Connect with us

Recenzje

ŁOWCA/MANHUNTER. Hannibal Lecter jako dodatek

ŁOWCA to mroczna podróż do świata namiętności, w którym niewidoma kobieta odkrywa tajemnice mordercy. Czy miłość może zabić?

Published

on

ŁOWCA/MANHUNTER. Hannibal Lecter jako dodatek

Mężczyzna zabiera niewidomą kobietę do weterynarza, gdzie w białej sali leży uśpiony tygrys. Tempo sceny jest lekko zwolnione. W tle słyszymy cichą muzykę ilustracyjną – mroczną i delikatną jednocześnie. Reba opuszcza ręce i natrafia na zwierzę. Dotyka jego sierści, zębów. Gładzi zwierzęce ciało. Jest coraz bardziej poruszona. Mężczyzna trzyma się z tyłu, zafascynowany. Kiedy Reba przywiera głową do tygrysa, słuchając, jak bije mu serce, zaczyna płakać z radości. Mężczyzna, wciśnięty w kąt sali, obserwuje to nieruchomo, a potem nieprzytomnie odchyla głowę i przymyka oczy – nie wiemy, czy przeżywa właśnie rozkosz, czy przenika go lęk, czy może jedno i drugie jednocześnie.

Advertisement

Reba za to nie wie, że przebywa z mordercą opętanym ideą przemiany… Michael Mann, reżyser filmu, zabiera nas do świata, w którym ludzkie namiętności wyrażają się na mało klasyczne sposoby, a który wprost trzeszczy od malarskich ujęć i scen.

W latach 80. – jeszcze przed Ostatnim Mohikaninem i Gorączką – Michael Mann nakręcił ekranizację Czerwonego smoka Thomasa Harrisa – powieści, w której po raz pierwszy pojawia się niejaki Hannibal Lecter. Pamiętajmy, że był to jeszcze czas przed kinowym Milczeniem owiec i przed boomem na historie o psychiatrze-kanibalu. Lectera znajdziemy też w omawianym tu filmie, ale nie on w nim dominuje; ekran należy do innego psychopaty i bardzo pogubionego eksgliny, Willa Grahama. Ten ostatni – wespół z Lecterem – powróci dekady później w remake’u Łowcy i wystawnym serialu Hannibal. Póki co jesteśmy w 1986 i wszyscy trzej powoli, cicho, ale dostojnie wkraczają na ekran. Ikoniczny już lekarz-zwyrol jako tło? Bez obaw. Przed wami jeden z najbardziej elektryzujących i oryginalnych thrillerów, jakie kiedykolwiek powstały.

Advertisement


Mann miał już na koncie bardzo klimatyczne neo-noir, Złodzieja, równie klimatyczną klapę Twierdza ( tandetną, ale intrygująco nastrojową) oraz serialowy hit Miami Vice – tak stylowy, że wytyczający nowe szlaki w świecie telewizji i kina. Książka Harrisa przyniosła nową jakość w świecie thrillerów: łączyła dokumentalny niemalże obraz śledztwa i policyjnych procedur z wiarygodną psychologią i odrealnionym klimatem. Była niepokojąca i głęboko wnikała w mrok ludzkiej psychiki – na tyle głęboko, na ile można w literaturze popularnej, bo już krok dalej czekały światy rodem z Dostojewskiego.

Mann nakręcił wielki film, ale na tyle surowy, mroczny i wyciszony, że zrobił klapę. Widownia uznała go za chłodny i nieprzyjemny. Dziś ma status kultowy, ale w dość ograniczonym zakresie – nie znajdziecie go na naszej liście thrillerów wszech czasów, mimo że zakradły się tam pozycje “tylko” niezłe. Poniżej spróbuję wyjaśnić, dlaczego ten porywający film wciąż skrywa się w mroku.

Advertisement

Po pierwsze, obraz cechuje pewna “nieprzysiadalność”. Łowca rozwija się powoli, w tempie i kierunku dyktowanym wizją Manna, a nie oczekiwaniami widza. I realizm – no wiecie, żadnego parkuru, żadnych dedukcyjno-technicznych popisów wysnuwanych w 3 sekundy po przybyciu na miejsce zbrodni podczas robienia balona z gumy. Tutaj wszystko jest na serio. Czyny mordercy budzą lęk, bo umiejscowione są w zwykłej rzeczywistości, pełnej zwykłych domów i rodzin. Przekonująco wyglądają posterunki policji i laboratoria kryminalistyczne. Jak miejsca pracy właśnie.

