publicystyka filmowa

Czy ŁOWCA ANDROIDÓW to przypadkowe arcydzieło?

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Wstępem niech będzie krótka definicja arcydzieła, którą stworzyłem na potrzeby tego tekstu, oraz wyjaśnienie, dlaczego Łowca androidów się w nią wpisuje. Jeśli wziąć pod uwagę PWN-owski Słownik języka polskiego, arcydziełem jest wybitne osiągnięcie w danej dziedzinie, odznaczające się kunsztem realizacji. Aby nieco zawęzić ogrom możliwości, jakie niesie ze sobą słowo „dziedzina”, skupmy się na wytworach kultury, a konkretniej: wytworach sztuki. Odwołując się do zdrowego rozsądku, sumy doświadczeń oraz historii, arcydziełami określać powinniśmy dzieła, które nie dość, że są w powszechnej opinii uznawane za wyjątkowe, wybitne, unikatowe lub przełomowe, to jeszcze ich życie nie kończy się na jednym pokoleniu – z roku na rok, z dekady na dekadę, ich wartość nie maleje, a wręcz wzrasta. Takie zjawiska mają także wielki wpływ na innych twórców lub też zmieniają postrzeganie gatunku. Myślę, że to dość bezpieczna i obszerna definicja, a potrzebę jej przytoczenia motywuję tym, że niniejszy artykuł ani razu nie podejmie polemiki z faktem, że Łowca właśnie arcydziełem jest.

W filmach jak w szachach: jak nie planujesz, musisz liczyć na szczęście.

Łowca androidów nie jest tym, czym miał być, ale właśnie dzięki temu odbieramy go lepiej, niż planowali jego twórcy.

Dużo prościej jest z określeniem, czym jest „przypadek”. Pozwolę sobie pominąć bogactwo filozofii deterministycznej i ograniczę się do lakonicznego stwierdzenia, że przypadkowe jest coś, co nie było zaplanowane. Jeśli ktoś w tym momencie zauważy, że każde arcydzieło jest przypadkowe, bo nie da się przecież już w fazie planowania określić, że dany twór będzie przełomowy, wybitny lub najlepszy w swoim gatunku, to ma całkowitą rację. Każde arcydzieło jest z pewnością wynikiem wielu decyzji i działań, ale determinizmowi miałem dać spokój. Dlaczego więc akurat Łowca androidów jest szczególnym przykładem przypadkowego arcydzieła, wymagającego osobnego omówienia? Mianowicie dlatego, że jest to chyba jedyny obraz w historii kina, który nie jest tym, czym miał być, ale właśnie dzięki temu odbieramy go lepiej, niż planowali jego twórcy.

Skomplikowane? Wyjaśniam. Sporo odpowiedzi przynosi dokument Niebezpieczne dni – tworząc „Łowcę Androidów”. Znalazła się w nim bardzo ciekawa wypowiedź reżysera – Ridleya Scotta – dotycząca neonu, który znajduje się za plecami głównego bohatera, kiedy widzimy go po raz pierwszy. Otóż neon nie ma żadnego ukrytego znaczenia, został wykorzystany, bo prostu spodobał się twórcy. Wszelkie interpretacje dotyczące jego kształtu, przesłania lub symboliki są więc tylko nadinterpretacjami, a autor „nie miał nic na myśli”. Czy to zabiera nam całą zabawę z analizy detali i próby rozpracowania ich znaczenia? Wydaje mi się, że nie. Jednak przytoczona wypowiedź Scotta zmusiła mnie na długi czas do myślenia o tym, dlaczego jego film jest uznawany za arcydzieło.

Szukając drugiego takiego filmu…

Przyjrzyjmy się scenariuszowi. Podstawą historii była powieść Philipa K. Dicka Czy androidy marzą o elektrycznych owcach. Autor przedstawiał w niej wizję świata przyszłości, zrujnowanego i paranoicznego, w którym zwierzęta przestały istnieć, a działalność ludzka była wspierana przez androidy – służących ludzkiej rasy. Bohater – Rick Deckard, nazwany tak samo jak w filmie – był żonatym policjantem ze specjalnego oddziału zajmującego się likwidacją androidów-dezerterów. Dick, w charakterystyczny dla siebie sposób, snuł rozważania o znaczeniu i granicy człowieczeństwa, dotykał wątków bytów wyższych, religii i mediów wpływających na ludzką percepcję i egzystencję, mieszał ze sobą literacką „prawdę” z paranoidalnymi wyobrażeniami bohaterów, nie podając dokładnie, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Fabuła filmu w niewielkim stopniu oddaje sens oryginału, zmierza w nieco innych kierunkach, pomija wiele wyjaśnień, zachowując jednocześnie sporo źródłowego materiału. Scenariusz powstawał w bólach – pierwszą wersję, napisaną przez Hamptona Fanchera (który wcześniej był epizodycznym aktorem), poprawiał David Webb Peoples. Pierwszy był debiutantem na polu scenopisarskim, drugi miał na koncie skrypt do dokumentalnego filmu o tematyce bomb atomowych. Nietypowe dla sporej produkcji było więc zatrudnienie nowicjusza, i faktycznie, z tekstu Fanchera zostało potem wyciętych lub poprawionych wiele elementów, ale tak naprawdę chyba do końca zdjęć nie istniała żadna ostateczna wersja scenariusza, którą ktoś decyzyjny przeczytał i zredagował. Pozostały więc w filmie chociażby tytułowe (książkowe) sztuczne zwierzęta, które stały się dobrem luksusowym, ale nigdzie nie pada wytłumaczenie ani nawet krótka informacja o przyczynach tego stanu rzeczy. Z pierwszego dialogu Deckarda z Rachel dowiadujemy się, że sowa w biurze jest sztuczna („oczywiście, że jest!”) i droga („bardzo”). Krótka wymiana zdań, która jednocześnie może opisywać sowę, jak i samą Rachel – ale podczas pierwszego seansu nie mamy podstaw, by wiedzieć, skąd Deckardowi przyszło do głowy zapytać, czy sowa jest sztuczna.

Ostatnio dodane