Publicystyka filmowa
Mistrz akcji JAK WINO. 5 najlepszych ról TOMA CRUISE’A
TOM CRUISE w MISTRZU AKCJI nieprzerwanie zachwyca swoimi niezapomnianymi rolami, od Eathana Hunta po Rona Covica. Odkryj jego najlepsze kreacje!
Dzisiejsza pozycja Toma Cruise’a w świecie filmu jest tak mocna, że nie zaszkodzi mu żadna afera ze scjentologami w tle. Zapewne nie zawsze tak będzie, lecz na razie aktor korzysta z tej fali, która niesie go już od kilkudziesięciu lat i nie chce przestać. Dlatego jego filmografia jest tak bogata w produkcje kultowe. Wybrać z nich zaledwie pięć, gdy z powodzeniem można i dziesięć, wygląda na niewdzięczne zadanie. Trzeba jednak bez sentymentów pozostawić kilka świetnych tytułów w cieniu, zdając sobie sprawę z tego, że nie jest to żaden ranking, a między poszczególnymi filmami różnice są naprawdę znikome.
Ważne, że rola Rona Covica z Urodzonego 4 lipca zapisała się w historii kina, podobnie jak kreacja Charliego Babbitta z Rain Mana, a wybór między Jerrym Maguire’em a Mitchem McDeere’em z Firmy jest dla mnie prawie niemożliwy. Los więc zdecydował.
Ethan Hunt, seria Mission Impossible (1996–2018), reż. m.in. Brian de Palma, Christopher McQuarrie
Ikona stylu w kinie akcji – można bez ogródek powiedzieć. Z każdym odcinkiem lepsza, chociaż trudno było o takie mniemanie po pierwszej części. Produkcja Briana de Palmy nie była zła. Wręcz przeciwnie, ale czy rokowała na stworzenie jednej z najbardziej znanych serii w historii kina? Od czasu Tożsamości Bourne’a z Richardem Chamberlainem żaden film sensacyjny obejrzany przeze mnie w tamtym czasie (gdy chodziłem do liceum) nie wzbudził we mnie takich emocji. Trudno było jednak oczekiwać i spekulować, że Mission Impossible przetrwa do dzisiaj i będzie stanowić, przynajmniej w moim pojęciu, konkurencję dla sagi o przygodach Jamesa Bonda.
Wszystko to dzięki Tomowi Cruise’owi. Stał się nie tylko głównym aktorem serii, ale i producentem, kaskaderem, pomysłodawcą wielu scen oraz przede wszystkim marką. Dzisiaj nie da już myśleć o Mission Impossible bez Cruise’a, a po pierwszej części jeszcze tak było można. Oto największe osiągnięcie aktora, które jest tym samym szczytem jego kariery. A na drugim miejscu w wykreowaniu sławy Mission Impossible jest muzyka Lalo Schifrina. Pamiętacie może serial z Peterem Gravesem? Tom Cruise jako Ethan Hunt oddał mu piękny hołd.
Charlie Babbitt, Rain Man (1988), reż. Barry Levinson
Niewątpliwie, Dustin Hoffman przyćmił Toma Cruise’a, ale nie upadł pod wpływem jego talentu. Postać Charliego Babbitta nie została stworzona po to, żeby ją lubić, przynajmniej na początku. To bawidamek, skrzywdzony przez ojca chłopak, który wciąż cierpi, a przez to nieświadomie wykorzystuje ludzi.
W takiej roli młody Tom Cruise sprawdził się idealnie. Samo przejście do bardziej sentymentalnych klimatów oraz mimiki wyszło mu już gorzej, zapewne ze względu na młody wiek, ale w duecie z Hoffmanem w ogóle te niewprawności warsztatowe nie przeszkadzały. Dlatego Oscar za pierwszoplanową rolę powędrował do niego, a Cruise nie dostał nawet nominacji. Lecz mimo to ogląda się go na tzw. widzowskim luzie. Nie wzbudza od razu sympatii, ale reżyser dobrze kontroluje ten moment, kiedy powinna się ona pojawić. Nie żywi się do niego wstrętu ani nienawiści, które przesłaniałyby bohatera. Dodatkowo świetne zdjęcia, pamiętna dla historii kina muzyka, w tym poruszającym emocje świecie Tom Cruise po raz kolejny zapisał się jako aktor przywiązany genetycznie do kultowych filmów.
William Harford, Oczy szeroko zamknięte (1999), reż. Stanley Kubrick
Wciąż się zastanawiam, czy ta rola radykalnie nie zmieniła życia osobistego Cruise’a.
Ostatnia Kubrickowska rzeczywistość, jaką udało się reżyserowi Lśnienia stworzyć, wciągnęła aktora bardzo głęboko. Stworzył ze swoją, już dzisiaj byłą, żoną idealną, nieco oniryczną kreację związku ludzi przywdziewających maski, a w końcu zapominających, że je noszą. Kubrick pozwolił nam obserwować losy państwa Harford jakby z ukrycia tak, żebyśmy czuli się winni, jak prawdziwi podglądacze. Doświadczenie seansu Oczu szeroko zamkniętych jest zarówno zmysłowym przeżyciem erotycznym, jak i niewygodnym doświadczeniem odsłonięcia przed własnym wstydem.
Kubrickowski świat wydaje się z początku niemal fantastyczny, czasem nawet dowcipny, podniecający i irrealny, by naraz stać się smutnym tańcem śmierci człowieka żyjącego w ułudzie. Tom Cruise jest idealnym jej partnerem w tych pląsach. Przechadza się niespiesznie po swoim życiu, jakby był na balu. Są nawet maski i gołe cycki. Tylko na nim jako człowieku coś za dużo ubrania w momentach, kiedy chciałby je za wszelką cenę zdjąć. Maska nie pozwala.
Ray Ferrier, Wojna światów (2005), reż. Steven Spielberg
Tak jak nie rozumiem niektórych decyzji Akademii, kiedy nominuje do Oscarów, a potem je przyznaje, tak w tym przypadku nie pojmuję nominacji Toma Cruise’a do Złotej Maliny. W kreacji Raya Ferriera nie odczułem żadnej sztuczności. Dobrze pokazał strach, bezradność, niepewność oraz determinację, żeby ochronić własne dzieci. Pretensje o drewnianą grę aktorską skierowałbym raczej do Justina Chatwina w roli Robbiego. Steven Spielberg potrafił stworzyć taką apokaliptyczną atmosferę, że Cruise’owi da się zaufać i wyobrazić sobie, że naprawdę się boi.
Nie gra superbohatera i w tym tkwi cała jego siła. Jest zwykłym robotnikiem postawionym w nietypowej sytuacji. Dopiero taki wstrząs doprowadza do odtworzenia jego relacji ojcowskiej z dziećmi, zwłaszcza z dojrzewającym synem. Tę osobistą historię postaci Spielberg zręcznie wkomponował w fantastycznonaukowy klimat najazdu obcych na Ziemię. Nie dbaliśmy o planetę, zatem spotkała nas kara. Ray nie dbał o dzieci, lecz w końcu musiał zacząć, inaczej by je stracił. Na zasadzie takich życiowych sytuacji granicznych stworzona jest fabuła Wojny światów i to zadziałało. Film zarobił kilkakrotnie więcej niż wynosił jego budżet. Nikt jednak nie wpadł w panikę jak przed laty. To już nie te czasy, co rok 1938. gdy słuchowisko Orsona Wellesa wprawiło niektórych obywateli USA w przerażenie.
Mitch McDeere, Firma (1993), reż. Sydney Pollack
Słyszałem zarzuty, że nim w filmie akcja się rozwinie, widz zdąży kilka razy usnąć. Może z początku takie wrażenie budowane jest z powodu w nieskończoność płynących napisów. Pojawiają się i pojawiają, a w trakcie Mitch McDeere dostaje atrakcyjną posadę, poznajemy jego żonę oraz wstępnie tajemniczą „Firmę”.
Na jakieś konkretne zawiązanie akcji przychodzi jeszcze poczekać kilkadziesiąt minut. Ale w tej bardziej obyczajowej niż sensacyjnej części Tom Cruise okazuje nie mniej napięcia i aktorskiej energii niż wtedy, gdy intryga jest zawiązana, a poszczególne ze stron (Firma, FBI i McDeere jako adwokat) starają się wzajemnie ograć i przetrwać z jak najmniejszymi stratami. Gdy akcja nabiera tempa (a znając już serię Mission Impossible), można stwierdzić, że Cruise ma w sobie zalążki dzisiejszego Ethana Hunta.
Jest nad wyraz inteligentny, walczy jak lew, skacze podobnie do akrobaty, jak na garniturowca potrafi się wyjątkowo skutecznie bronić. Nie jest przy tym mężczyzną idealnym, ale za to bohaterem, za którym wzdychają kobiety niezależnie od stanu cywilnego. To dopiero początek budowania tej wizji postaci, która teraz jest tak scalona z Cruise’em dzięki serii Mission Impossible.
Bonus
Pete „Maverick” Mitchell, Top Gun (1986), reż. Tony Scott
Gdyby nie ta rola, nie byłoby dzisiaj Toma Cruise’a w panteonie najsławniejszych aktorów świata. Oglądam Top Gun regularnie, zawsze z tym samych zachwytem umiejętnościami, jakimi wykazał się Tony Scott.
Doskonale scalił dwa z osobna dość słabe treściowo elementy – romans, tak przecież miałki i przewidywalny, młodego, gniewnego porucznika (Maverick) z doświadczoną panią trener (Kelly McGillis) oraz powietrzną rywalizację między pilotami myśliwców F-14 Tomcat. Gdyby oprzeć Top Gun na tym drugim filarze, wyszłaby niezbyt strawna laurka dla amerykańskiego lotnictwa. Za to gdyby przesunąć akcent na relację Mavericka i Charlotte, a myśliwce umieścić na dalszym planie, znów film nie zapisałby się w historii kina, co najwyżej ceniłyby go miłośniczki dramatycznych romansów. A tak powstała nietuzinkowa i wizualnie dopracowana produkcja, która zapisała się jako obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników lotnictwa wojskowego, niekoniecznie skupiająca się na działaniach wojennych.
Przypomniał mi się teraz nasz polski Top Gun, czyli Na niebie i na ziemi Juliana Dziedziny z 1973 roku oraz próba nakręcenia laurki dla Dywizjonu 303 pt. 303. Bitwa o Anglię Davida Blaira. I jakoś tak poczułem dreszcze obrzydzenia.
