search
REKLAMA
Recenzje

OSIEMDZIESIĄT SZEŚĆ TYSIĘCY DOLARÓW i 45 lat od premiery

Jacek Lubiński

29 września 2020

REKLAMA

Choć obecnie czarnoskórzy narzekają w Ameryce na „systemowy rasizm”, to właśnie ten kraj umożliwił im między innymi stworzenie własnego, bogatego podgatunku kina. Powstałe na przełomie lat 60. i 70. – czyli wtedy, gdy do głosu dochodziły rasowe ruchy społeczne – blaxploitation zaczynało skromnie, bo od niskobudżetowych filmów przeznaczonych dla mniejszości. Szybko stało się jednak popularne i modne, rozlewając się na inne gatunki X muzy – w tym western. Takie jest właśnie pochodzące z 1975 i obchodzące w tym roku okrągłą rocznicę premiery Take a Hard Ride (tytuł oryginalny).

Nie był to pierwszy taki mariaż (wcześniej powstały choćby Boss Nigger czy El Condor) ani też nie pozostaje on najlepszym przykładem takowego. Ale idealnie wpisuje się w stylistykę „czarnego kina” tamtych lat. Wręcz aż za dobrze, jak na realia Dzikiego Zachodu. Zwłaszcza względem głównych bohaterów. Film sygnowany jest bowiem nazwiskami popularnych w owej chwili sportowców – Jima Browna i Freda Williamsona. Obaj byli gwiazdami futbolu amerykańskiego i obaj, niezależnie od siebie, weszli potem do świata filmu (Brown debiutował zresztą w westernie – Rio Conchos). Abstrahując od ich ograniczonych aktorskich umiejętności, trudno dojrzeć w nich postaci z krwi i kości, prawdziwych kowboi. To bardziej charyzmatyczne osobowości, które przywdziały kostiumy i nawet jeśli jest im w nich wygodnie, bynajmniej nie są w nich wiarygodni – zwłaszcza gdy posługują się mową typową raczej dla Harlemu lat 70. niż prerii XIX wieku. Zresztą całą intrygę spokojnie dałoby się przenieść na bardziej współczesny grunt, ubierając ją w ciuszki sensacji, kina akcji albo wprawnego thrillera. Wyszłoby chyba lepiej niż udawanie Dzikiego Zachodu, nawet jeśli sama fabuła pozostaje w zgodzie ze stylem tanich produkcji włoskich czy niemieckich z tamtego okresu.

Zaczyna się ona w dodatku jak typowe spaghetti westerny – od wizerunku białego Lee Van Cleefa, który automatycznie przywołuje skojarzenia z filmami Sergia Leonego. Podobnie ubrany, ponownie milczący i tajemniczy, tu również pali fajkę i z łatwością pociąga za spust, w wolnych chwilach pogrywając także na harmonijce, co można odczytać za przewrotny dowcip twórców. I jest tak samo nieprzejednany w swej kolejnej negatywnie nacechowanej roli. Jedna wymiana spojrzeń pomiędzy nim a Brownem i już wiemy, że coś się kroi. A konkretnie kroi się tytułowa kwota, którą czarny kowboj ma przewieźć z punktu A do punktu B, gdyż taką złożył obietnicę swojemu umierającemu szefowi (bynajmniej nie „panu”). Obietnica ta szybko przestaje być sekretem i wkrótce za Brownem ustawia się prawdziwa kolejka chętnych na łatwy zarobek – niemal zupełnie jak w jednej ze scen kultowego Czy leci z nami pilot?, gdzie pasażerowie ciurkiem podchodzili do panikującej kobiety, aby spuścić jej łomot. Chcąc nie chcąc, Brown łączy więc siły z Williamsonem – szulerem i cwaniakiem śliskim jak węże, które nosi w torbie. I tak się zaczyna całe to towarzystwo ganiać wte i wewte po udających Amerykę plenerach Andaluzji i Wysp Kanaryjskich. Ot, taki głupawy pościg za kasą na słowo honoru, z wrzuconym od czapy pod sam koniec motywem niewolnictwa.

