował prawdziwą historię Nasha nieco zbyt dowolnie, nadal jednak Piękny umysł stanowi ciekawe studium człowieka zmagającego się z chorobą.
5. Ridley Scott: Helikopter w ogniu – OK, trochę tutaj odwracam sytuację, bo jest to po prostu jeden z moich ulubionych filmów jednego z najlepszych reżyserów. Scott ma w swoim CV tyle wybitnych dzieł, że wskazanie najlepszego jest zwyczajnie niemożliwe. Nawet wskazanie ulubionego jest trudne. Wybieram zatem, po dużych wahaniach, Helikopter w ogniu – świetną historię, pokazaną we wstrząsający, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty seansu sposób. Arcydzieło.
