W stronę zachodzącego słońca

RIO CONCHOS. 55 lat od premiery

Autor: Mariusz Czernic
opublikowano

Wielu reżyserów przekonało się, że praca w przemyśle filmowym pełna jest niespodzianek, bo nie ma przepisu na kino ponadczasowe. Tematyka, gatunek filmu ani nawet gwiazdorska obsada nie mogą zagwarantować, że film będzie chętnie oglądany po latach. Doskonałym przykładem reżysera, który przekonał się, jak nieprzewidywalne są dzieje kina, jest Gordon Douglas. Nakręcił około 70 filmów pełnometrażowych i były wśród nich produkcje z Flipem i Flapem, Frankiem Sinatrą, Elvisem Presleyem, Jamesem Cagneyem, Gregorym Peckiem czy Randolphem Scottem. Ceniono go za sprawne rzemiosło i gatunkową wszechstronność, bo podejmował się realizacji zróżnicowanych projektów: komedii, westernów, filmów awanturniczych, czarnych kryminałów, biografii, musicali, historii wojennych. Które jego filmy można określić jako żelazną klasykę? Właściwie tylko jeden – dzieło science fiction pt. One! (1954) opowiadające o zmutowanych mrówkach.

Jednym z ulubionych gatunków Gordona Douglasa był western, stworzył nawet remake Dyliżansu (1939) Johna Forda pod takim samym tytułem (Stagecoach, 1966), w Polsce jednak emitowany pod innym (Ringo Kid). Chociaż nie był to z pewnością film potrzebny, bo pierwowzór jest dziełem ponadczasowym, to jednak wersji Douglasa nie można odmówić zalet, a recenzje po premierze były utrzymane na ogół w przychylnym tonie (mimo to czas obszedł się z filmem okrutnie). Po latach nieźle broni się inny western tego reżysera, Rio Conchos. Minęło 55 lat od pierwszych publicznych pokazów i wiele się od tamtej pory wydarzyło na filmowym Dzikim Zachodzie. Western Douglasa może co najwyżej liczyć na rekomendacje od zagorzałych miłośników gatunku, bo na szerszą publiczność raczej nie ma szans.

Rio Conchos jest adaptacją powieści Claira Huffakera, który był także współautorem scenariusza (drugi autor to Joseph Landon). Jednym z głównych motywów fabularnych jest sprzedawanie karabinów Indianom, co przywodzi na myśli inny scenariusz Huffakera pt. W kraju Komanczów (The Comancheros, 1961) według powieści Paula Wellmana. Punktów wspólnych jest więcej, bo w obu filmach zagrał Stuart Whitman. Czy jest coś, co wyróżnia Rio Conchos na tle innych westernów? Nie jest to na pewno schemat men on a mission, bo już twórcy westernów sięgali po niego z bardzo dobrym skutkiem. Najlepszy przykład to Siedmiu wspaniałych (1960) Johna Sturgesa. Ale Gordon Douglas poszedł krok dalej w temacie współdziałania. Ekipa Sturgesa składała się głównie z białych Amerykanów, natomiast w skład grupy zmierzającej do Rio Conchos wchodzą: marzący o awansie jankes (Stuart Whitman), ogarnięty żądzą mordu konfederat (Richard Boone), meksykański nożownik (Anthony Franciosa), czarny żołnierz z oddziałów Buffalo Soldiers (Jim Brown), a nawet Indianka (Wende Wagner) niemówiąca ani słowa po angielsku.

Z niewielkiej, ale mocno zróżnicowanej ekipy wyłaniają się powoli interesujące charaktery, a co za tym idzie – konflikty stojące na przeszkodzie w wypełnieniu misji. Jakby tereny zaludnione przez meksykańskich bandytów i indiańskich wojowników nie były wystarczającym problemem, muszą dojść do głosu antagonizmy wewnątrz grupy. Łatwo pociągnąć za spust, gdy wróg stoi naprzeciwko, trudniej zwalczyć w sobie uprzedzenia, by wspólnie osiągnąć cel. Chociaż nie powinno być wątpliwości, że ostatecznie misja zostanie wykonana, to jednak trudno przewidzieć, jak rozwiną się relacje między bohaterami. Czy pomiędzy unionistą i południowcem dojdzie do pojedynku w finale? Czy nad konfederackim majorem górę wezmą uprzedzenia do Indian czy do Murzynów, a może jednak coś innego? Czy prowadzący awanturniczy tryb życia Meksykanin okaże się godny zaufania? Czy Indianka odegra tu jakąś większą rolę niż tylko jeden z tropów prowadzących do celu?

W filmie zadebiutował Jim Brown, zawodnik futbolu amerykańskiego, grający na pozycji running back w drużynie Cleveland Browns. Rola czarnego pomocnika głównego bohatera nie była zbyt wymagająca, ale zwróciła uwagę. Już w swoim drugim występie ekranowym – jako Jefferson w Parszywej dwunastce (1967) Roberta Aldricha – był interesującym antybohaterem, stanowiącym świetny kontrast dla Sidneya Poitiera kojarzonego wówczas z rolami inteligentnych Murzynów w garniturach. Do Jima Browna garnitury nie pasowały, to typ twardziela najpierw na boisku futbolowym, potem na kinowym ekranie. W Rio Conchos najlepiej aktorsko prezentują się sceny, w których na pierwszym planie są Richard Boone i Anthony Franciosa. Znakomity jest Edmond O’Brien w epizodycznej, ale kluczowej dla fabuły roli zbuntowanego pułkownika. To jeden z ulubionych aktorów Gordona Douglasa – pracowali razem przy pięciu filmach.

Mimo iż duża część akcji rozgrywa się w Meksyku, zdjęcia realizowano na terenie Arizony i Utah. Za kamerą stał Joseph MacDonald, filmując w technice CinemaScope i nadając dziełu, w szczególności scenom plenerowym, widowiskową formę. Rio Conchos pod rozrywkową warstwą imitującą kino przygodowe przemyca mądre treści. Akcja dowodzona przez jankeskiego kapitana ma na celu zaprowadzenie pokoju, przecież jedna wojna właśnie się skończyła i naprawdę mało kto chciał kolejnej. Pięcioosobowa ekipa z filmu Douglasa reprezentuje cały świat, czyli ludzi o różnych poglądach i charakterach oraz odmiennej przeszłości i zwyczajach. Nie jest to żelazna klasyka, ale może się spodobać nie tylko miłośnikom westernów, bo przedstawione problemy występują nie tylko na południowym zachodzie USA.

Ostatnio dodane