Recenzje

OSTATNI MOHIKANIN. W poszukiwaniu zaginionego świata

W ramach gatunkowych konwencji film stara się – i udaje mu się to – przywoływać podziw dla cywilizacji, która w harmonii z naturą, w poszanowaniu dla własnej duchowości przetrwała wieki.

Autor: Przemysław Brudzyński
opublikowano

Świat, którego już nie ma

Jedną z najbardziej niezwykłych cech każdej z dziedzin sztuki jest umiejętność budzenia skojarzeń i przywoływania wspomnień. Zdanie przeczytane w książce, zasłyszana w piosence melodia, jakiś szczególny element obrazu są w stanie obudzić w nas myśli, które od dawna pozostawały uśpione, a z którymi jakimś – czasem zupełnie oczywistym, innymi razy niejasnym dla nas – sposobem się związały.

Kino, ze względu na możliwość oddziaływania na kilka naszych zmysłów jednocześnie, posiada w tej materii szczególną siłę. Czasem jednak na tym się nie kończy – czasem sztuka jest w stanie przekroczyć granice czasu i przestrzeni, granice rzeczywistości, którą znamy i zaskakująco mocno zbliżyć nas do czasów, miejsc, osób, z którymi żadnych skojarzeń ani wspomnień nie posiadamy. Odległe tropikalne wyspy stają się jakby mniej odległe, budzą jakąś nieokreśloną nostalgię, choć przecież nigdy ich nie odwiedziliśmy; widok średniowiecznego miasta wydaje się dziwnie znajomy; radości i smutki ludzi niepodobnych ani do nas, ani do tych, których znamy, nagle zaczynają nas angażować.

Ostatniego Mohikanina po raz pierwszy widziałem w latach 90.  To jeden z wczesnych seansów, na wpół świadomych, przede wszystkim przeżywanych, nie zaś analizowanych. Na kolejny przyszedł czas po latach; przystępując do niego, byłem zaskoczony. Mimo że fabułę zapamiętałem w bardzo ogólnym stopniu (choć jest zajmująca), z ukazanych realiów historycznych pozostało w mojej świadomości niewiele (choć są ciekawie nakreślone), ale poszczególne obrazy z filmu byłem w stanie przywołać z wielką łatwością.

Ponad wszystkie zaś wybijał się jeden: nieprzebyte, dziewicze lasy Ameryki Północnej ukazywane z lotu ptaka, gęste mgły snujące się pośród drzew, w tle przejmujący, tęskny motyw, który zdawał się ukazywaną przestrzeń czynić jakby jeszcze obszerniejszą i bardziej niezmierzoną. Choć nigdy w swoim dotychczasowym życiu nie znalazłem się w pobliżu krain ukazywanych w Ostatnim Mohikaninie, wrażenie ich bliskości pozostało; tak, jakbym już kiedyś je widział i ich doświadczył, nie zarejestrowane na taśmie filmowej, lecz w rzeczywistości, choć przecież nie była to prawda. Dzięki wprawieniu obrazu w ruch i późniejszym połączeniu go z dźwiękiem kino zyskało szczególną moc: bardziej niż jakakolwiek inna gałąź sztuki jest w stanie wykreować w swym odbiorcy niezwykłe złudzenie – złudzenie tego, że ukazywane w nim miejsca, zjawiska i wydarzenia stają się po części również naszym przeżyciem i doświadczeniem.

To inteligentne, liryczne kino, które choć opisuje wydarzenia zakrojone na szeroką skalę, pozostawia odbiorcy bardzo wiele miejsca na angażowanie się w losy poszczególnych bohaterów.

Wizja, którą opisałem w poprzednim akapicie, pojawia się w filmie jeszcze kilkukrotnie, niczym utrwalający się w pamięci refren utworu muzycznego. Po raz pierwszy na samym początku, odsyłając nas bezpośrednio do sceny polowania: trzech ostatnich potomków ginącego plemienia Mohikan tropi i zabija wielkiego jelenia. To wódz Chingachgook (Russell Means) oraz jego synowie – prawdziwy, Uncas (Eric Schweig), i przybrany, Nathaniel, znany jako Sokole Oko (Daniel Day-Lewis). Wkrótce stają się oni wybawcami trojga Brytyjczyków – sióstr Cory (Madeleine Stowe) i Alice (Jodhi May) oraz eskortującego ich majora Duncana Heywarda (Steve Waddington), którzy podczas swej drogi do oblężonego fortu zostają wpędzeni w zasadzkę przygotowaną przez plemię Huronów. Innymi ważnymi punktami osadzonej w osiemnastowiecznych realiach brytyjsko-francuskiego konfliktu o panowanie na kontynencie amerykańskim fabuły, stają się ojciec sióstr, pułkownik Edmund Munro (Maurice Roëves), dowodzący wojskami przeciwko armii francuskiej generała Montcalma (Patrice Chéreau) oraz huroński wódz Magua (Wes Studi) sprzymierzony z Francuzami.

Podczas ponownego seansu po latach zaskoczyła mnie pieczołowitość, z jaką twórcy filmu podeszli do nakreślenia realiów historycznych owego okresu. Ostatni Mohikanin, zaliczany najczęściej do kina przygodowego (i stanowiący, bardzo luźną jednak, adaptację książki Jamesa Fenimore’a Coopera o tym samym tytule), uważany za jeden z bardziej wyrazistych przykładów kostiumowego melodramatu, nie traktuje rzeczywistej historii wyłącznie jako niezbędnego, lecz słabo widocznego tła. Tu staje się ona nierzadko głównym katalizatorem ukazywanych konfliktów i przedstawianych wydarzeń. Nastroje wśród różnych indiańskich szczepów są niejednoznaczne: wielu decyduje się sprzymierzyć z którymś z najeźdźców, inni się wahają, jeszcze inni wciąż pałają do białych jawną niechęcią. Koloniści brytyjscy wspomagają przegrywających bitwę rodaków swoimi oddziałami; ci ostatni łamią jednak złożoną wcześniej przysięgę, co staje się przyczyną kolejnych napięć, w wyniku których wspierający  kolonistów Mohikanie, a szczególnie Nathaniel, popadają z brytyjskimi dowódcami w poważny konflikt. Twórcy filmu starają się również, w miarę możliwości, wiarygodnie przedstawić napięcia pomiędzy poszczególnymi indiańskimi plemionami oraz tło kulturowe i językowe przedstawianych wydarzeń (żal jedynie, iż to ostatnie zostało porzucone w ostatniej, wieńczącej film scenie).

Ostatnio dodane