Pełne sprzętu, papierów i ludzi, którzy ani myślą wyglądać modnie; nie są ani ponętni, ani wygadani. Śledztwo przebiega dwutorowo. Z jednej strony szczegółowe, żmudne badanie śladów, techniczne i logistyczne burze mózgów nad metodą pojmania szaleńca. Z drugiej – samotne “obwąchiwanie” scen zbrodni przez Grahama, tropiącego motywy w niezauważalnych dla innych detalach. Mann, orędownik researchu po wielu rozmowach z policjantami, daje nam tło bardziej niż przekonujące – to żywy, drobiazgowy obraz śledztwa, z całym jego mozołem, udziałem najnowszej techniki i frustrującym brakiem rezultatów.

Advertisement

Reżyser starannie dawkuje nam informacje o bohaterach; części z nich możemy się tylko domyślać. Główny bohater, Will, ma w sobie wyraźne pęknięcie. Widział rzeczy, które odbiły się na jego psychice. Jest skryty i nerwowy. Przytłumiony, ale kipią w nim emocje – nowa sprawa uruchamia stare demony. William Petersen wypadł kapitalnie w swej roli. Aktor całym sobą ucieleśnia ideał bohatera kina noir, uwikłanego w mrok i grozę życia, ale przede wszystkim pozwala nam odczuć, że Will to coś więcej niż ukłon stronę konwencji. Jego niespokojny wzrok, ściszony głos i opętane lub nieobecne spojrzenie wskazują na rozchwianie psychiczne. Oddano je przekonująco, bez cienia szarży, dzięki czemu milczący zazwyczaj Graham jawi się nam jak głęboko ludzka, ale tykająca bomba.

Motyw gliny empatyzującego ze zbrodniarzem tak mocno, że zaczyna gubić swą tożsamość, wypadł może bardziej porażająco w Agresji Sidneya Lumeta z kapitalną kreacją Seana Connery’ego, ale tuż za nią postawiłbym dokonanie Petersena. Aktor, który podobno miał kłopoty z “wyjściem” z tej roli, stworzył wielowymiarową postać, jednocześnie generując duże napięcie, wręcz buchające z filmu. Wcześniej błysnął ciekawą kreacją w Żyć i umrzeć w Los Angeles (swoją drogą, innym klasyku neo-noir), dowodząc, że gliniarski repertuar czuje jak mało kto. Szkoda, że potem było już mniej ambitnie (vide: CSI, które trywializuje śledczą robotę).

Advertisement

Psychopata także wypadł interesująco. Grający go Tom Noonan od początku ma naszą uwagę. Oto potężny facet – w życiu codziennym nieśmiały i wycofany, fizycznie i psychicznie odszczepieniec. Drżący głos i niepewne, niezgrabne ruchy, wewnętrzne rozedrganie wskazują, jak bardzo jest wyobcowany. Nie zatracił doszczętnie wrażliwości na innych ludzi, co widać w relacji z niewidomą Rebą. Jednak Francis nie panuje nad Czerwonym Smokiem, a ten domaga się ofiar. Nie wiemy, co skierowało go na mordercze tory, ale możemy być pewni, że ukształtował go ból. I tak, jak Will nie jest typowym twardzielem, tak Francis nie przypomina zdystansowanych, ironicznych psycholi – erudytów.

Napięcie między postaciami – mimo dzielącej ich odległości – czyni film tak gęstym. Napięcie wywołane jakąś fatalistyczną mocą, bo glina nie przestanie ścigać zabójców, a zabójca nie zmieni się pod wpływem relacji z kobietą. Obaj są wyobcowani, a los ustawił ich na trasie kolizyjnej ze sobą. To drganie, fluidy między postaciami oddaje Mann perfekcyjnie; przychodzi mu to tak naturalnie, jak wyciskanie maksimum klimatu z nocnych obrazów wielkiego miasta.

Advertisement


Jest też ten trzeci, Hannibal Lecktor (z jakichś powodów nie Lecter). Gra go Brian Cox, a jego postać odgrywa tu rolę drugoplanową. Lecktor z Łowcy jest bardziej przyziemny i dosadny niż w kreacji Hopkinsa.

Nie stara się nas zauroczyć – to inteligentny drapieżnik, ale zamiast wielogodzinnych rozmów o dewiacjach, zaproponuje ci swoją wizytę na święta. Chwilami wygląda wręcz na prostackiego rzeźnika, ale potrafi być naprawdę sprytny.

Na ekranie dominuje behawioryzm – bohaterów określają ich czyny. Tyle że… Mann to spojrzenie rozszerza i zagina. Psychologia z powieści Harrisa jest tu obecna w subtelnej formie – skrywa się w tle, w detalach, niedopowiedzeniach. Mann – portrecista ludzi stojących na krawędzi, miejskich outsiderów – wnika w ich spojrzenia, próbuje uchwycić ich mentalną aurę, nadać formę myślom i pragnieniom, które nie zostają wypowiedziane. Kolorystyka, muzyka w tle, sposób poruszania się kamery – to wszystko mówi nam coś o stanach wewnętrznych bohaterów.

Advertisement

Dzięki umiejętności operowania szarą strefą jakby spoza hollywoodzkiego zestawu (pół-cieniami, metaforami czy bogactwem filmowych środków budujących nastrój, który z kolei dopowiada nam historie bohaterów, próbuję oddać ich kondycję), Łowca unika dosłowności. Widz nie jest prowadzony za rękę, ale dostaje zaproszenie do własnego śledztwa na temat bohaterów. U Manna – i tutaj, i w Gorączce, i Złodzieju – istotne są też momenty szczególnego napięcia w chwili, kiedy bohaterowie docierają do prawdy o sobie. Ta zazwyczaj wymaga od nich poświęceń, czyniąc z nich postaci tragiczne.  

Wybitny operator Dante Spinotti dokonał tutaj małych cudów na polu thrillera. Po pierwsze, jego wariant kina noir pełen jest bieli, a jednak przeraża i daje poczucie osaczenia. Po drugie, autor zdjęć płynnie przechodzi od realistycznego stylu do licznych sekwencji, które budują klimat odrealnienia. Kamera porusza się gładko, z dużą gracją, ale Spinotti osiąga jednocześnie efekt wciągania widza w inny wymiar, gdzieś na granicy snu. Całość – oniryczne sceny i realistyczne obrazy – scala klimat neo-noir, w której Mann porusza się wielką swobodą. Film wygląda, jakby inspirowało go z jednej strony malarstwo (choćby Edward Hooper), a z drugiej – MTV, przy czym mamy tu na myśli ciemniejszą, bardziej alternatywną stronę tego drugiego.

Advertisement

Powyżej opisaliśmy już wspaniałą scenę z tygrysem. Równie niezwykła jest sekwencja konfrontacji Willa i Francisa, rozegrana w niesamowicie wystylizowanym domu tego ostatniego – pozbawiona słów, rozegrana do taktu In-A-Gadda-Da-Vida grupy Iron Butterfly – czy ta, w której Will jak zahipnotyzowany wizualizuje zamordowaną kobietę i “płynie” przez jej pokój. Takich scen-perełek jest tu więcej. Cały film to właściwie zbiór obrazów, które silnie oddziałują na świadomość. Nie jest to jednak teledyskowość rodem z Top Gun, ale artystyczna próba komunikacji z widzem na mniej dosłownym poziomie. Duch 80’s przenika film na wskroś, ale nie w wydaniu taneczno-cukierkowym. Chodzi o to, że zwyczajnie nie możemy mieć wątpliwości, jaką dekadę widzimy, ale Mann nadaje jej mroczny charakter, co obywa się bez dysonansu.

Eklektyczna – jak to u Manna – ścieżka dźwiękowa to obecnie kult nie mniejszy niż sam film (podobnie jak muzyka z Gorączki czy Informatora). Inna sprawa, że czekała na pełne wydanie płytowe do 2010 roku; wcześniej parokrotnie pojawiały się edycje niekompletne. Oto kapitalny zestaw piosenek i muzyki ilustracyjnej. Pop, rock, elektronika – każde z nich w swej alternatywnej odsłonie i z mrocznym podbiciem. Jako całość jest to miks epokowy. Miejscami trochę już niedzisiejszy, ale ziarnisty i esencjonalny jak cały film.

Advertisement

Te dźwięki – wraz ze zdjęciami – mówią nam coś o bohaterach. Zachodzi tu zresztą sprzężenie, tak typowe dla muzyki w kinie – bez tego filmu taka składanka sporo by straciła; bez tej muzyki produkcja Manna nie byłaby tak stylowa, groźna i narkotyczna.

Pozostaje tylko żałować, że reżyser zrezygnował z pomysłu, by włączyć do Łowcy miażdżąco pesymistyczne zakończenie, sugerujące, że Graham poniósł klęskę ostateczną. Możecie je porównać z tym, które ostatecznie wieńczy seans. Po tym, jak zasmakujemy w filmie Manna, ciężej jest się ekscytować innymi wariacjami na temat Łowcy. Rozbuchany, przeszarżowany i efekciarski serial Hannibal o relacji Lectera i Willa może tylko śmieszyć. Za to Czerwony Smok Brata Ratnera to remake niepozbawiony zalet (dobra role Ralpha Fiennesa i Emily Watson), ale co najwyżej poprawny. Kto chce Smoka, niech znajdzie Łowcę.

Advertisement

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *