Publicystyka filmowa
SERGIO LEONE. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy
Odkryj magię SERGIO LEONE, mistrza kina, której filmy wciąż zachwycają. Doceniamy jego twórczość z pasją i dreszczykiem emocji.
Sergio Leone był jednym z tych autorów X muzy, którzy nie tworzyli dużo, ale za to dobrze. Jednym z tych, na którego filmy kiedyś czekało się z wypiekami na twarzy, a po latach wciąż ogląda się z przyjemnym dreszczykiem na plecach. Był twórcą wielkim dosłownie i w przenośni. Jednym z tych, którzy budowali historię filmu. I niestety także jednym z tych, którzy odeszli przedwcześnie, nie zrealizowawszy wszystkich swoich marzeń.
Z okazji 30. rocznicy śmierci mistrza dwójka jego fanów bierze pod lupę cały dorobek reżysera – zarówno ten oficjalny, jak i zrealizowany przypadkiem, wespół z innymi osobami.
Katarzyna Kebernik: Ten tekst chciałaby dedykować starszemu bratu, który dawno temu w Polsce zmusił ją, by obejrzała z nim Dawno temu w Ameryce. Protestowała i marudziła, ponieważ była tylko głupią gówniarą gardzącą produkcjami dłuższymi niż półtorej godziny, ale seans rzucił na nią czar – a z upływem lat dostrzegała w filmie coraz więcej. Miłość do dzieł Leone to proces i związek na całe życie.
Jacek Lubiński: Zaliczający Leone do grona najważniejszych twórców kina, bez którego byłoby ono puste i niekompletne. Uwielbia zwłaszcza perfekcyjnie czystą, bezgranicznie inspirującą stronę audiowizualną jego filmów.
Uwaga! Na końcu zestawienia znajdziecie ankietę!
Ostatnie dni Pompei (1959)
Katarzyna Kebernik: Razem z Jackiem postanowiliśmy uwzględnić nie tylko „siedmiu wspaniałych”, czyli dzieła samodzielnie wyreżyserowane przez Leone, ale i cztery filmy, pod którymi co prawda podpisał się ktoś inny, jednak wkład Włocha w ich powstanie był znaczący. W przypadku Ostatnich dni Pompei sprawa wyglądała następująco: reżyser Mario Bonnard zachorował i jego asystent, Sergio Leone, dokończył za niego film.
W ten sposób twórca Pewnego razu na Dzikim Zachodzie po raz pierwszy, w wieku 30 lat, zasiadł na krzesełku reżysera, co stanowiło ukoronowanie jego wieloletnich planów i marzeń. Wcześniej pełnił inne funkcje na planie filmowym – pomagiera, asystenta, scenarzysty. Kino towarzyszyło mu od najmłodszych lat: w końcu jego rodzicami byli reżyser Vincenzo Leone i aktorka Bice Waleran. Same Ostatnie dni Pompei to typowy sandał: spodoba się chyba tylko najgorliwszym fanom tego gatunku. Warto je jednak obejrzeć choćby po to, by zobaczyć, że nawet największy mistrz musi jakoś zacząć, a jego geniusz nie jest wyłącznie wynikiem talentu, ale również (a może przede wszystkim) ciężkiej pracy, doświadczenia i uporu.
⑤
Jacek Lubiński: Prawdziwa mieszanka jakościowa, która oficjalnie wyszła spod ręki Mario Bonnarda, ale w lwiej części nakręcona została przez jego asystenta, czyli właśnie Leone. Generalnie to mało ambitne peplum, gdzie kicz i uznani aktorzy idą ręka w rękę, a my oglądamy to wszystko jednym okiem. Co prawda sama sekwencja destrukcji tytułowego miasta potrafi zrobić wrażenie nawet dziś, ale całościowo to film poniżej przeciętnej, ginący pośród wielu innych reprezentantów gatunku sandałowego.
④
Kolos z Rodos (1961)
Katarzyna Kebernik: W Kolosie z Rodos, swoim pełnoprawnym debiucie, Leone kontynuował tematykę starożytną i pozostawał w ramach gatunku peplum. Tematyka historyczna i mitologiczna interesowała go zresztą także prywatnie. Kolos… to produkcyjniak powstały na zamówienie studia: jedno z wielu taśmowo produkowanych widowisk historycznych, które pół wieku temu były niezwykle modne i popularne, przyciągały do kin tłumy ludzi i choć kosztowały sporo, to przynosiły jeszcze większe zyski.
A jednak wyczuwa się tutaj kiełkującą osobowość zdolnego twórcy. Uwagę zwraca pietyzm realizacyjny, starannie odtworzone budowle, wnętrza i stroje, zachwycające krajobrazy i estetyczne zdjęcia: dzięki temu wszystkiemu możemy przenieść się razem z głównym bohaterem do pogrążonego w politycznym chaosie, antycznego Rodos. Już na tym etapie swojej kariery Leone był perfekcjonistą i tytanem pracy nieuznającym bylejakości. Maksymalizm i rozmach staną się wkrótce jego znakami rozpoznawczymi.
⑤
Jacek Lubiński: Debiut reżyserski z prawdziwego zdarzenia. Jeszcze jedno widowisko sandałowe, na które wyraźnie nie szczędzono środków. Nawet niegłupi scenariusz, solidne aktorstwo i sprawna ręka Leone sprawiają, że mimo typowej dla gatunku realizacyjnej tandety i swoistego kiczu oraz blisko dwóch i pół godziny metrażu jest to całkiem niezły i sprawny film, który dobrze się ogląda. Co ciekawe, da się w nim zauważyć wyraźne podwaliny pod przyszłe projekty. I choć nie jest to ani wielkie, ani tym bardziej pozbawione wad kino – wyraźnie brakuje iskry bożej – to można jedynie żałować, że Leone później nie podejmował już podobnych przedsięwzięć.
➅
Za garść dolarów (1964)
Katarzyna Kebernik: Pierwszy ważny film Leone z miejsca odniósł sukces kasowy, choć krytycy nie od razu docenili jego kunszt, zarzucając obrazowi wulgarność, kicz i schlebianie tanim gustom (!). Czas stanął po stronie widowni: dziś film jest klasyką, nie tylko westernu.
Premierze towarzyszyła aura skandalu: Za garść dolarów jest mocną zrzynką ze Straży przybocznej Kurosawy, za co Japończyk wytoczył proces Włochowi. Sąd przyznał rację twórcy Siedmiu samurajów. Cóż, jak głosi pewne mądre powiedzenie: zdolni twórcy się inspirują, a wybitni kradną. Młody Leone, szukając własnej drogi i wypracowując unikatowy styl, sięgał po najlepsze możliwe wzorce.
Paradoksalnie, mieszając kino azjatyckie z amerykańskim, osadzając historię Kurosawy w stylistyce westernu, stworzył coś oryginalnego i prekursorskiego. Pierwsza część dolarowej trylogii może wydawać się nieopierzona w porównaniu z późniejszymi dziełami reżysera, ale to wciąż wciągająca historia z rewolucyjną, niezwykle jak na tamte czasy nowoczesną muzyką Morricone w tle. Kompozytor stał się nie tylko stałym współpracownikiem reżysera, ale też jego najbliższym przyjacielem – to doskonałe porozumienie twórców widać na ekranie.
Pomyśleć, że ta słynna ścieżka dźwiękowa powstała… z oszczędności. Orkiestra symfoniczna była zbyt droga, Morricone musiał więc kombinować i eksperymentować z mniej oczywistymi instrumentami i efektami dźwiękowymi.
⑧
Jacek Lubiński: Pierwszy western i doskonała wprawka przed kolejnymi dokonaniami. Nie dziwi fakt, że film ten wpłynął na nieprzychylny odbiór poprzednich prób reżyserskich Leone i przyszło się go uważać za faktyczny debiut tego twórcy – tu jeszcze nie w pełni wykorzystującego swój pełny potencjał, ale już opowiadającego własnym, charakterystycznym językiem. Nie jest to dzieło tak dopracowane, jak późniejsze odsłony trylogii dolarowej, lecz samoistnie pozostaje bardzo dobrym kinem – w dodatku, zważywszy na swój mało oryginalny rodowód i pomimo upływu lat, niezwykle świeżym, do którego chętnie wracam.
⑧
Za kilka dolarów więcej (1965)
Katarzyna Kebernik: Pierwsza, ale nie ostatnia dziesiątka, jaką wystawię filmowi w tym artykule. Uprzedzam, że najwyższe noty rozdaję tutaj może nieco zbyt szczodrze, ale no cóż. Oceniam filmy Leone. Nie zamierzam się snobować i hipsterzyć, że nie robią na mnie wrażenia, jak robią.
I na każdym miłośniku kina powinny. Do Za kilka dolarów więcej mam w ogóle ogromny sentyment, bo to był pierwszy western Leone, jaki obejrzałam. Nie jestem szczególną fanką tego gatunku, a tu – bum! Natychmiastowy zachwyt. Przede wszystkim – to film, w którym wykrystalizował się autorski styl Leone. Relatywizm moralny, perfekcyjna symbioza obrazu i dźwięku, długie zbliżenia, powolne tempo, brutalność. Do tego dochodzi świetny Clint Eastwood: castingowy strzał wart nie garści, ale milionów dolarów. Jego pozbawiony imienia rewolwerowiec to jedna z najbardziej intrygujących postaci filmowych wszech czasów.
Zainspirował niepoliczalną rzeszę ekranowych bohaterów i antybohaterów, od Antona Chigurha po Kierowcę z Drive. W poprzedniej części dolarowej trylogii Bezimienny był charyzmatyczny i enigmatyczny, ale nie miał w sobie jeszcze takiej ilości moralnej ambiwalencji – wyraźnie opowiadał się po stronie dobra, nadstawiał karku dla uciśnionej kobiety. Wiedzieliśmy, że to jemu należy kibicować. W Za kilka dolarów więcej bohater Eastwooda jest już zimny, wyrachowany, o nieodgadnionych motywacjach: nie wiemy, czy mamy się nim fascynować, czy bardziej się go bać. Na Dzikim Zachodzie Leone nie jest bezpiecznie i komfortowo.
⑩
Jacek Lubiński: Pierwszy prawdziwie natchniony film Leone. Chociaż powstałe zaledwie rok wcześniej Za garść dolarów to produkt bardzo dobry, to jednak daleki od wybitności, o którą „sequel” już się ociera – przynajmniej momentami. Środkowa część trylogii pozbawiona jest już swoistej toporności poprzednika, sama historia wydaje się również bardziej wciągająca, lepiej przemyślana i posiada więcej głębi. Także technicznie stoi o klasę wyżej. Nie jest to może jeszcze TEN poziom, lecz nie umniejsza to jakości samego dzieła, które nic a nic się nie starzeje i po prostu znakomicie się ogląda od pierwszej do ostatniej sekundy. I bez którego nie byłoby wszak następnego filmu…
⑨
Dobry, zły i brzydki (1966)
Katarzyna Kebernik: Dla mnie – najlepszy film Sergio Leone, minimalnie wygrywający z Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. O ile hasłem opisującym Once Upon a Time in The West jest w moim odczuciu „melancholia”, tak The Good, The Bad and The Ugly najlepiej określa słowo „przygoda”.
Idealny mariaż świetnej zabawy i satysfakcjonującego kina gatunkowego z artyzmem, sztuką, perfekcją audiowizualnego arcydzieła, potęgą filmowego ujęcia. Najbardziej w dolarowej trylogii podobają mi się komiksowość, zgrywa, przymrużenie oka. Włoch wyczuwał postmodernistyczne trendy w kinie, nim zaczęto głośno o nich mówić. Wszystko – od dynamicznej, animowanej czołówki, przez przerysowanych w swej twardości bohaterów, po nieupiększoną przemoc – jest maksymalnie filmowe, umowne i popkulturowe. To świat stworzony przez reżysera po to, by nas zachwycać, wciągać, pobudzać wyobraźnię. Dobry, zły i brzydki to także ulubiony film Tarantino i widać bardzo wyraźnie, jak wiele zawdzięcza mu twórca Pulp Fiction: reżyser nie kłamie, kiedy z pasją opowiada w wywiadach, jak to uczył się od Leone budowania napięcia i kręcenia efektownych, spektakularnych scen. Obu twórców łączy coś jeszcze – zmysł muzyczny. Ennio Morricone jest praktycznie współautorem Dobrego, złego i brzydkiego. Dziś mówiąc „western”, słyszymy w głowie motyw przewodni z tego filmu. Osoba niewrażliwa na muzykę nigdy w pełni nie pojmie geniuszu tak tego, jak i pozostałych arcydzieł Leone. Nie zapominajmy też o wkładzie Tonino Dellego Collego – wybitnym operatorze, który przy okazji tego filmu pracował z reżyserem po raz pierwszy.
⑩
Jacek Lubiński: Przede wszystkim popis tytułowego tria w osobach Eastwooda, Van Cleefa i Wallacha, którzy już sami w sobie stanowią pewnego rodzaju samograj. To wspaniały pojedynek charakterów, doskonale zainscenizowany przez Leone, który wraz ze swoimi bohaterami zaprasza nas na zaskakującą odyseję po Dzikim Zachodzie (w końcu kto z zasiadających do dziewiczego seansu spodziewał się takiego bogactwa świata przedstawionego?). Prawdziwą wyprawę w nieznane, która z jednej strony zdaje się nie mieć końca, a z drugiej mija tak błyskawicznie i sprawnie, że trudno się nie zachwycić reżyserską wirtuozerią.
Do tego momentu było to najwybitniejszy film Leone. Gdyby po nim zechciał udać się na emeryturę, z pewnością zagwarantowałby mu nieśmiertelność. Nadal zresztą słusznie zalicza się do jego najlepszych (arcy)dzieł, nie bez kozery hipnotyzując kolejne pokolenia widzów.
⑩
Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (1968)
Katarzyna Kebernik: Ciemne, męskie sylwetki w długich płaszczach pojawiają się w drzwiach pośród absolutnej ciszy, a po moim karku przebiega dreszcz strachu… Kocham intro tej najwspanialszej westernowej opery w historii kinematografii. Jest jak chrzest i test: ostentacyjna nuda i dłużyzny wymęczą słabych, ale prawdziwych rewolwerowców zahipnotyzują i zaczarują.
Ci pierwsi niech powrócą za kilka lat: być może czas utwardzi ich na tyle, by ponownie stanęli do pojedynku. Tych drugich Leone będzie trzymał jak urzeczonych na muszce aż do końcowych napisów, nie serwując w ciągu dwóch godzin i czterdziestu pięciu minut ani jednej zbędnej lub źle nakręconej sekundy. Dziki Zachód jest dla reżysera jedynie fasadą, punktem wyjściowym do tworzenia mitu. Ten film jest jak esencja mężczyzny, zaklina w obrazie wszystko to, co archetypicznie i kulturowo łączymy z męskością. To kino introwertyczne, wyciszone, owiane tajemnicą i nieodsłaniające wszystkich kart, a przy tym szorstkie i bezpośrednie, używające słów tylko tam, gdzie to konieczne: zawsze z zabójczą precyzją.
To opowieść o honorze, zemście, rywalizacji i ratowaniu księżniczki; o sile, wolności, dumie, życiu według własnych zasad. To bohater w typie samotnego wilka, emanujący pewnością, chodzący swoimi drogami, zależny od nikogo i niczego. Jako kobieta czuję się tą męskością uwodzona; wyobrażam sobie jednak, że na mężczyzn filmy Leone oddziałują jeszcze inaczej, przemawiając wprost do ich wewnętrznej natury, jej najgłębszych tęsknot i pragnień.
⑩
Jacek Lubiński: Czy można jeszcze napisać o tym filmie coś nowego? To perfekcyjne zespolenie obrazu, dźwięku i muzyki; znakomita, wielowarstwowa historia z galerią niezwykle barwnych, pełnokrwistych postaci, które odbijają się od siebie w wielowątkowej, skomplikowanej i potrafiącej zaskoczyć fabule, która wydaje się wręcz zbyt ambitna jak na western. I te pamiętne zbliżenia na oczy głównych bohaterów… To definitywne spojrzenie na spalony słońcem, zbudowany z drobnych elementów różnych kultur Dziki Zachód, zobrazowany wspaniałymi panoramami i niesamowitymi ujęciami, jakby żywcem wyjętymi z pionierskich czasów. Ale nie tylko. To w końcu też prawdziwa esencja kina, w pełni pokazująca jego siłę.
⑩
Garść dynamitu (1971)
Katarzyna Kebernik: Wyjątkowy film w dorobku Leone. Kolejny perfekcyjnie zrealizowany western, ale tym razem zamiast twardego Złego czy charyzmatycznego Dobrego w centrum stoi niepozorny Brzydki. W miejsce nihilizmu i ambiwalencji reżyser serwuje ciepło, a także humor, który oczywiście jest obecny nawet w „poważnych” arcydziełach Leone, ale nigdzie w tak dużej dawce, jak tutaj.
Nigdzie też Włoch nie opowiedział historii z perspektywy szarego, nieatrakcyjnego człowieka, ubogiego everymana i faceta z ludu – tutaj interesują go those who dig. Akcja filmu oscyluje wokół meksykańskiego powstania Zapaty; bohater Jamesa Coburna (pamiętny szeryf Pat Garrett) walczył też w przeszłości o wolność Irlandii. I choć jego partner, Meksykanin grany przez Roda Steigera, pozornie służy głównie za akcent komediowy, to tak naprawdę jego prosty system wartości oraz niechęć do rewolucji – „wywoływanych przez uczonych ludzi, którzy naczytali się bzdur w swoich książkach, a prości ludzie dają się im wykorzystywać” – sportretowane zostały z szacunkiem.
Problemy Meksykanów są realne, ujęcia wojny i walki – wbijające się w pamięć i poruszające. W doskonałej, początkowej scenie w wagonie ukazana została cała ohyda białych „panów”, postrzegających Latynosów jako podludzi i zwierzęta. W drugiej części obrazu lekkość i przygoda płynnie nabierają ciężaru, a całość staje się prawdziwie przejmująca. Nie mogę tylko odżałować, że z dwóch angielskich tytułów filmu nie przyjął się w Polsce ten fajniejszy: Duck, You Sucker!
⑩
Jacek Lubiński: Trochę zapomniane osiągnięcie w dorobku westernowym, stojące niesłusznie w cieniu innych dokonań Leone na tym polu. Nie wiem czemu, bo historia to przednia, zaskakująco dojrzała i ambitna, gdyż wychodząca nieco dalej poza motywy napędzające filmy z Clintem Eastwoodem. Owszem, ciutkę brakuje mu do Pewnego razu…, z którego rozwiązań także poniekąd korzysta. Ale to i tak kino wielkie pod niemal każdym względem – aktorstwa, realizacji, fabuły, emocji. W swoim ostatnim pełnoprawnym westernie Leone pokazuje, że nie tylko gatunek ten ma w małym palcu, lecz także kino, które rozumie jak mało który twórca. Świetna rzecz!
⑨
Nazywam się Nobody (1973)
Katarzyna Kebernik: Po Garści dynamitu Sergio Leone przez trzynaście lat nie nakręcił żadnego autorskiego filmu. Zbierał środki i siły do swojego wielkiego, wymarzonego projektu: Dawno temu w Ameryce. Reżyser nigdy nie uznawał półśrodków i potrafił poświęcić się całkowicie, byle osiągnąć wymarzony efekt.
Nie oznacza to jednak, że siedział przez te wszystkie lata bezczynnie. Był m.in. pomysłodawcą i współproducentem Nazywam się Nobody oraz faktycznym reżyserem części materiału nakręconego do tego filmu. Ten obraz Tonino Valeriiego jest całkiem udaną komedią, parodiującą spaghetti westerny. W rolach głównych zobaczymy Henry’ego Fondę i Terence’a Hilla – obaj wcielają się w istne antytezy chłodnych, okrutnych mężczyzn zaludniających westerny Leone. Największym problemem tej ciepłej, urokliwej opowieści jet jej nierówność: od razu widać, które sceny nakręcił Leone, a które Valerii – z niekorzyścią dla tego drugiego. Film chwilami nuży, chwilami bywa głupawy, ale ogólnie zapewnił mi dobrą zabawę. Nie czuję jednak większej potrzeby, by do niego wracać.
➅
Jacek Lubiński: Film, który Leone chciał nakręcić jako definitywną zgrywę ze spaghetti westernu, ostatecznie zawdzięcza mu tylko scenariusz oraz zaledwie kilka wyreżyserowanych przez niego scen – ważnych jednak dla fabuły. Niemniej duch reżysera, dostrzegalny w stylu, wyraźnie unosi się nad tym generalnie lekkim i komediowym, ale posiadającym kilka mocarnych momentów dziełem, które nie może stawać w szranki z najlepszymi dokonaniami twórcy, ale też i daleko mu do tych najgorszych. Plusy dominują tu nad minusami, a całość stanowi faktycznie najlepszy świadomy pastisz gatunku.
⑦
Geniusz, dwóch kumpli, kurczak
(Un genio, due compari, un pollo; 1975)
Katarzyna Kebernik: Kontynuacja My Name is Nobody, nakręcona po sukcesie kasowym tego filmu. Tym razem z Damiano Damianim w roli reżysera, choć w dalszym ciągu pod nadzorem Leone. Sequelowi brakuje nieco świeżości i pazura pierwowzoru, ale to w dalszym ciągu udany pastisz na spaghetti westerny. Powinien spodobać się tym, którzy polubili się z jedynką, oraz fanom westernów, którzy wyłapią wszystkie prztyczki i nawiązania.
Na uwagę po raz kolejny zasługuje score Morricone, mogący posłużyć za doskonały przykład humoru w muzyce. Nazywam się Nobody oraz Geniusz, dwóch kumpli, kurczak układają się w uszczypliwy, ale pełen miłości list pożegnalny do filmowego Dzikiego Zachodu. Oto Sergio Leone zakończył swoją przygodę z westernem, wyśmiewając się z niego. Ostrzem satyry przebił niemal cały swój dotychczasowy dorobek. Taki dystans może zaskakiwać u mężczyzny, który tak poważnie traktował swoją pracę, stresował się odbiorem swoich dzieł i każdym kontaktem z prasą; który uchodził za niezwykle cichego i skromnego człowieka – choć potrafił walnąć pięścią w stół, gdy coś mu się nie spodobało.
➅
Jacek Lubiński: Nieoficjalny sequel wcześniejszego filmu, którego Leone został nieuwzględnionym w napisach producentem i współreżyserem. Tym samym jest to jego ostatnie dzieło w westernowym gatunku. Czy dobre? Na pewno zabawne i pozbawione nudy, a miejscami także potrafiące pozytywnie zaskoczyć. Nie ma się jednak co oszukiwać, bo całość stoi o poziom niżej od poprzednika, z którym zresztą wiąże je praktycznie tylko główny bohater. Nie jest to złe kino, ale nie dziwi fakt, iż Leone nigdy na nim specjalnie nie zależało.
➅
Dawno temu w Ameryce (1984)
Katarzyna Kebernik: Ktoś kiedyś powiedział o filmach Leone – nie pamiętam kto, może któryś z komentujących mi podpowie? – bardzo trafną rzecz. Nazwał je długimi passusami ciszy i melancholii rozrywanymi przez nagłe, niespodziewane erupcje gwałtownych emocji i przemocy. Czy coś w tym stylu, piszę z pamięci.
Zdanie to jak ulał pasuje do monumentu, jakim jest ostatni film Leone. U mnie na trzecim miejscu prywatnej listy najlepszych filmów Włocha: przegrywa o setne sekundy z Dobrym, złym i brzydkim oraz Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – romantyczna fantazja tych westernów czaruje mnie ciut bardziej. Może kiedy zacznę się starzeć i, tak jak Klucha, spoglądać na swoją przeszłość, to i Dawno temu w Ameryce wskoczy na pierwsze miejsce? To w końcu ubrana w konwencję kina gangsterskiego opowieść o przemijaniu i nostalgii, o zmarnowanym życiu i nieodwracalności czasu, o niewykorzystanych szansach i niespełnionych miłościach.
To dojrzałe dzieło dojrzałego mężczyzny, rozliczającego się ze swoim życiem i twórczością. Najsubtelniejszy, najbardziej intymny, skupiony na relacjach i pogłębiony psychologicznie film Włocha. Swoisty trójkąt – Klucha, Deborah i Max – interpretowano na tysiąc sposobów, choćby jako walkę id, ego i superego. Każde ujęcie gęste jest od symboliki.
⑩
Jacek Lubiński: Ostatni film jest tym naprawdę godnym mistrza, którym Leone bez dwóch zdań był. Podobnie jak wcześniejszy westernowy fresk, z którym Dawno temu… tworzy nietypowy dyptyk, jest to fascynujące formalnie dzieło i zarazem wciągająca, wielopoziomowa, misternie ułożona historia. Jedno idealnie uzupełnia tu drugie, a wspólnie składają się na film szczególny i wyjątkowy – jakże podobny stylistycznie do pozostałych produkcji Leone, od których jednocześnie tak mocno się różni. To jedna z tych pozycji, które są wielkie nie tylko z nazwy i które dostały się do kanonu nie bez przyczyny.
Epicki, prawdziwe unikatowy i ponadczasowy to tytuł – i to dosłownie, bo wciąż powraca w swoich kolejnych, nowo odkrytych, rozszerzonych wersjach, zachwycając zawsze, niezależnie od tego, którą się wybierze.
⑩
Leone miał wiele planów, które zamierzał zrealizować po Dawno temu w Ameryce. Marzył mu się remake Przeminęło z wiatrem (sama myśl o potencjalnym efekcie końcowym przyspiesza tętno). Rozpoczął intensywne przygotowania do Leningradu, epickiego historycznego fresku. Nie ukończył go – zmarł na serce w wieku 60 lat.
A wasz ulubiony film reżysera to…? Głosujcie!
(function(d,s,id,u){ if (d.getElementById(id)) return; var js, sjs = d.getElementsByTagName(s)[0], t = Math.floor(new Date().getTime() / 1000000); js=d.createElement(s); js.id=id; js.async=1; js.src=u+’?’+t; sjs.parentNode.insertBefore(js, sjs);
}(document, 'script’, 'os-widget-jssdk’, 'https://www.opinionstage.com/assets/loader.js’));
