search
REKLAMA
Archiwum

INDIANA JONES I KRÓLESTWO KRYSZTAŁOWEJ CZASZKI. Recenzja negatywna

Bartosz Rudnicki

3 marca 2018

REKLAMA

Wracając do intertekstualnych odniesień – na wyjątkowo zuchwałą zrzynkę z klasyki S-F drugiego sortu porywają się twórcy u kresu wędrówki Indy’ego. Będzie to bezczelny plagiat kinowego Z archiwum X, a dokładniej: kopia sceny z UFO, odlatującym w kosmos. Mówię wam, ludzie, że jak zobaczyłem ten tandetny render facjaty ufoka (lepsi w generowaniu kiczowatych pysków okazali się chyba tylko dizajnerzy odpowiedzialni za CGI w Jestem legendą) i światełka błyskające dookoła, to normalnie myślałem, że wyjdę z krzykiem i kogoś zabiję. W porę się jednak opamiętałem, dzięki czemu mogę zdać relację z tego, co mnie tak zbulwersowało. Co prawda, już od dobrych stu minut byłem totalnie znieczulony obserwowaniem, jak Indiana niezłomnie pokonuje kolejne buchające akcją levele gierki pt. Królestwo Kryształowej Czaszki (staga 1: tajna baza, staga 2: uniwersytecki campus, staga 3: cmentarz, staga 4: dżungla, staga 5: wodospady, staga 6: piramida, staga 7: pojedynek z szefem kosmitów, staga 8: outro i koniec gierki), lecz widok ufoludkowego pyska złamał we mnie ducha, przelał czarę goryczy i ostatecznie pogrążył IJ4 w moich oczach. Nazwę rzecz po imieniu, tak ja na to zasługuje: najnowszy Indy to jeden wielki, kolorowy spektakl różnorodnych SFX-ów. Mówię to bez satysfakcji, stwierdzając jedynie prosty fakt.

Tę charakterystyczną dla współczesności nieubłaganą konieczność epatowania CGI widać szczególnie w żenującej scenie beztroskiego huśtania się Mutta na lianach w towarzystwie komputerowych małpiatek. Nie dość, że knyf z Tarzanem-Muttem zwyczajnie śmiechu warty i godny politowania, to jeszcze wyziera z niego blue-box z subtelnością Ostatniej krucjaty. Żeby chociaż motyw hycania był koncepcyjnie fajnie rozegrany, ale nie – nawet w tym wypadku rzecz jest milion razy bardziej wydumana i pozbawiona sensu niż nazi-pilot sunący we wraku samolotu za furką Indy’ego. Swoją drogą, podziwiając akrobacje chłopczyka z Transformers, taki oto błyskotliwy dowcip przyszedł mi do głowy: Gdzie w Hollywood tresuje się zwierzęta? Odpowiedź: na farmach renderujących.

Oprócz tendencyjnie atakujących sowieckie zastępy małpek, z kompów ILM wylazły także przyjazne oczom dziecka świstaki-pieszczoszki (znowu chamski plagiat, tym razem reklamy czekolady Milka), co się grzybom atomowym nie kłaniają, oraz monstrualne czerwone mrówy-zabójcy z MacGyvera, lubiące wciągać ruskich sołdatów do mrowiska. Sama idea poprowadzenia ogromnej mrówczej armii, jak również idiotyczny pomysł z małpkami szturmującymi kacapskie komando, przypominają do złudzenia humorystyczne rozwiązania stosowane w kreskówkach na kanale MiniMax, a co za tym idzie – dobitnie pokazują, jak bardzo IJ4 odszedł od swojej, że tak się wyrażę, realistycznej tradycji entomologicznej. Jakoś nie kojarzę, żeby we wcześniejszych epizodach owady specjalnie różniły się od tego, co można wytropić w naturze: raczej wywoływały obrzydzenie swoją liczebnością i bezkarnym włażeniem w otwory ludzkiego ciała. Nie chciałbym się znaleźć w sytuacji, dajmy na to, Willie Scott z drugiego Indiany, której jakaś szczypawica wpełzła pod koszulę nocną. Patrzenie na to było doświadczeniem niewygodnym i makabreskowym zarazem, tworzyło ten unikatowy klimat pułapek i trudności w docieraniu do celu. Taki horror z przymrużeniem oka. W przypadku nowego Indy’ego o żadnym horrorze z przymrużeniem oka nie może być mowy. Za to o “osłabianiu wymowy” jak najbardziej. Oczywiście, wszystko w trosce o amerykańskie dzieci, które, jak wiadomo, panicznie boją się pająków.

Na dobitkę dopowiem, iż nowy IJ4 przepuszczony został przez zmiękczający filtr, żeby faktura obrazu była ładna i gładka jak pupa niemowlęcia. Wspominam o tym, gdyż osobiście zdzierżyć nie mogę szerzącej się obecnie praktyki poddawania filmów wizualnej “sterylizacji”. Jeśli wśród czytelników niniejszej recki znajduje się osoba, która pragnie odczuć “chropowatość” i fizyczny wysiłek wyprawy do Ameryki Łacińskiej – czytaj: ekstrakt kina Nowej Przygody – to z przykrością zawiadamiam, iż takowego wysiłku oglądając IJ4 nie odczuje. Kurde, wkurzyłem się teraz nie na żarty: Indiana Jones nigdy nie był pamiątką z pierwszej komunii, którą trzeba obtaczać w pudrze. “Indiana Jones” to “brudne” kino przygodowe z wuchtą ekstremalnej akcji na pograniczu życia i śmierci. Coś ty, Steven, najlepszego narobił? Od tych aureolek, mlecznej poświaty i studyjnych popisów na linkach nieostrożny widz może oczopląsu dostać albo projekcję epilepsją przypłacić. Zresztą, pal licho wysiłek fizyczny! To, że Spielbergowi nie chciało się iść do prawdziwego lasu, względnie przywieźć na plan cegieł do budowy piramidy Majów, to jeszcze mogę przeboleć i wybaczyć. W końcu nie tak dawno Gibson postawił na środku dżungli kilka piramid i może w Hollywoodzie zabrakło surowców do budowy następnych. Nie wnikam. Jak się rzekło, mogę wybaczyć lenistwo, ale będąc podatnym na wzruszenia kinomanem, nie wybaczę zarzynania ducha opowieści. Koniec z małostkowym czepialstwem. Czas wytoczyć działa największego kalibru.

Ponoć od patrzenia na kryształową czaszkę można doznać pomieszania zmysłów. Nie dość, że tętno gwałtownie przyśpiesza, a mięśnie kończyn podlegają konwulsyjnym skurczom, to na domiar złego ślepia wyłażą człowiekowi z orbit, wyrywane przez niezidentyfikowaną siłę o kosmicznej proweniencji. Prócz wyżej wymienionych skutków ubocznych gapienia się w oczodoły kryształowej czaszki, pamiętać należy, iż jest ona produktem pozaziemskiej cywilizacji, podczas obrzędów posługiwał się nią najwyższy kapłan Majów i ogólnie artefakt stanowi siedlisko zła wszelkiego, a odpowiednio pobudzony czarami rzyga najprawdziwszym ogniem. Takie poczciwe blubry sprzedaje gawiedzi za psi grosz znany i lubiany samozwańczy oszołom archeologii – Erich von Däniken. Wszyscy zapewne kojarzymy z czasów dziecięcych jego broszurki, upstrzone rysunkami ufoków, piramid oraz innych cudów nie z tej planety. Dżordż Lucas najwyraźniej tak bardzo uwierzył w te brednie, że postanowił ordynarnie “zlukasować” czwartą część przygód Indy’ego, adaptując ją do współczesnych postmodernistycznych realiów z iście “gwiezdnowojenną” fantazją.

Co powstało z owego eksperymentu? Krótko: powstał najgorszy film w dorobku Stevena Spielberga. Najgorszy w sensie: najgłupszy i najbardziej przypominający wakacyjne produkcyjniaki, wypłukane z jakiejkolwiek klawej ideologii i wizualnej nietuzinkowości. Ale to już wiemy z dotychczasowej lektury recki. Co zatem nowego? Nowa będzie myśl następująca: IJ4 to historyjka pozbawiona zupełnie przyssawek łączących fikcję z rzeczywistością. Zarzut brzmi z lekka karkołomnie, zważywszy, iż mamy tu do czynienia z kinem przygodowym, które od realiów uporczywie stroni. Bzdura!

W dawnych czasach Indiana parał się szukaniem skarbów mocno, powiedziałbym, elitarnym, takim mianowicie, które zakotwiczone było w najgłębszych pokładach ludzkiej świadomości kulturowej, stanowiło przedmiot marzeń i służyło za kanwę frapujących legend judeo-chrześcijańskiej oraz buddyjskiej cywilizacji. Dzięki temu przygody nieustępliwego archeologa-twardziela samoczynnie przekształcały się w coś bardzo bliskiego i realnego, w coś na wyciągnięcie ręki – wystarczyło dowolną książkę otworzyć tudzież przekartkować średniowieczne apokryfy i człowiek “już tam był i szukał Arki”. Ową “apokryficzność” obwołuję niniejszym najdonioślejszą cechą zamierzchłych Spielbergowskich przygodówek. W tym sensie stara trylogia będzie dla mnie zawsze dalece bardziej realistyczna niż pusty i w gruncie rzeczy fantomowy świat Królestwa Kryształowej Czaszki. Archeolog, który uruchamia statek kosmiczny w piramidzie Majów, to farbowany lis, a nie archeolog – to Fox Mulder vs. Tomb Raider (z całym szacunkiem dla tego pierwszego), bujda na resorach i ogólnie jedno wielkie Lucasowsko-Spielbergowskie oszukaństwo. Ja naprawdę nie oczekuję od Indy’ego, że będzie ślęczał w jakimś dole w pipidówce i gmerał łopatką w piachu – oczekuję od niego mierzenia się z legendą, zapasów z historią. Do tego został powołany u swego zarania – żeby z jankeskim chojractwem podkradać naziolom artefakty.

No właśnie: naziści i artefakty – spójrzcie, jak to się zgrabnie komponuje. Nazista i artefakt to niemal jak kacapska morda i gorzałka – nierozłączna para, stereotyp, ikona. A teraz weźcie ruskiego sołdata i postawcie go obok kryształowej czaszki. To, co otrzymacie w wyniku takiego ustawienia, to się nazywa dysonans i niczym nie skrępowana fabularna dowolność kreacyjna. Równie dobrze czaszki mogliby szukać Eskimosi z Kamczatki, chińscy komuniści albo wietnamska partyzantka. Jeśli o mnie chodzi, to serdecznie dziękuję – wolę bzdury scenariuszowe niż bzdurny scenariusz. I pomyśleć, że mieli 20 lat na napisanie sensownego skryptu. Na marginesie: ktokolwiek wizytował londyńskie Museum of Mankind, ten doskonale wie, iż tajemnicze przeklęte czaszki z kryształu w niczym nie przypominają ufoków, lecz są jak najbardziej precyzyjnym odzwierciedleniem czaszki ludzkiej, co tylko dowodzi, że parcie na UFO było od samego początku nieuleczalną chorobą Dżordża, silniejszą niż zew archeologii.

Z egzotyką dziejową wiąże się inna właściwość eposu, bez żenady pominięta w najnowszym, bezdusznym płodzie pary Dżordż-Steven – romantyczno-mistyczna atmosfera wyprawy w nieznane (*), podsycana przez bohaterskie gawędziarstwo dotyczące tropionego artefaktu. Pogaduszki Indy’ego z Marcusem w domowym zaciszu, pełne autentycznej troski wzmianki tego drugiego o Arce, przemowa Belloqa w kanionie, wreszcie ojcowskie wskazówki Jonesa seniora kierowane do syna odnośnie pokory w zetknięciu ze świętością Graala – owe wstawki narracyjne przepajały romantycznym duchem archeologiczne pielgrzymowanie Indy’ego. Tego mi właśnie brakowało w epizodzie czwartym – poczucia “wyższej konieczności” działania, historycznej potrzeby przeciwstawienia się złu, które wyciągnęło swoje macki po najświętszy z artefaktów. Pisząc o zarzynaniu ducha opowieści miałem więc na myśli motywacyjną indolencję, potęgowaną przez pretekstowy scenariusz i “platformówkowy” charakter intrygi (ciągle mam przed oczami tubylców wyłażących znienacka ze ścian grobowca, jakby przez te wszystkie lata nie robili nic innego, tylko czekali w ukryciu na przybycie Indy’ego).

Stara trylogia “apelowała” do dziecka w dorosłym. Nowy IJ “apeluje” do dziecka w dziecku. Niech to stwierdzenie posłuży za podsumowanie recki.

* – W podobnym tonie rozgoryczania wypowiadał się na temat szczątkowego “archeo-romantyzmu” czwartej części Indiany redaktor Zakazanej planety, Komandor JJA.

Tekst z archiwum film.org.pl (27.05.2008).

Avatar

Bartosz Rudnicki

REKLAMA