search
REKLAMA
Szybka piątka

NAJGORSZE FILMY naszych ulubionych reżyserów

REDAKCJA

10 lipca 2020

REKLAMA

Jacek Lubiński

1. John Hughes: Niesforna Zuzia – choć reżyser zrobił ogółem trzy nieco słabsze od reszty dorobku dzieła, wybieram z nich małą Zuzannę, która jest co prawda urocza, ale brakuje jej dynamiki, zacięcia oraz geniuszu typowego dla pozostałych, co być może wynika z faktu, że powstała już w kolejnej dekadzie.

2. Luc Besson: Lucy – nie widziałem co prawda Anny, ale jej poprzedniczka wydaje się być bezkonkurencyjna, jeśli idzie o zagęszczenie idiotyzmów na centymetr filmowej taśmy. Koszmar.

3. Wes Anderson: Trzech facetów z Teksasu – to nie jest zły film, bardzo mi się zresztą podobał, a i debiut z tego solidny. Ale w porównaniu do wszystkich następnych dokonań tego geometrycznie perfekcyjnego twórcy wypada po prostu blado, bo jest taki… zwyczajny.

4. Brian De Palma: Czarna Dalia i Misja na Marsa – oba oceniam tak samo. Misja… była srogim zawodem już w kinie i tak mocno wyrobniczym tworem, jak to tylko możliwe. Z kolei na Dalii moja znajomość z De Palmą się kończy, gdyż kiepski efekt końcowy stanowił jakby gwóźdź do trumny kariery tego reżysera (co zdają się potwierdzać słabe noty dla wszystkich późniejszych jego produkcji, po które już nie odważyłem się sięgnąć).

5. Steven Spielberg: BFG: Bardzo Fajny Gigant – gdyby ktoś zatrzymał zegar na roku 2000, to napisałbym, że sequel Parku Jurajskiego. Dekadę temu wskazałbym natomiast niesławną czwartą część Indiany Jonesa. Niemniej na dzień dzisiejszy żaden film Spielberga nie zmęczył i nie zażenował mnie tak bardzo, jak właśnie ten o pierdzących olbrzymach. Po prostu CDK?

Marcin Kempisty

1. Stanley Kubrick: Dr Strangelove czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę – to na swój sposób zaskakujące, że w tak trudnym momencie historii świata Kubrick stworzył tak oderwanego od rzeczywistości paszkwila na amerykański militaryzm. Można byłoby to jeszcze zrozumieć, gdyby sięgnął po inną konwencję, ale wykorzystana grubo ciosana satyra jest na tyle prymitywna, że trudno uwierzyć w jej zrealizowanie przez twórcę tak wielkich dzieł jak Barry Lyndon czy Lśnienie.

2. Lars von Trier: Dom, który zbudował Jack – duński reżyser miał w swojej karierze wzloty i upadki, ale nigdy nie stworzył tak narcystycznego dzieła. Chociaż rola Matta Dillona jest naprawdę znakomita, to trudno się patrzy na tę niby zamierzoną metagrę von Triera z widzami, zwłaszcza gdy pojawiają się porównania morderstw do dzieł sztuki. Von Trier lubił szokować, ale swoim ostatnim filmem zaszokował co najwyżej brakiem jakości.

3. Paul Thomas Anderson: Wada ukryta – amerykański reżyser jest wielki, gdy wgryza się w umysły swoich bohaterów, gdy powolutku ujawnia kolejne psychologiczne motywacje oglądanych postaci. Niestety, w przypadku Wady ukrytej próbował ukazać psychodeliczną stronę rzeczywistości, co mu za bardzo nie wyszło. Nawet rola Joaquina Phoenixa nie była na tak wysokim poziomie, do jakiego ten aktor zdążył widzów przyzwyczaić.

4. Jean-Pierre Melville: Ryzykant – już w tym filmie Francuz pokazuje spektrum zainteresowań tematycznych i zagrywek formalnych, z których owocnie będzie korzystać w przyszłej karierze, niemniej jednak czuć, że to są jeszcze dla niego pierwsze szlify. Scena napadu jest fantastyczna, film się generalnie dobrze ogląda, ale Ryzykant to dopiero przedsmak tego, z czym widzowie będą mieli do czynienia, oglądając Glinę albo Samuraja.

5. Joon-ho Bong: The Host: Potwór – Koreańczyk zmieszał w tym filmie wszystko ze wszystkim, rodzinną dramę z komedią, ekothriller z elementami monster movie, z tym że to połączenie nie wyszło za dobrze. Może The Host: Potwór jest produkcją efektowną, niemniej jednak zabrakło w niej umiaru formalnego. Przy okazji po raz kolejny ujawniła się wręcz nałogowa niechęć Bonga do Stanów Zjednoczonych.

Odys Korczyński

1. Miloš FormanHair – bez dwóch zdań zgadzam się z ideologiczną osnową filmu. Uważam również, że nakręcenie go przez Europejczyka pochodzącego z kraju komunistycznego miało wielkie znaczenie dla społeczeństwa amerykańskiego, właśnie w tamtych, kończących się, niespokojnych latach 70. Niemniej, nic na to nie poradzę, że forma musicalu stoi między mną a filmem jak żelazna kurtyna, która po II wojnie światowej podzieliła Europę.

2. James CameronTitanic – miłośnicy Obcego: Decydującego starcia niech się nie obawiają. To nie jest najgorszy film Camerona. Gdyby Ridley Scott nie zrobił pierwszej części, kto wie, czy istniałby właściwy punkt odniesienia do krytyki Aliens. A tak to zaszczytne miejsce najgorszego filmu w portfolio niewątpliwie zasłużonego dla kina reżysera zajmuje Titanic. Tandetny wyciskacz łez z coraz bardziej z biegiem czasu sztucznie wyglądającymi efektami specjalnymi.

3. Pedro Almodóvar: Julieta – szczerze trudno mi mówić o jego słabych filmach, ale do pewnego czasu miałem takie wrażenie, że z wiekiem zaczął bardziej cenić spokój niż walkę o libertyńskie ideały. Wciąż mam nadzieję, że powróci z kolejnym Złym wychowaniem. Julieta pokazuje nam Almodóvara wręcz cnotliwego, co mu po prostu nie przystoi. Ta wprawka do melodramatycznej metafizyki najwidoczniej była konieczna przed znakomitością Bólu i blasku.

4. Ridley ScottLegenda – produkcja w klimacie raczej niemieckiej, baśniowej kinematografii. Przy całej aspirującej do wielkości filmografii reżysera to chyba eksperyment, o którym wolę zbyt wiele nie myśleć, chociaż Tom Cruise wypadł nadzwyczaj dobrze w roli leśnego chłopca, skrzata czy tam przedstawiciela osobliwej rasy ludzi zamieszkujących magiczne knieje.

5. Andrzej WajdaPowidokiWajda umarł, a obowiązki promocyjne po nim przejął Bogusław Linda. “Muszę za niego jeździć po, kurwa, całym jebanym świecie i świecić ryjem we wszystkich miejscach. , no był po prostu niedobry i jednocześnie prosiliśmy paru scenarzystów, m.in. Władka Pasikowskiego, by napisali coś innego. No i oni pisali jakby inne historie”. Niech ta refleksja Lindy o Powidokach będzie ilustracją mojego do nich stosunku. Lepiej bym tego filmu nie określił.

REKLAMA