Oczywiście pewną umowność można by było bez problemu kupić, gdyby nie kompletny brak wiarygodności wydarzeń. Mimo dość ograniczonego budżetu dzieje się tu całkiem sporo, bo jest i efektowna scena z wiszącym mostem, jakby żywcem wyjęta z późniejszych przygód Indiany Jonesa. Jest też potężna eksplozja, siekająca wszystko prócz celu kartaczownica Gatlinga oraz akcje godne Mission: Impossible, które nawet nie silą się na jakikolwiek realizm. Paradoksalnie, ze szkodą dla widza, rzeczony budżet nie pozwolił na większe rozbuchanie i wszystko to zrobione jest wyraźnie po kosztach, najlepsze ukrywając gdzieś poza kadrem, w domyśle. Nie pomaga też montaż, w którym w ogóle nie czuć nerwu, jakiegoś napięcia… Właściwie ani na moment film nie łapie wiatru w żagle, nie nabiera odpowiedniego rytmu, a bywa, że wręcz dłuży się, nie dając wiele w zamian pod względem choćby dramaturgii czy podbudowy postaci i ich relacji.

A ma ku temu sporo okazji, bo główny wątek poprzecinano kilkoma pobocznymi, najczęściej w ogóle niewykorzystanymi i nierzadko egzotycznymi. Skutkuje to takimi perełkami, jak dwóch mało ogarniętych Murzynów błąkających się po pustkowiu w poszukiwaniu jedzenia, banda religijnych fanatyków na modłę Ku Klux Klanu (acz bez prześcieradeł) czy czarnoskóry Indianin-niemowa (sic!), który walczy jak wychowanek Bruce’a Lee (co nie powinno dziwić, gdyż do tej roli zaangażowano znanego z Wejścia smoka Jima Kelly’ego). Wszystko to wrzucono do jednego wora bez większego przekonania, byleby tylko ubarwić zbyt prostą intrygę i jakoś wytłumaczyć metraż całej produkcji. Studio 20th Century Fox grzecznie grało do nut Browna i Williamsona, najwyraźniej licząc na konkretny sukces, choć im samym grać się zbytnio nie chciało, a po prostu dobrze bawili się na planie, pozwalając reszcie rozpoznawalnej obsady (m.in. Dana Andrews, Barry Sullivan, Harry Carey Jr. i Catherine Spaak) beznamiętnie błąkać się w tle.

Niestety ich zabawa w kowboi nie przełożyła się na efekt końcowy, który z tych i innych powodów jest co najwyżej poprawny oraz niezbyt angażujący. Film Anthony’ego Dawsona – naprawdę Antonio Margheriti, któremu Quentin Tarantino oddał niejako hołd w swoich Bękartach wojny – to pewien zbiór mniej lub bardziej udanych pomysłów, które wspólnie jakoś tam składają się na niezgorsze, ale pozbawione prawdziwej iskry dzieło, niczym właściwie niewyróżniające się z tłumu sobie podobnych. Nawet muzyka znanego z chwytliwych, pamiętnych tematów Jerry’ego Goldsmitha, który tworzy tu coś z niczego, ilustrując n-ty z rzędu western w karierze, nie zostaje z nami dłużej po seansie.

Seansie jak najbardziej dostarczającym rozrywki, lecz zupełnie niewykorzystującym swojego potencjału – i tak już niezbyt ambitnego. Lichym niczym trefna umowa z żydowskim lichwiarzem, ergo nie wartym swojej ceny. Osiemdziesiąt sześć tysięcy dolarów to tylko pozornie mała kwota, bo po uwzględnieniu inflacji jest to dziś równowartość blisko trzech milionów „zielonych”. Szkoda więc, że film wygląda tak biednie, a czas zdecydowanie poskąpił mu grosza. Ale obejrzeć za te parę nic niewartych polskich złotych jak najbardziej można. Kto bogatemu zabroni?

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA