Recenzje
DIETER – DER FILM. Bohlen, Modern Talking i teutoński wdzięk
DIETER – DER FILM to barwna opowieść o teutońskim wdzięku Bohlena i fenomenie Modern Talking, pełna ironicznych obserwacji i humoru.
Ludzie dzielą się na dowcipnych i na wyposażonych w poczucie humoru. Dowcipny potrafi śmiać się z innych, ten drugi umie śmiać się dodatkowo z samego siebie. Z narodami jest podobnie. Z takim na przykład Arabem nie warto wchodzić w humorystyczną zażyłość, bo ostatnim widokiem w życiu dowcipnego, acz niefrasobliwego interlokutora, może być czubek pocisku dowolnej wielkości. Z Polakami jest czasami podobnie. Śmieją się z knedliczków Czechów, pijaków Rosjan, sztywnych Angoli, żabojadów Francuzów czy zalanych piwskiem jodłujących Bawarczyków w gatkach na szelkach, ale jak już taki obcokrajowiec nazwie Kaczyńskiego kartoflem, dowcip znika, a pod spodem nie ma już niestety zdrowego poczucia humoru.
Osobna kwestia to hermetyczność dowcipów. Na filmach Barei ryknie śmiechem tylko naturalizowany Niemiec, który wcześniej był Polakiem i wyjechał z kraju, jak wjechały doń czołgi Jaruzelskiego. Z kolei sformułowanie „humor niemiecki” brzmi dla nas niemal jak oksymoron, czyli określenie wewnętrznie sprzeczne. Małolata z niewykształconym poczuciem estetyki będą śmieszyły gagi z legendarnej w czasach kasetowego boomu komediowo-erotycznej serii Lody na patyku, lecz chyba tylko jego.
Dowcip Niemców przypomina wielki czołg rozjeżdżający pluszowe misie. Ich to śmieszy, ale resztę świata, w tym Polaków, już dużo mniej. Prosty łańcuch skojarzeniowy „Niemcy-historia-wojna-najeźdźcy” nie ma tu nic do rzeczy, choć melodyka języka niemieckiego znacznie lepiej nadaje się do wydawania rozkazów, niż podawania śmiesznego dialogu. Sztandarowym przykładem wątpliwego fajerwerku dowcipu zza Odry i Nysy Łużyckiej niech będzie najnowsze medialne dziecko Dietera Bohlena, animowany Dieter – der Film.
W trzecim tysiącleciu Bohlen był znany już właściwie tylko z bulwarowych skandalików obyczajowych, jurorowania w niemieckiej edycji „Idola” i krótkiej reaktywacji Modern Talking. Wreszcie zebrało mu się na opowiedzenie historii swego życia…
Pokoleniu 30-latków nie trzeba przedstawiać tytułowego bohatera. Dla jednych dyskotekowe bożyszcze, dla innych grabarz prawdziwej muzyki, obecnie 52-letni Dieter Bohlen, Aryjczyk jak malowany, był 20 lat temu obiektem westchnień i pisków nastoletniej publiki całego świata, gdy wraz z pięknym niczym anioł po przepiciu Thomasem Andersem tworzył duet Modern Talking.
Bohlen, jako autor całego repertuaru duetu, wpadł na genialnie prosty pomysł, mianowicie stworzył kilka prostych schematów na chwytliwe dyskotekowe przeboje, a potem trzaskał je od metra przez kolejne sześć płyt MT, oraz dla wykonawców z jego „stajni”: C.C.Catch, Chrisa Normana, Lesa McKeowna i wielu innych. Fanom nie przeszkadzało, że ich hiciory były praktycznie klonowane i ozdabiane tekstowo wyjątkowo wierutnymi bzdetami o miłości (sam Dieter przyznał kiedyś, że tekst ma się tylko rymować i dobrze śpiewać, sens jest nieważny). Gdy pod koniec lat 80. Modern Talking rozsypało się z winy Nory, zaborczej żony Andersa, Dieter Bohlen założył Blue System, zespół, w którym właściwie wszystko robił sam, reszta członków miała tylko dobrze wyglądać na plakatach i koncertach z playbacku.
Muzycznie zmienił schemat, wymodulował sobie trzy barwy głosu i nadal taśmowo produkował prościutkie i chwytliwe przeboiki. W trzecim tysiącleciu Bohlen był znany już właściwie tylko z bulwarowych skandalików obyczajowych, jurorowania w niemieckiej edycji „Idola” i krótkiej reaktywacji Modern Talking. Wreszcie zebrało mu się na opowiedzenie historii swego życia…
Teoretycznie miała to być komedia, wyszło niestrawne ścierwo, na którym można uśmiechnąć się zaledwie kilka razy.
Baaaczność! Armia plemników szykuje się do desantu. Tylko jeden z nich, słuchając z walkmana „Cheri Cheri Lady”, ma gdzieś wojskowo-biologiczny dryl. Za karę zostaje wysłany z procy jako ochotnik. Mały Dieter poznawał świat, ujeżdżając domowe bydło i łapiąc krowy za wymiona. Dieter od babci nauczył się zarabiania forsy na muzyce, ponieważ babcia śpiewała mu do kołyski, a dziadek jej płacił za to, żeby się zamknęła. Rodzice wpoili małemu Bohlenowi zamiłowanie do księgowości i robienia kasy. W szkole koledzy go bili, dziewczyny nie chciały bawić się z nim w doktora, a rodzice zmuszali do pracy w polu.
Wreszcie nastoletni Bohlen kupił sobie gitarę, zaczął dawać koncerty, więc i laski same pchały się do wyra. Lecz taśmy demo nie spotkały się z zainteresowaniem wytwórni, więc Dieter wyjechał do miasta i zatrudnił się w wytwórni płytowej jako frajer od odsiewu taśm demo. Wreszcie nagrał swoją pierwszą płytę i spotkał złotoustego Thomasa Andersa, przy którego boskim głosie topiły się sprzęty domowe. Jako Modern Talking podbili cały świat. Problemy zaczęły się, kiedy Thomas poznał heterę Norę, wtrącającą się do każdego aspektu istnienia duetu. Po kilku latach Modern Talking się rozleciało i znów nikt w wytwórni nie chciał rozmawiać z Dieterem, opuszczonym przez swego adonisowatego kolegę.
Kompozytor pojechał do USA, gdzie poznał beztalencie Brigitte Nielsen. Niestety, Stallone nakrył ich w łóżku, więc biedny Dieter uciekł do domu. I wtedy wymyślił swe kolejne wcielenie – Blue System (nazwa równie idiotyczna co Modern Talking i jego teksty piosenek, ale co tam…), z którym podbił Europę Wschodnią i Rosję. Od żony Gorbaczowa otrzymał nawet odznaczenie. Wreszcie poznał kolejną kobietę swego życia, zamieszkał z nią w wielkim pałacu, gdzie tak intensywnie uprawiali miłość, że przyrodzenie Bohlena wylądowało w gipsie…
No dobra, wystarczy, choć od tego miejsca zostało jeszcze jakieś 20 minut do napisów końcowych. Są filmy, które, jak Fantastyczna czwórka, są tak płaskie, że aż fajne. Są brednie, jak But Manitu czy RRRrrr, tak absurdalnie przegięte, a mimo to nadal zabawne. Natomiast Dieter – der Film należy do kategorii produkcji, przy przełykaniu których widzowi jest wstyd przed samym sobą, jak można było zaserwować mu coś tak durnego.
Film powstał jako produkcja kinowa, lecz nikt nie chciał go wyświetlać, więc producent, stacja RTL, została zmuszona wyemitować go premierowo na własnej antenie. Teoretycznie miała to być komedia, wyszło niestrawne ścierwo, na którym można uśmiechnąć się zaledwie kilka razy. O poziomie dowcipu przekonuje już pierwsze ujęcie po napisach początkowych, na którym kupka krowiego łajna z charakterystycznym plaśnięciem pokrywa trawę na łące. Iście teutońskie poczucie antyhumoru twórców nie opuszcza ich nawet na minutę. Całość wygląda jak rojenia gonionego sraczką i masturbacją małolata, który musiał zakomunikować światu, że już wie, jak wygląda wypełnione seksem i wielką forsą życie gwiazdy muzyki pop.
Ułatwiła mu to konwencja filmu rysunkowego, dla którego nie ma formalnych ograniczeń.
83 minuty w towarzystwie rysunkowego bohatera z fryzurą, stanowiącą połączenie ptasiego gniazda na czubku głowy i kłaków noszonych przez czeskich hokeistów, mówiącego głosem kastrata i zachowującego się jak wioskowy przydupas, to istna próba ogniowa. Stylizacja na bajkowo-komiksową modłę trafiła w pustkę, gdyż nie wiadomo, do kogo ten filmowy bździel jest adresowany. Dla dzieci jest zbyt wulgarny i dosadny, dla dorosłych po prostu bezdennie głupi, w dodatku biorący na warsztat gwiazdę dawno minioną. Wychodzi na to, że jedynym zadowolonym widzem może być tylko bohater całego przedsięwzięcia, który wyprodukował kilka, nawet niezłych, premierowych piosenek, wplecionych w durną fabułkę.
No, może jeszcze artyści ze studia TFC Trickompany, którzy postarali się o przyzwoitą animację rysunkową i jej okazjonalne połączenia z efektami 3D. W historii kina bożyszcza estrady wiele razy przenosili własne, wyidealizowane biografie na ekran, grając w nich samych siebie. Ze względu na muzyczny geniusz wiele można było wybaczyć Prince’owi za jego banalny Purple Rain, czy Michaelowi Jacksonowi za przesłodzonego i naiwnego, choć momentami wspaniałego wizualnie Moonwalkera. I choć na niwie talentu Bohlena dzielą lata świetlne od wyżej wymienionych, on również wymarzył dla siebie film biograficzny.
No i wysmażył sobie gniota jak ulał pasującego do jego poziomu dowcipu i cynicznego sposobu taśmowej produkcji muzyki. A także sporo mówiącego o niemieckim poczuciu humoru, choć, jak napisałem, nawet dla ichnich dystrybutorów kinowych tak końska dawka grubo ciosanego rechotu była zbyt radykalna. Patrzcie i strzeżcie się, a zaprawdę powiadam Wam, po przetrwaniu seansu Dieter – der Film pokochacie każdy zły polski film.
Tekst z archiwum film.org.pl (15.07.2006).
